Archiwum autora: michalokonski

Trzy w jednym (a nawet cztery)

Pojawia się jakieś 20 minut przed rozpoczęciem meczu. Obie drużyny po rozgrzewce zeszły znów do szatni, przycichła muzyka ze stadionowych głośników albo, jeśli nad trybunami jest telebim, zakończono emisję przedmeczowego show. Za moment się zacznie, ale jeszcze się nie zaczęło… myślę, że znacie to uczucie doskonale.

Tyle rzeczy przestaje nagle mieć znaczenie. Rzekoma premia Leo Beenhakkera, wykryta ponoć przez Grzegorza Latę. Prężenie muskułów Fabio Capello, który mimo kompletu informacji z Liverpoolu nakazał Gerrardowi stawić się z kontuzją na zgrupowaniu kadry. Wojna na słowa między Terrym Butcherem a Diego Maradoną, i w ogóle całe to angielsko-szkockie szaleństwo w związku z pojawieniem się na Wyspie nowego trenera Argentyńczyków (niech się schowa Jose Mourinho i emocje, jakie kiedykolwiek wywoływał). Przedmeczowe opinie ekspertów, statystyki, historie rywalizacji – wszystko schodzi gdzieś na drugi plan. Zostaje obraz z telewizyjnej kamery: wąski najczęściej korytarz lub tunel, uchylone drzwi do którejś z szatni, a za chwilę, jeszcze przy nienajgłośniejszych trybunach, otwarte już na oścież drzwi do obu – i gromadzący się w korytarzu/tunelu bohaterowie wieczoru.

Poddaję się tej chwili całkowicie. Pal licho, czy mecz jest towarzyski, czy o wielką stawkę. Na ten jeden moment racjonalista we mnie przestaje istnieć, w zapomnienie idą porażki odniesione w mniej lub bardziej kuriozalnych okolicznościach. Jest jedenastu na jedenastu. Wszystko możliwe. Nawet to, że Szkoci rozniosą na strzępy Argentyńczyków, o zwycięstwach Polaków i Anglików nie mówiąc.

Albo jeszcze inaczej: na jakieś 20 minut przed rozpoczęciem meczu nie mogę już myśleć o niczym innym. Siadam przed komputerem i zaczynam pisać o tym, co czuję. Wybaczcie.

***

Potem oczywiście jest już łatwiej. Z kilku transmisji do wyboru wybiera się tę, która zaczyna się pierwsza, a przez następne dwie godziny uprawia się zapping. Obejrzenie trzech meczów na raz jest absolutnie możliwe: zawsze w jednym z nich mamy tak zwaną chwilę przestoju, kiedy piłka wylądowała poza linią boczną, i można zmienić kanał. Zresztą we wszystkich trzech meczach tempo nie oszałamia (może poza szaloną końcówką na Croke Park). Kolejny powód, żeby doceniać tę chwilę, kiedy nic się jeszcze nie zaczęło: przynajmniej nikt nie odbiera ci złudzeń.

Z drugiej strony w każdym z trzech meczów jest coś, co przykuwa uwagę. Gabriel Agbonglahor świetnie wprowadza się do reprezentacji, co dla czytelników tego bloga nie będzie pewnie niespodzianką, a Michael Carrick udowadnia, że we współczesnej piłce mogą się odnaleźć „playmakerzy” w bezpowrotnie minionym, wydawałoby się, stylu Hoddle’a czy Brady’ego. Wymiana pokoleniowa, dokonująca się w kadrze za sprawą kontuzji i decyzji Fabio Capello, przebiega w sposób wyjątkowo bezbolesny. Kto zauważył wczoraj brak Ferdinanda, Ashleya i Joe Cole’ów, Gerrarda i Lamparda, Rooneya, Heskeya, a także, niechże im będzie, Owena i Beckhama? No, może uwaga o bezbolesności wymiany pokoleniowej nie powinna dotyczyć Scotta Carsona, współwinnego gola dla Niemców. Inny winowajca, John Terry, zrehabilitował się kilkanaście minut później pod bramką gospodarzy – Carson takiej szansy nie otrzymał i wygląda na to, że jego przygoda z reprezentacją na jakiś czas się zakończyła. Podobnie jak przygoda Darrena Benta, który zmarnował świetne podanie Garetha Barry’ego na początku drugiej połowy.

Generalnie jednak udany wieczór dla Anglików i bardzo udane zakończenie roku dla ich nowego trenera, który z dziewięciu meczów wygrał w tym czasie siedem. Carrick i Barry zdominowali środek pola, na skrzydłach przypomnieli o sobie Downing i Wright-Philips, wspomniany Agbonglahor świetnie szukał sobie miejsca między obrońcami i pomocnikami Niemców, dobrze radził sobie Upson, z ławki wszedł Ashley Young… Doprawdy, gdyby kibice nie buczeli podczas hymnów, byłoby więcej niż miło.

A skoro mówimy o kibicach: dzięki tym, co wyjechali „za chlebem”, Polacy w Dublinie sprawiali wrażenie grających u siebie. Tu również warto odnotować kilka przyjemnych zaskoczeń: Dudka w nienajlepszej poza tym obronie, Robert Lewandowski w ataku, nareszcie gol ze stałego fragmentu gry; najlepszego na boisku Błaszczykowskiego pomijamy, bo to już nie zaskoczenie. Z drugiej strony, czy tak samo jak ze Słowacją Polakom nie zabrakło koncentracji w końcówce?

W przypadku meczu Szkotów uwagę mediów przykuł przede wszystkim trenerski debiut Maradony (BBC osobno sprawozdawała każdy ruch i gest Diego), słusznie zachwycano się również akcją, po której padł gol. A jednak ci, którzy mieli wątpliwości w kwestii powierzenia kadry Maradonie, muszą je mieć nadal. Powiedzmy sobie szczerze: Szkoci, mimo wielkiego serca do gry, to przeciętny zespół, Argentyńczycy zaś byli w dużo gorszej dyspozycji niż np. podczas niezapomnianego meczu towarzyskiego z Anglikami, przegranego przed trzema laty 3:2. Jeśli umieszczam ten wpis z niejakim opóźnieniem w stosunku do wydarzeń wczorajszego wieczora, powód jest prosty: w środku nocy naszła mnie ochota, by obejrzeć tamto spotkanie jeszcze raz. Zobaczcie sami: Gerrard, ustawiony już wtedy na prawej obronie, dośrodkowuje na głowę Owena, później to samo powtarza Joe Cole, wcześniej mamy jeszcze zgranie Beckhama do Rooneya i mnóstwo innych okazji… Czy to był najlepszy mecz towarzyski, jaki widziałem w życiu?

