Znam tę historię na pamięć. Ze zrozumiałych względów (noszę to samo nazwisko) śledziłem karierę Mirosława Okońskiego jak mało którego piłkarza. Wycinałem zdjęcia z gazet, opowiadałem kolegom z podwórka, że jest moim kuzynem, wściekałem się na kolejnych trenerów reprezentacji, że go nie powołują, a kiedy nadszedł wreszcie mecz z Cyprem – odchorowałem to, że Wojciech Łazarek nie potrafił mu znaleźć miejsca na boisku. Wiedziałem oczywiście, że imprezuje, że odwiedza kasyna, że po zakończeniu kariery roztrwonił majątek. Co mnie zdziwiło, to duma, z jaką opowiada o tym „Magazynowi Futbol”.
Nie, właściwie wcale mnie nie zdziwiło. Dało raczej jeszcze jedną odpowiedź na pytanie, dlaczego polska piłka wydaje się terenem przeklętym, na którym nikt nigdy niczego nie osiągnie – a jeżeli zdoła wybić się ponad przeciętność, to nie dzięki otoczeniu, ale wbrew niemu (znakomitą analizę tego otoczenia daje Rafał Stec w książce, od której pożyczam tytuł wpisu). Jak można sądzić, że picie i hazard nie mają wpływu na boiskową postawę? Jak można nie dostrzegać, że nieprzetrawione resztki alkoholu powodują, iż w 70. minucie meczu nie sposób dopędzić piłki, a uzależnienie od kasyna w ogóle nie pozwala się skupić na grze? Aż głupio stawiać podobne pytania, ale najwyraźniej trzeba je stawiać w kraju, w którym na permanentnej bańce ma chodzić prezes PZPN (co podaję na odpowiedzialność Zbigniewa Bońka), wieść gminna niesie, że sztab medyczny reprezentacji bywał angażowany do odtruwania jednego z poprzednich trenerów, a wspomniany Stec pisze, że z nietrzeźwymi szkoleniowcami spotykają się już juniorzy.
Oczywiście smutna historia Mirosława Okońskiego ma swoje warianty w innych krajach. W Anglii dla podobnych przypadków – sportowców uzależnionych od alkoholu, narkotyków, hazardu – działa klinika „Sporting Chance”, współzakładana przez Tony’ego Adamsa, kilkanaście lat temu również walczącego z alkoholizmem. Powiedziałbym nawet, że trudno się dziwić ludziom, którzy po zakończeniu kariery nie potrafią sobie poradzić z poczuciem pustki, tęsknotą za dawnym uwielbieniem tłumów, brakiem cotygodniowej porcji adrenaliny… Dla ludzi wciąż uprawiających sport jest to jednak memento.
Nie dalej jak wczoraj „Daily Telegraph” opublikował tekst adresowany najwyraźniej do jednego czytelnika, Stevena Gerrarda. Henry Winter pisze, że przed kapitanem Liverpoolu najważniejszy sezon w karierze; sezon, po zakończeniu którego piłkarz ma szansę zostać mistrzem Anglii i mistrzem świata (czy to realne, to temat na osobną rozmowę…). Tyle że aby te cele osiągnąć, musi to i owo poświęcić. Dziennikarz nawiązuje do niedawnego procesu sądowego, wytoczonego Gerrardowi w związku z bójką w pubie: sąd go uniewinnił, ale ogłaszając wyrok zauważył, że wdanie się przez niego w scysję było nieroztropne. Nieroztropne było również, dodaje publicysta „Daily Telegraph”, siedzenie w knajpie do trzeciej w nocy i picie piwa kilka godzin po meczu, kiedy organizm sportowca potrzebował regeneracji.
Winter idzie dalej: mówi o napięciu między lojalnością Gerrarda wobec starych kumpli z Huyton, a wykonywaniem zawodu wymagającego profesjonalizmu, oddania i odpowiedzialności. Pięciu kompanów Gerrarda przyznało się tamtej nocy do bijatyki, a jeden do zastraszania – wszystkich skazano na 150 godzin prac publicznych. „Gerrard potrzebuje przyjaciół, którzy powinni go chronić przed igraniem z ogniem, próbujących ugasić pożar, a nie dolewających oliwy do ognia” – czytamy w „Daily Telegraph”. – „Ci ludzie muszą dostrzec ograniczenia płynące z faktu, że ich słynny przyjaciel jest sportowcem, a w szczególności muszą zrozumieć, że Gerrard jest u szczytu zawodowej kariery”.
Polski problem, jeden z rozlicznych, polega na tym, że mało kto z dziennikarzy rozmawia z piłkarzami podobnym językiem – a większość wręcz podbija swoim rozmówcom bębenka. Mirosław Okoński mówi, że marzył o lidze hiszpańskiej i że nie udało się przez obowiązujący w PRL-u przepis, zezwalający na wyjazd dopiero po trzydziestce. „Dajcie mi teraz 20 lat, dajcie mi te możliwości, jakie są dziś…” – dodaje. Ktoś powinien mu powiedzieć, że kierując się filozofią „lufka, lufka i na mecz” dziś zmarnowałby swój wielki talent tak samo jak przed dwudziestu laty.
