Kibiców Arsenalu z góry przepraszam, że o klubie z Emirates będzie tu najmniej: mieli awansować, więc awansowali w okolicznościach, jak czytam, niekontrowersyjnych. Kibiców Manchesteru United przepraszam również, bo jakkolwiek doceniam kolejny krok w marszu po pięć trofeów, to oglądając Czerwone Diabły umęczyłem się jak chyba nigdy w tym roku. Owszem, w zasadzie przez cały mecz kontrolowali grę, a kluczem do ich sukcesu były asekuracja z tyłu (przy rzutach rożnych w pole karne Porto wchodziło pięciu zaledwie piłkarzy MU; Rio Ferdinand nie pojawił się w nim ani razu) i długie utrzymywanie się przy piłce z przodu, ale jakież to było nudne, mój Boże…
Poza Cristiano Ronaldo, który – choć przez długie minuty niewidoczny – strzelił fenomenalną bramkę, trudno kogokolwiek wyróżnić. Myślałem, że pochwalę środkowych obrońców za pierwsze od ponad miesiąca czyste konto, ale przecież kilka razy dopuścili piłkarzy Porto do główki w polu karnym. Van der Sar? Minął się z piłką na parę minut przed końcem, co mogło skończyć się tragicznie. Evra? Zwłaszcza po wejściu Tomasa Costy pozwolił na zbyt wiele dośrodkowań. Anderson, Carrick i Giggs? Dużo strat. Rooney? Walczył w defensywie, ale brakowało mu dynamiki i strzałów z pierwszej piłki. Mógłbym tak ciągnąć, ale może wystarczy.
Zaciekawiło mnie ustawienie, z wysuniętym Ronaldo i cofniętym niemal do drugiej linii Berbatowem. Jak rozumiem, Alex Ferguson liczył na umiejętność przetrzymania i niebanalnego rozegrania piłki przez Bułgara – tyle że udawało się to tak sobie, także z winy Rooneya i Giggsa, którzy wielu podań kolegi nie zdołali opanować. Innymi słowy znów, po raz nie wiadomo który w ciągu ostatnich tygodni, wypada poprzestać na konstatacji, że mistrza poznaje się po tym, iż jest w stanie osiągnąć swoje nawet będąc bez formy (choć optymista doda pewnie, że widać symptomy wychodzenia z kryzysu: wspomniane czyste konto, powrót piłkarzy kontuzjowanych, błysk Ronaldo…).
Trudno o większy kontrast niż ten między środowym meczem z Estadio do Dragao i wtorkowym ze Stamford Bridge. Tu dyscyplina taktyczna, tam niemal całkowity brak dyscypliny. Tu nudy, tam emocje, grad bramek i sytuacja zmieniająca się jak w kalejdoskopie, co skłoniło komentatorów do nadużywania wykrzykników, mówienia o „Matce wszystkich meczów” czy „Meczu meczów”… Nie poświęciłem temu spotkaniu notki na gorąco, więc łatwiej mi złapać dystans, choć w komentarzu pod jednym z poprzednich wpisów pisałem już o kuriozalnych błędach (w pierwszym rzędzie bramkarzy) i lekceważeniu trenerskich przykazań. Trochę mi to popsuło frajdę i w ogóle mam poczucie, że tyle goli w jednym spotkaniu oznacza, iż piłkarze zapomnieli o tym, gdzie są i kim są. Ogląda się to fajnie, ale prowadzić drużynę w takim meczu… nie zazdroszczę ani Benitezowi, ani Hiddinkowi (dziennikarz „Timesa” przypomina w tym kontekście Jose Mourinho i jego lapidarny komentarz „żenada” po meczu Arsenal-Tottenham, zakończonego wynikiem 5:4; Portugalczyk nienawidził, jak jego piłkarze pędzili na bramkę rywala zapominając o założeniach taktycznych) . Holender zareagował wprawdzie na zagrożenie stwarzane przez gości, jeszcze przed przerwą wprowadzając Anelkę za Kalou, ale w drugiej połowie był bodaj równie bezradny jak jego hiszpański adwersarz.
Wejście Anelki to osobny temat. Robert Błaszczak uważa wprawdzie, że Francuz nie wniósł tak wiele, jak można się było spodziewać, ale przecież zaliczył asystę, a nade wszystko: w krytycznym momencie odciążył defensywę, bardziej absorbując obrońców Liverpoolu bieganiem dookoła ich pola karnego niż mógł to zrobić Kalou. Zdecydowanie punkt dla Hiddinka.
Czy losy tego dwumeczu mogły potoczyć się inaczej? Co by było, gdyby w pierwszym meczu grał Mascherano, ten „Essien Liverpoolu”, a w drugim Gerrard? Argentyńczyka brakowało przy Lampardzie podczas spotkania na Anfield Road, choć przecież jego obecność w Londynie nie zapobiegła golom pomocnika Chelsea. Nieobecność Gerrarda z kolei równoważyła absencja Johna Terry’ego, a zastępcy obu gwiazd, Lucas i Alex, nie byli w tym meczu jedynie statystami…
Z pytań na przyszłość zostają więc trzy: kto będzie grał na lewej obronie Chelsea w meczu z Messim, pardon: Barceloną (odpowiadam od razu: nie zdziwiłbym się, gdyby był to Essien), kto będzie pierwszym bramkarzem klubu w przyszłym sezonie (ba: nawet w sobotnim półfinale Pucharu Anglii z Arsenalem…) i czy odpadnięcie z Ligi Mistrzów okaże się dla Liverpoolu błogosławieństwem w kontekście walki o mistrzostwo kraju. Na pewno grając tylko jeden mecz w tygodniu łatwiej będzie dbać o zdrowie Stevena Gerrarda.
I jeszcze jedno (Robert Błaszczak pewnie zaświadczy): doping na Stamford Bridge był niewiarygodny. Rav, który poruszył tę kwestię w komentarzu pod tekstem o tragedii na Hillsborough, nie musi się martwić: zniknięcie miejsc stojących nie zniszczyło atmosfery na angielskich stadionach.