Najgorszy piłkarz, jakiego w życiu widziałeś

Można pisać o piłce dokonując błyskotliwych analiz taktycznych albo po prostu sprawozdając przebieg wydarzeń na boisku. Można koncentrować się na transferach, można omawiać wpadki arbitrów albo skandaliczne zachowania kibiców, można także próbować robić to wszystko na raz. Czasami warto wszakże uświadomić sobie, że ten sport uprawiają ludzie – i omawiając wydarzenia ligowej kolejki opowiadać przede wszystkim o nich.

Najpierw jednak wypada zjeść żabę (francuską, oczywiście). Skoro miało się ochotę napisać, że czas Wengera dopiero nadchodzi, i skoro rzuciło się w ten sposób rękawicę samemu Rafałowi Stecowi, należy przyznać, że kryzys Arsenalu jest większy niż się wydawało kilka dni temu. Niby to ten sam zespół, niby prezentuje wciąż ten sam styl gry, a przecież przegrywa o wiele za często jak na kandydata do walki o mistrzostwo Anglii. Może rzeczywiście jest tak, że ci chłopcy potrafią się zmobilizować na prestiżowy mecz z MU, ale już na pojedynek z Aston Villą niekoniecznie? (Ach, ta Aston Villa: gdyby nie kilka potknięć z ostatnich tygodni, to właśnie ona mogłaby wypchnąć Kanonierów z pierwszej czwórki; kłopot w tym, że Martin O’Neill ma równie młody zespół i równie poważne problemy z ustabilizowaniem formy.)

Mieliśmy jednak mówić o ludziach. O jednym z nich, nazwiskiem Danny Welbeck, zdążył już wspomnieć Michał Pol – wspomnieć i pokazać jego fenomenalną bramkę. O innym, Michaelu Mancienne, wypożyczonym z Chelsea do Wolves i sensacyjnie powołanym wczoraj do reprezentacji Anglii, rozpisuje się cała prasa z Wysp. A skoro tak, my możemy skupić się na tych, o których mówi się wyłącznie z ironicznym uśmiechem. Zwłaszcza, że jednemu z nich w sobotę się powiodło.

Przed laty, pisząc felieton do „Gazety w Krakowie”, nazwałem go „Tytusem katastrofą”. Było to wkrótce po meczu Liverpoolu z Newcastle: kiedy Titus Bramble wchodził na boisko z ławki rezerwowych, kibice gospodarzy wybuchnęli śmiechem. Właśnie tak: nad stadionem nie rozległy się gwizdy czy buczenie, po prostu fani „The Reds” zaczęli rechotać, a potem pogrążyli się w spokojnym oczekiwaniu na niechybny błąd stopera „Srok”.

Kiedyś, jeszcze jako młody piłkarz Ipswich, Bramble był jednym z najlepiej zapowiadających się obrońców na Wyspach, a jego wielomilionowy transfer do Newcastle miał jeszcze potwierdzić tę reputację. Cóż, skoro udane wślizgi i precyzyjne podania przez całe boisko przeplatał bezmyślnymi faulami, łapaniem piłki w ręce we własnym polu karnym albo kiksami, po których napastnikom przeciwnika nie pozostawało nic innego, jak skierować piłkę do pustej bramki. Po kilku sezonach zmienił klub na mniejszy (Wigan), ale nie zdołał się pozbyć fatalnej opinii. Kiedy przed tygodniem w polu karnym Manchesteru City pomylił się Richard Dunne, telewizyjny komentator powiedział, że był to „klasyczny Bramble”.

Ale w sobotę, w meczu Newcastle-Wigan, Tytus-katastrofa strzelił bramkę. I wyjątkowo nie była to bramka samobójcza, tylko trafienie dające w ostatniej minucie niespodziewany punkt drużynie gości – dodajmy, że zdobyty przeciw zespołowi, który tak chętnie pozbył się go ze składu. Odnotujmy to wydarzenie, zanim znowu zaczniemy chichotać.

To, co w Anglii przeżywa Heurelho Gomes (nazwany już przez Alana Hansena najgorszym bramkarzem, jakiego widział w życiu), mocno przypomina perypetie Bramble’a. Najpierw świetna gra w PSV Eindhoven i transfer za niemałe pieniądze, potem wiele kapitalnych interwencji (pamiętacie, jak jeszcze w sierpniu zdołał powstrzymać Franka Lamparda?), coraz częściej jednak przyćmiewanych przez kuriozalne błędy. W meczu z Udinese Gomes poślizgnął się przy próbie wykopywania piłki, potem zaczął dryblować, aż w końcu sprokurował karnego. Ze Stoke dwukrotnie staranował własnego obrońcę – za drugim razem pozbawiając go przytomności. Z Liverpoolem źle wychodził do rzutów rożnych, co przyniosło gościom dwa gole. Danny Murphy opowiadał wczoraj, że piłkarze Fulham drobiazgowo przygotowywali się do meczu z Tottenhamem właśnie pod kątem gry Gomesa. Piłka z rogów – mówił – miała być szybko i mocno kierowana na wysokość poprzeczki, a w pole karne Tottenhamu ruszała większa niż zwykle grupa piłkarzy, z których dwóch zajmowało się wyłącznie utrudnianiem bramkarzowi wyjść na przedpole.

Bramble, Gomes… Listę takich piłkarzy moglibyśmy ciągnąć jeszcze długo. Przed laty w West Hamie grał np. Tomas Repka, z którego nie śmialiśmy się tylko dlatego, że po jego faulach niejeden przeciwnik przez długie tygodnie musiał leczyć kontuzję. W Chelsea występowali Robert Huth i Khalid Boulahrouz, niemiłosiernie ogrywani przez każdego przeciętnie wysportowanego skrzydłowego (Huth straszy dziś kibiców Middlesbrough, Boulahrouz zrejterował do Niemiec). W drugiej połowie lat 90. podczas meczów Tottenhamu umierałem ze strachu przy każdym podaniu Ramona Vegi do bramkarza. „Maślane ręce” miał Jerzy Dudek. Peter Enckelman z Aston Villi podniósł swego czasu nogę do wykopu piłki w taki sposób, że ta, wrzucana z autu przez kolegę, przeleciała mu pod stopą i wpadła do siatki. Podobną wpadkę zaliczył Paul Robinson w meczu reprezentacji Anglii z Chorwacją. Tenże Robinson strzelił gola z 90 metrów innemu kandydatowi na reprezentacyjnego bramkarza, Benowi Fosterowi. David James dopiero w ostatnich miesiącach pozbył się przymiotnika „Calamity” (wspomniane tu, i jeszcze inne błędy bramkarzy znajdziecie na stronie „Daily Mail”).

Dlaczego akurat na angielskich boiskach roi się od tego rodzaju piłkarzy? Przyczyny mogą być prozaiczne: niespotykane tempo gry, pressing rywali, ryk kibiców siedzących dosłownie o metr od boiska, gorsi niż gdzie indziej szkoleniowcy (dotyczy to zwłaszcza trenerów bramkarzy), ale osobiście wolę wyjaśnienia metafizyczne. Może na bardziej wrażliwe typy depresyjnie i demobilizująco działa klimat Wysp, ta wieczna mżawka i mgła unosząca się nad murawą? A może wszystkiemu winna jest tutejsza mitologia narodowa i rola, jaką odgrywa w niej samobójcza szarża Lekkiej Brygady w bitwie pod Bałakławą (pisał niegdyś o tym w „Tygodniku Powszechnym” Marek Bieńczyk)? Jakkolwiek jest, otwiera się nam pole do kolejnej dyskusji…

Planeta Wenger

No to wyobraźcie sobie, że Arsene Wenger nigdy nie pojawił się w Arsenalu. Że afera łapówkarska z udziałem George’a Grahama nie wyszła na jaw albo że Bruce Rioch nie pokłócił się z zarządem o transfery. Mniejsza nawet o to, co stałoby się z drużyną Kanonierów – rzecz w tym, że cały angielski futbol wyglądałby inaczej.

Kiedy miesięcznik „Four-Four-Two” z okazji wydania 150. numeru podsumowywał zmiany, jakie zaszły w tym czasie na Wyspach, za ich symbole uznał Jeana-Marca Bosmana, telewizję Sky, Erica Cantonę, Davida Beckhama, Romana Abramowicza i menedżera Arsenalu właśnie. Zabawne, bo pojawienie się w Anglii mało znanego Francuza (owszem, odnosił sukcesy w Monaco, gdzie grali m.in. Hoddle i Klinsmann, ale kto interesował się wtedy francuską piłką, no i po Monaco był epizod japoński…) nie zapowiadało późniejszych wydarzeń. „Arsene who?” – pytały brukowce, z typową dla siebie niechęcią do cudzoziemców, a piłkarze, których przyszło mu trenować, popatrywali spode łba. „Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, myślałem, że jest nauczycielem geografii” – opowiadał Lee Dixon. I wspominał, jak wtedy, latem 1996 r., poszli do Wengera z Tonym Adamsem poskarżyć się, że podczas okresu przygotowawczego za mało biegali i że w związku z tym w kluczowych momentach sezonu zabraknie im kondycji. Odpowiedział, że cały plan treningów opiera na badaniach naukowych, co ich bynajmniej nie przekonało – aż kilkanaście dni później poczuli gwałtowny przypływ energii i uznali, że wie, co robi.

Zbyteczne dodawać, że dziś prawie nikt z angielskich trenerów nie opiera przygotowań do sezonu na morderczym bieganiu, a zajęcia z piłką zaczynają się niemal od razu po powrocie z wakacji. Podobnie zmieniła się dieta piłkarzy – Wenger ma na tym punkcie prawdziwą obsesję, a w Nancy zaprosił nawet żony i przyjaciółki zawodników, żeby zrobić im wykład, jak powinno wyglądać odżywianie sportowca. Gdyby premier rządu Jej Królewskiej Mości zdecydował się powierzyć kwestie żywienia społeczeństwa duetowi Arsene Wenger-Jamie Olivier (jeśli nie znacie książek i programów tego ostatniego – polecam polecenie „Tygodnikowego” eksperta), problem otyłości zostałby rozwiązany, a sieci z hamburgerami musiałyby zbankrutować.

Zmian, jakie wprowadził Wenger, było oczywiście więcej. Jego piłkarzami zaczęli się zajmować nie tylko specjaliści od masażu, ale także osteopatii i akupresury. „Ludzie widzieli, że w 80. minucie wciąż gramy na pełnych obrotach – opowiadał David Seaman – więc na zgrupowaniach kadry pytali, jak my to do cholery robimy”. Podpatrywano stworzoną w Arsenalu sieć poszukiwaczy talentów. Szkoda, że nie do podrobienia wydaje się ofensywny futbol, z mnóstwem podań z pierwszej piłki, oszałamiającym przyspieszeniem, grą na małej przestrzeni… Thierry Henry mówił, że na londyńskich ulicach często słyszał „uwielbiam was oglądać, choć nigdy wam nie kibicowałem”.

Cały ten wywód sprowokowało oczywiście kolejne zwycięstwo dzieci Wengera w Pucharze Ligi (tym razem uczymy się nazwisk Jack Wilshere i Jay Simpson…) oraz felieton Rafała Steca, opublikowany w poniedziałkowej „Gazecie Wyborczej”. Jak zwykle u naszego ulubionego autora, wywód przeprowadzony jest błyskotliwie i spójnie, a przecież trudno się zgodzić z tezą generalną: że Wielki Innowator zbliża się do granicy, za którą zmieni się w nieszkodliwego dziwaka. Przecież to nieprawda, że Wenger „odmawia wydawania milionów wciskanych mu przez desperacko pragnących triumfów przełożonych” i to nieprawda, że wygrywa coraz rzadziej. Zgoda: tegoroczne porażki z Fulham i Stoke, podobnie jak niespodziewana strata punktów w derbach z Tottenhamem musiały ośmielić sceptyków tak samo jak relatywny spokój podczas letniego okienka transferowego. Z drugiej strony – że zacytuję sierpniowy „Przewodnik po Premiership” – czy nie tak samo było przed rokiem, kiedy Arsenal stracił Thierry’ego Henry’go? Kto się wówczas spodziewał, że czołowym bocznym obrońcą Premiership stanie się Bacary Sagna albo że tyle bramek zdobędzie Adebayor?

Wenger lubi chłopców, zgoda („Hey, Wenger, leave those kids alone” – śpiewają kibice rywali), ale jego przywiązanie do pracy z młodzieżą ma wymiar racjonalny. Pisałem już o przekonaniu, któremu dawał wyraz po zakończeniu poprzedniego sezonu, że na rynku transferowym nadchodzi czas zawodników-obieżyświatów, zmieniających kluby nawet co dwanaście miesięcy. Już dziś piłkarz, który chce odejść, zazwyczaj stawia na swoim: prezes woli dostać za niego pieniądze, zanim jego wartość spadnie, a trener woli pracować z zadowolonymi. Poza tym coraz wyższe płace będą wkrótce umożliwiać piłkarzom stosowanie tzw. escape route, wykupywanie własnych kontraktów i zmianę klubu przy bezsilności dotychczasowego pracodawcy. W tej sytuacji praca z młodzieżą wydaje się ważniejsza niż największy nawet budżet transferowy.

O swoich zastrzeżeniach do Wengera kilkakrotnie pisałem: 73 czerwone kartki w ciągu 12 sezonów to nieco za wiele jak na drużynę grającą piękny futbol, trudno też zliczyć incydenty, w których Francuzowi puszczały nerwy (podczas finału Pucharu Ligi 2007 np. zarzucał liniowemu… kłamstwo – za co zresztą nałożono na niego karę finansową). Faktem jest, że nie umie przegrywać: po porażce nie je, nie śpi i wścieka się na cały świat. A przecież za to, co zrobił i zrobi jeszcze dla angielskiej piłki, należą mu się pomniki – wcale się nie dziwię, że Ian P. Griffin nazwał odkrytą przez siebie planetoidę po prostu „Arsenewenger”.

Miałbym nawet ochotę napisać, że czas Wengera dopiero nadchodzi. Arsenal uporał się z budową stadionu, wpływy z biletów pozwalają stopniowo spłacać długi. A receptą na ostateczne ustabilizowanie składu może być coś, czego pierwsze zwiastuny oglądaliśmy we wtorkowym meczu z Wigan, a co kompletnie rozmija się ze stereotypem Wengera: tym razem większość zawodników pierwszej jedenastki Arsenalu stanowili Brytyjczycy. Aaron Ramsey jest Walijczykiem, Jay Simpson, Jack Wilshere, Mark Randall, Kieran Gibbs, Gavin Hoyte, Henri Lansbury to Anglicy – tych młodzieńców przejście do Barcelony czy Milanu nie będzie kusiło tak mocno jak Fabregasa czy Adebayora. Nie wykluczam też, że – jak na Brytoli przystało – nie będą nadmiernie filozofować przed bramką. W tej ostatniej kwestii akurat zgadzam się z Rafałem Stecem: gdyby w każdej akcji Arsenalu było o jedno podanie mniej, nikt by im nie podskoczył.

Wimbledon, lis i winogrona

Nieczęsto się zdarza, żeby drużyny, o których tu rozmawiamy, miały historię krótszą niż stulecie, a dziś chciałbym opowiedzieć o zespole, który założono przed sześcioma zaledwie laty. Fajny przyczynek do naszej sierpniowej dyskusji o kupowaniu klubu (przy okazji odnotujmy: na stronie kupimyklub.pl zalogowało się już ponad 1200 osób, odbyło się też pierwsze głosowanie) i fajne preludium do jednego z moich ulubionych tematów: magii Pucharu Anglii.

Kiedy w maju 1988 r. obejrzałem pierwszy prawdziwie angielski mecz (jakimś zrządzeniem losu peerelowska telewizja transmitowała finał z udziałem Wimbledonu i Liverpoolu), byłem oczywiście rozczarowany, że Dave Beasant obronił karnego i Puchar trafił w ręce zawodników kompletnie dla mnie wówczas anonimowych. Minęło jednak parę lat i nauczyłem się Wimbledon cenić, a nawet się go obawiać – zwłaszcza za czasów „Szalonego Gangu”, skupionego wokół słynnego brutala i zawadiaki Vinniego Jonesa. Piękne to były czasy, w których kibice opowiadali sobie legendy o pozastadionowych wyczynach swoich ulubieńców, zżytych jak żadna inna drużyna w najnowszej historii angielskiej piłki. Cóż z tego, że na boisku wyglądało to gorzej (Gary Lineker powiedział nawet, że najlepiej ogląda się ich na telegazecie), skoro w ostatecznym rozrachunku mały klub bez porządnego stadionu przez kilkanaście sezonów potrafił utrzymać się w ekstraklasie.

Upadek nastąpił dopiero w 2000 r., a w ślad za nim poszły kłopoty finansowe. Przejęty przez Pete’a Winkelmana zespół został wkrótce – za „niechętną” zgodą władz angielskiej piłki – przeniesiony kilkadziesiąt mil na północ, do Milton Keynes, gdzie zmienił nazwę z FC Wimbledon na MK Dons. To wtedy, 27 maja 2002 r., grupa sfrustrowanych kibiców „starego” Wimbledonu spotkała się w pubie „Fox and Grapes”, gdzie ponad sto lat wcześniej ojcowie założyciele ich ukochanej drużyny przebierali się przed meczami i gdzie Jones, Fashanu, Wise, Sanchez i spółka popijali przed i po zwycięskim finale. Zapadła decyzja o pozostaniu w dzielnicy, założeniu własnego klubu i o zaproszeniu na testy kilkuset niezrzeszonych piłkarzy. Sześć tygodni później prawie pięć tysięcy osób fetowało… klęskę nowopowstałego AFC Wimbledon w meczu towarzyskim z Sutton United.

Lubię tę historię, bo pojawiają się w niej elementy dla angielskiej piłki charakterystyczne: wierność kibiców, ich wzorowa samoorganizacja i przekonanie, że klub powinien być „stąd” – z dzielnicy, z miasteczka, jako ośrodek integrujący wspólnotę, a nie maszynka do odnoszenia sukcesów i zarabiania pieniędzy. Od tamtej pory AFC Wimbledon rozegrał sześć pełnych sezonów ligowych, trzykrotnie awansując, a wczoraj właśnie – po przejściu trzech serii kwalifikacyjnych – po raz pierwszy w historii zagrał w pierwszej rundzie Pucharu Anglii. I to właśnie dało mi pretekst dla napisania tego tekstu: wyobraźcie sobie, że znalazłem gdzieś w internecie transmisję ich spotkania z Wycombe Wanderers.

Tym razem sensacji nie było: walczące o awans do trzeciej ligi i trenowane przez Petera Taylora (dawnego menedżera Leicester i angielskiej młodzieżówki) Wycombe prowadziło niemal od samego początku, a kiedy piłkarze AFC strzelili gola na 1:2, błyskawicznie odskoczyło, by dzięki hat-trickowi Matta Harrolda wygrać ostatecznie 1:4. Poziom spotkania nie oszołomił – dominowała długa piłka i mnóstwo biegania – ale znowuż bez przesady: podobnie wygląda niejeden mecz polskiej ekstraklasy. Przyjemność oglądania zapewniali przede wszystkim fantastyczni kibice z Wimbledonu: nie przeszkadzał im wynik, dopingowali swoich ulubieńców przez cały mecz, przy każdym rzucie rożnym podnosząc ogromną wrzawę (prawdę powiedziawszy, stałe fragmenty gry były chyba ich jedyną szansą na zdobycie bramki…) i mając świadomość, że transmisja telewizyjna i tak ustawia ich finansowo na najbliższe miesiące.

AFC Wimbledon ciekawi mnie z jeszcze jednego powodu: losy tej drużyny związane są ze sponsorującą go firmą Sports Interactive, twórcą Championship, a potem Football Managera. Polska premiera kolejnej edycji tej gry zbliża się wielkimi krokami…

A jednak się kręci

A jednak się kręci: drużyna, która zaledwie tydzień temu poniosła upokarzającą porażkę ze Stoke, wcześniej zaś dała sobie odebrać zwycięstwo w derbach północnego Londynu, podniosła się i po znakomitym meczu pokonała Manchester United. W jakimś sensie przyjąłem ten wynik z ulgą, bo widok przegrywającego Arsene’a Wengera do przyjemnych nie należy. I nie mówię nawet o tym, że – jak ujawnił współpracujący przed laty z menedżerem Arsenalu niedawny dyrektor sportowy Tottenhamu Damien Comolli – Francuz po przegranym meczu nie śpi, nie je i nie rozmawia ze współpracownikami. Zdecydowanie gorsze są jego wypowiedzi publiczne, choćby właśnie po przegranej ze Stoke, kiedy oskarżył zespół gospodarzy o nadmiernie brutalną grę. Przyganiał kocioł garnkowi: odkąd w pierwszym sezonie pod wodzą Wengera jego piłkarze otrzymali 83 żółte i 5 czerwonych kartek, Arsenal słynie z gry tyleż oszałamiająco pięknej, co ostrej. Nawet w meczu ze Stoke najgroźniejsze faule były dziełem Adebayora i najsłuszniej w świecie wyrzuconego z boiska Van Persiego, a wczorajszy faul Clichy’ego na Cristiano Ronaldo mógł być przyczyną groźnego urazu Portugalczyka.

Dajmy jednak spokój Wengerowi i cieszmy się jakością trwającego blisko sto minut widowiska. Od błędu Almunii w pierwszej minucie po udane wyjście Fabiańskiego do górnej piłki w minucie ostatniej, działo się na Emirates naprawdę sporo, a co szczególnie cieszy: działo się za sprawą niezwykle otwartej gry z obu stron. O ile niedawny pojedynek Chelsea z Liverpoolem był rozgrywką strategów, wyczekujących na potknięcie przeciwnika, tu można było odnieść wrażenie, że obie drużyny wyszły na boisko z jednym tylko przykazaniem: grajcie to, co potraficie najlepiej. Oglądaliśmy więc atak za atakiem i przykłady wspaniałej gry zespołowej na zmianę z przebłyskami indywidualnego geniuszu – jedyne, do czego można się przyczepić, to nieskuteczność Czerwonych Diabłów. Gdyby w 19 minucie po akcji Andersona, Berbatowa i Ronaldo Rooney nie spudłował, gdyby minutę po drugim golu dla gospodarzy Ronaldo wykorzystał świetne podanie Parka (niech mi jeszcze ktoś raz zacznie narzekać na Koreańczyka…), krytycy Wengera znów mieliby używanie.

W ostatnich dniach miałem ochotę postawić tezę, że kłopoty Arsenalu to nie tylko nieumiejętność podjęcia walki z drużynami lepiej przygotowanymi fizycznie i nie tylko brak boiskowego przywódcy, ale także słabsza forma Cesca Fabregasa. Wczoraj jednak Hiszpan grał znakomicie, a jego podanie do Nasriego, które – wraz ze świetnym manewrem Walcotta, odciągającego Vidicia w prawo i robiącego Francuzowi miejsce w środku – pozwoliło Arsenalowi strzelić drugą bramkę, do tytułu „asysty tygodnia” może rywalizować jedynie z podaniem Reida do Cisse w meczu Sunderland-Portsmouth.

Bolączki Arsenalu nie znikają: do już wymienionych dodajmy względnie krótką ławkę i chroniczną nieumiejętność wykorzystywania znakomitych okazji strzeleckich (zamiast dobić rywala, wciąż szukają jeszcze jednego podania albo pudłują – jak wczoraj Bendtner). Ale mówiąc o nich, i naśmiewając się z Wengera, zachowujmy proporcje: pojawiające się tu i ówdzie głosy o możliwej dymisji menedżera Arsenalu to czyste szaleństwo.

Za nami niemal jedna trzecia sezonu. Z charakterystyczną dla siebie skłonnością do przedwczesnych podsumowań powiem, że podoba mi się on bardziej niż kilka poprzednich. Wyścig o mistrzostwo – jak widać – wyjątkowo wyrównany, choć wygląda na to, że znów ograniczony do czterech koni. Walka o utrzymanie dotyczyć może z kolei jakichś… czternastu zespołów – między siódmym Evertonem a dwudziestym West Bromwich mamy zaledwie 7 punktów różnicy. Spisywani na straty (wczoraj Bolton, dziś Fulham) się nie poddają, ciułając punkty, gdzie mogą. Manchester City, który podczas zimowego okienka transferowego ma kupić wszystko, co się rusza, na razie powiększa stratę do czołówki. Frank Arnesen ujawnił, że w związku z kryzysem finansowym Roman Abramowicz postanowił zakręcić kurek dla Chelsea. Co muszą czuć kibice West Hamu (właściciel tego klubu jest Islandczykiem), nie próbuję sobie nawet wyobrażać.

Mecz Manchesteru City z Tottenhamem znużył mnie jak mało który: jeśli spotkanie Arsenal-MU było świetną reklamą Premier League, to ten stanowił antyreklamę, niestety. Emocje skończyły się na dobre jeszcze w pierwszej połowie, po czerwonej kartce dla Fernandesa, a kiedy Tottenham już prowadził, jego jedynym pomysłem na dotrwanie do końca była gra w dziada. Tyle czerwonych kartek na jedno spotkanie to również zdecydowana przesada; wprawdzie wyrzucanie z boiska piłkarzy trenowanych przez Marka Hughesa to żadna nowość, ale tym razem sędzia rzeczywiście mógł wziąć pod uwagę lejący deszcz i nie karać tak ostro za każdy nieudany wślizg. Żal mi Walijczyka, bo porażce MC z trybun przyglądali się wysłannicy właściciela, a sam Hughes wybiera się jutro do Abu Dabi na rozmowy o przyszłości. Ponieważ doktor Al-Fahim domagał się natychmiastowego awansu do Ligi Mistrzów, a ostatnia seria porażek realność takiego celu minimalizuje, w zimowym okienku może kupować nie tylko piłkarzy, ale i trenera… Jakby co, Juande Ramos jest do wzięcia 🙂

Pocałunki na herbie

Pamiętacie jeszcze, że w lecie władze Premier League rozważały propozycję rozgrywania na innych kontynentach trzydziestej dziewiątej, „promocyjnej” kolejki? Większość komentatorów nie zostawiła na tym pomyśle suchej nitki. Padały zastrzeżenia rozmaitej natury, od równościowych po etosowe, ale nikt nie użył argumentu być może najprostszego: to, co w każdy weekend dzieje się w angielskiej ekstraklasie, nie wymaga dodatkowej promocji. Weźmy wydarzenia wczorajsze i dzisiejsze: dramatyczne zwroty akcji, sensacyjne rozstrzygnięcia, szalone pościgi, bramki w ostatnich sekundach, a wreszcie niespotykane gdzie indziej asysty, o których wypadałoby wreszcie napisać parę zdań.

Mam oczywiście na myśli auty Rory’ego Delapa. Osiem z trzynastu bramek Stoke, zdobytych do tej pory w Premiership, padło w wyniku zamieszania, powstającego po kilkudziesięciometrowym wyrzucie piłki zza linii bocznej. Niby rozgrywki trwają już parę miesięcy i był czas na zaopatrzenie się w DVD z materiałem szkoleniowym, ale Delap wciąż straszy, a sposób, w jaki dwukrotnie nabrał wczoraj Arsenal, był wręcz humorystyczny: skłócony po środowym remisie z Tottenhamem zespół Wengera kolejny raz pokazał, że nie radzi sobie z ligowymi „walczakami” i że brakuje mu prawdziwego przywódcy, w stylu Tony’ego Adamsa czy Patricka Viery. Czyżby rozmowę o mistrzostwie dla Arsenalu znów trzeba było odłożyć? A przecież potrafią grać tak pięknie…

Z pretendentów do tytułu mistrzowskiego najlepiej wypadła Chelsea – powrót Drogby do składu podziałał korzystnie na Anelkę, nie tylko skutecznego, ale ciężko pracującego dla zespołu. Manchester United z kolei pokonał wprawdzie Hull, ale Alex Ferguson mógł mieć powody do irytacji. Gdyby skuteczniejszy był Ronaldo, gdyby koledzy wykorzystali kilka genialnych zagrań Berbatowa, Czerwone Diabły mogły przecież strzelić z dziesięć bramek i nie martwić się pościgiem gości (w 82. minucie z 4:1 zrobiło się 4:3). Kibice niezaangażowani musieli być zachwyceni, bo Kopciuszek na Old Trafford tanio skóry nie sprzedał, a wygrali ci, co powinni. Odnotujmy dla porządku, że to ósme zwycięstwo MU w ostatnich dziewięciu meczach, a i tabela wygląda dla nich coraz bardziej obiecująco – zupełnie inaczej niż dla tej drugiej drużyny z miasta.

Na miejscu Marka Hughesa zacząłbym się poważnie bać o posadę. Nie po to nowy właściciel sprowadzał do klubu Robinho, żeby teraz przegrywać z jakimś Boltonem czy z jakimś Middlesbrough. Czy doktor Al-Fahim w ogóle wie, gdzie leżą takie miejscowości? I co to ma znaczyć: dziesiąte miejsce w tabeli? Miała być Liga Mistrzów, do licha!

O Liverpoolu powiem tyle, że wciąż nie mogę pojąć, jak mógł przegrać na White Hart Lane. Albo inaczej: jak Tottenhamowi udało się coś, co nie powiodło się Chelsea przed tygodniem. Zarówno lider, jak zespół zamykający tabelę, postawiły na tę samą formację (z obdarzonymi dużą swobodą taktyczną Gerardem i Modriciem za wysuniętymi Keanem i Bentem), ale zwłaszcza w drugiej linii różnice między wykonawcami założeń menedżerów były dramatyczne. Mascherano i Xabi Alonso przez ponad godzinę odbierali ochotę do gry nie tylko ustawionym naprzeciwko Huddlestone’owi i Zokorze, ale praktycznie całemu zespołowi gospodarzy. Doprawdy: jedynymi piłkarzami Tottenhamu zdolnymi do wymienienia między sobą kilku podań byli środkowi obrońcy – kilkanaście metrów dalej ustawiono zaporę nie do przejścia.

Ale ten blog nie na darmo nazywa się „Futbol jest okrutny” – tym razem piłka okazała się bezlitosna dla piłkarzy i kibiców The Reds. Przecież byli zdecydowanie lepsi, przecież mogli prowadzić nawet 0:4, przecież do chwili dającego wyrównanie samobójczego gola Carraghera Tottenham oddał na bramkę Reiny bodaj jeden celny strzał… „Efekt Harry’ego” działa: choć przed gospodarzami jeszcze długa walka o utrzymanie, to przecież przed tygodniem nikt nie postawiłby na to, że w meczach z Arsenalem i Liverpoolem zdobędą cztery punkty, rozstrzygające bramki zdobywając już po upływie 90 minut. Piłkarze są zachwyceni, że wreszcie ktoś ich rozumie – może poza Pawliuczenką, którego angielszczyzna jest dramatyczna, ale do którego również Redknapp potrafi jakoś dotrzeć (w przerwie meczu z Liverpoolem przekazał Rosjaninowi przez tłumacza, żeby… po prostu trochę pobiegał; w okolicy pola karnego, I presume).

Przyjemnie patrzy się na taką ligę, prawda? A przecież nie wspomniałem jeszcze o rozstrzygnięciu meczu Portsmouth-Wigan (tu również zwycięski gol dla gości padł w doliczonym czasie gry) i o grającym w dziesiątkę Blackburn, ratującym w końcówce remis z West Bromwich. Po jedenastu kolejkach Wielka Czwórka obsadziła wprawdzie przypisane jej miejsca, ale niewykluczone że w poniedziałkowy wieczór Aston Villa zburzy ten porządek. A poniżej zrobiło się naprawdę ciasno: siódmy Everton od dwudziestego Newcastle oddziela zaledwie sześć punktów. Tu wszystko może się jeszcze zdarzyć – i zapewne się zdarzy. Nawet bez trzydziestej dziewiątej kolejki.

***

Ale właściwie chciałem pisać o czymś innym – i zaproponować równocześnie temat do rozmowy. W ostatnich dniach spore zamieszanie wywołało całowanie przez piłkarzy klubowych herbów na koszulkach. Zarówno gest Joeya Bartona w meczu z Sunderlandem, jak zachowanie Wayne’a Rooneya w meczu z Evertonem powszechnie odebrano jako prowokację (a przypomnijmy jeszcze Gary’ego Neville’a sprzed kilku lat w meczu z Liverpoolem…). Tylko czy należy za coś takiego karać, podobnie jak np. za zdejmowanie koszulki czy za wpadanie w ramiona kibiców po strzelonym golu?

Czy taki Rooney grając przeciwko dawnemu klubowi nie zachowałby się znacznie lepiej naśladując Robbiego Keane’a, który – choć na White Hart Lane przyjmowany wrogo przez większość fanów Tottenhamu (byli na szczęście tacy, co klaskali) – nie cieszył się po golu Kuyta? Retoryczne pytanie, wiem. Ale zastanawiam się: czy za każdy przejaw prymitywizmu można karać? Gdzie leży granica między przywiązaniem do barw klubowych a szukaniem rozróby? I wreszcie (spróbujmy wrócić do kwestii, którą w jednej z poprzednich dyskusji postawił poniekąd nth, i ująć ją nieco szerzej) fair play wymuszone to jeszcze fair play?

Cholerne derby

Po czymś takim najtrudniej napisać pierwsze zdanie. Że to był dopiero megahit? Że 90 minut to strasznie dużo czasu? Że prawdopodobnie obejrzeliśmy gola sezonu? Że z całą pewnością jeden menedżer i jeden piłkarz przeszli właśnie do historii swojego nowego klubu? Że nie wszystkie derby muszą być okropne?

W tym ostatnim zdaniu chodzi mi o zmęczenie, o jakie przyprawia mnie poziom wzajemnej niechęci piłkarzy i nienawiści kibiców. Na kilkanaście godzin przed meczem Cesc Fabregas mówił, że zespół Tottenhamu byłaby w stanie pokonać nawet kobieca drużyna Arsenalu. Atmosferę wrogości wyczuwało się także w tunelu: obie jedenastki stały obok siebie udając, że się nie widzą – przywitali się jedynie bramkarze, a Modrić i Czorluka wdali się w rozmowę z wciąż jeszcze niezdolnym do gry Eduardo. O tym, co śpiewano na trybunach, wspominał nie będę. Pisałem już wielokrotnie, że marzą mi się derby toczone w atmosferze zdrowej rywalizacji, po których zakończeniu obie strony potrafią docenić się nawzajem.

Pocieszam się myślą, że po dzisiejszym meczu obu stronom będzie trudno mówić o rywalach z pogardą. Najpierw obejrzeliśmy murowaną kandydatkę do bramki sezonu: David Bentley, który skądinąd rozpoczynał karierę w Arsenalu (choć równocześnie kibicował Tottenhamowi) podążył śladami idola swojej młodości. W wywiadzie opublikowanym na łamach październikowego numeru miesięcznika „Hotspur” Bentley wspomina słynnego gola Paula Gascoigne’a, strzelonego z rzutu wolnego podczas półfinału Pucharu Anglii w 1991 r. Wtedy jednak do bramki Seamana było nieco bliżej niż dziś do bramki Almunii, a Gascoigne uderzał stojącą piłkę, Bentley zaś najpierw ją przyjął, lekko sobie podbijając, a następnie uderzył z woleja i patrzył jak opada nad rozpaczliwie wracającym na linię bramkową Hiszpanem. Może nie był to Nayim dla Saragossy (także dawny piłkarz Tottenhamu), może nie był to Beckham dla MU w meczu z Wimbledonem, ale i tak miejsce w historii swojego klubu ma Bentley zapewnione.

Takie gole nie powinny padać w przegranych meczach, żeby zbyt szybko o nich nie zapomniano. A przecież Tottenham – chciałoby się powiedzieć: w swoim stylu – zrobił wiele, by ten mecz przegrać. Znowu niepewnie bronił Gomes, którego źle obliczone wyjście z bramki przyniosło Arsenalowi wyrównanie. Znowu nieuważny obrońca (w tym przypadku Hutton) wyłożył piłkę pod nogi rozpędzonego napastnika rywali i kilkadziesiąt sekund po tym, jak Bent strzelił gola na 3:2 ponownie mieliśmy dwubramkową przewagę gospodarzy. Znowu przeciwnicy mieli niezliczoną ilość rzutów wolnych z niebezpiecznych sektorów boiska, o licznych rzutach rożnych nie wspominając. Mimo iż w cztery dni zdobył dwa razy więcej punktów niż Juande Ramos w prawie trzy miesiące, Harry Redknapp ma przed sobą mnóstwo pracy.

Oczywiście Arsenal był wyraźnie lepszy. Napisano to już tyle razy, że aż głupio powtarzać, ale żadna inna drużyna nie operuje piłką z tak wielką swobodą. Próbujesz przeciwko nim pressingu, nabiegasz się jak wariat, a i tak tam, gdzie akurat dobiegniesz, ich dawno już nie będzie albo dawno już pozbyli się piłki. Tak jak zrobił to najlepszy na boisku Robin Van Persie, podając Nasriemu, po którego lobie i dołożeniu nogi przez Adebayora padł trzeci gol dla Arsenalu. Redknapp miał rację mówiąc przed meczem, że kluczem do wyniku będzie posiadanie piłki: przewaga 65 do 35 dla Arsenalu mówi w tym kontekście wszystko. Tyle że w kluczowych momentach gospodarzom zabrakło zimnej krwi: zamiast spokojnie powymieniać piłkę między sobą na własnej połowie, myśleli o strzeleniu piątego gola, by stracić trzeciego i czwartego. Była 89. i 95. minuta…

Tak, to był megahit. I to był Tottenham, który przełamał się psychicznie – wygląda na to, że przez jakiś czas o drużynie z White Hart Lane nie będzie się opowiadać dowcipów. Co innego o Kanonierach. Hm, podobno piłkarze Arsenalu rozgrywali niedawno sparing z piłkarkami tego klubu i przegrali…

Nie zapominajmy jednak, że bardzo ciekawe rzeczy działy się również na innych boiskach. Po pierwsze, Chelsea pokazała w meczu z Hull, że świat miewa jednak swój porządek. Po drugie, marzenia Manchesteru City o Lidze Mistrzów stają się coraz bardziej odległe po wyjazdowej porażce z Middlesbrough. Po trzecie, po zwycięstwach Manchesteru United, Liverpoolu (znów zwlekali do ostatniej chwili, łobuzy, i trzy punkty przyniósł im ostatecznie rzut karny) i Aston Villi, tabela zaczęła wyglądać w sposób nieco bardziej uporządkowany: mamy pierwszą szóstkę, z wyraźną przewagą punktową nad pozostałymi. Po czwarte – to temat na osobny tekst – bramkę w zwycięskim meczu Newcastle zdobył Joey Barton, o którego roli w zamieszaniu wokół Srok pisałem na początku września. Po szóste, Stoke i Fulham się nie poddają. Po siódme, następna kolejka już za trzy dni.

Powody do zachwytu

Rafał Stec twierdzi wprawdzie, że mecz Legii z Wisłą był zdecydowanie bardziej interesujący, a ja przywykłem w takich kwestiach obdarzać go zaufaniem – ale nie znaczy to przecież, że ze Stamford Bridge wiało nudą. Patrząc na spotkanie Chelsea z Liverpoolem czułem się nawet jak widz jednego ze starć odbywających się na bulwarach pod Wawelem, gdzie przy kamiennych stołach zasiadają starsi panowie, by w otoczeniu wianuszka kibiców rozegrać partię szachów. Niby nic się nie dzieje, żadnej hurra-ofensywy, oszałamiających akcji czy spektakularnych roszad – raczej ostrożne wyczekiwanie na błąd przeciwnika i zacięty bój z udziałem każdego pionka. Niby nic się nie dzieje, powtórzmy, a przecież zawsze kiedy mam okazję popatrzeć na taką partię szachów – wracam do domu zachwycony.

O tym, że po ponad czterech latach Chelsea zakończyła serię meczów bez porażki na własnym stadionie, napisali już wszyscy. Dla kibiców wicemistrza Anglii to jednak umiarkowany powód do zmartwienia. Większym jest forma Anelki i to, jak przeciętnie prezentuje się atak bez Drogby i Joe Cole’a. A skoro już jesteśmy przy nazwiskach: jednym z autorów wczorajszego sukcesu Liverpoolu był Xabi Alonso, który – niech mnie poprawią kibice The Reds, jeśli się mylę – w ostatnich miesiącach nie zaliczał się bynajmniej do ulubieńców Rafy Beniteza. Zastrzegam, że mówiąc o autorstwie sukcesu nie mam na myśli przypadkowo strzelonej bramki, a raczej wspólne z Mascherano zneutralizowanie drugiej linii gospodarzy. Kolejni bohaterowie Liverpoolu – oprócz czyniącego cuda w obronie Jamiego Carraghera – to Riera i Kuyt, zaangażowani w powstrzymywanie Bosingwy i Ashleya Cole’a. Nie znam oczywiście planu taktycznego, z jakim Benitez przystępował do tego meczu, ale jestem przekonany, że wyłączenie z gry ofensywnie ustawianych bocznych obrońców Chelsea i zmuszenie gospodarzy do atakowania środkiem, było jednym z jego elementów.

Czy był to mecz kolejki? Zuchwale miałbym ochotę napisać, że był to mecz sezonu – jeśli wziąć pod uwagę, że właśnie to zwycięstwo (pamiętajmy: odniesione bez Torresa) tak otwarcie postawiło nam przed oczami kwestię mistrzowskich aspiracji Liverpoolu. Dziś można już chyba powiedzieć, że walka o tytuł będzie w tym sezonie równie zacięta jak w poprzednim, ale obejmie większą liczbę drużyn.

Zwłaszcza, że Manchester United wciąż traci punkty: cóż z tego, że Alex Ferguson ma do dyspozycji najlepszy ofensywny kwartet świata (wreszcie oficjalnie doceniony Ronaldo, Berbatow, Rooney, Tevez…), skoro nie może skorzystać z niemal równie dobrych pomocników. Nawet w życiowej formie Darren Fletcher nie zastąpi Carricka, Hargreaevesa czy Scholesa –  wymowy tego faktu nie zmieni cała seria ataków menedżera MU na rzekomo nieprzychylnych jego drużynie arbitrów.

O Tottenhamie w ostatnich dniach napisałem wystarczająco dużo. Odmiana losu po zmianie trenera wydaje się oczywistością, a przeciwnik był słaby; znamienne jednak, że w meczu z Boltonem świetnie wypadli piłkarze, którzy pod Ramosem nie błyszczeli – zwłaszcza ustawiony tuż za Pawliuczenką i mający całkowitą swobodę taktyczną Modrić, wreszcie dobrze dośrodkowujący Bentley i znów posyłający wzdłuż i wszerz boiska celne kilkudziesięciometrowe podania Huddlestone. Ale uwaga: jak pokazuje przypadek West Hamu nowy trener przynosi jedno-dwa zwycięstwa, a potem znowu jest pod górkę.

Utrata menedżera to potężny cios dla Portsmouth, zwłaszcza że większość klasowych piłkarzy zasilała ten klub właśnie z myślą o pracy z Harrym Redknappem. Czy teraz pójdą w jego ślady? Z całą pewnością napastnik formatu Defoe’a i defensywny pomocnik klasy Diarry to transferowe priorytety nowego menedżera Kogutów. A ja od wczoraj zastanawiam się jeszcze nad dwoma rzeczami: czy w kontekście niedawnego znieważania Sola Campbella przez kibiców Tottenhamu znaczek „Kick It Out”, wpięty w garnitur Redknappa podczas jego debiutu na White Hart Lane to świadoma demonstracja, i czy rajcy miejscy Portsmouth, którzy akurat na dziś zaplanowali uroczystość nadania mu honorowego obywatelstwa za majowe zwycięstwo w finale Pucharu Anglii zdecydują się – jak wcześniej zapowiadali – na nazwanie jednego ze słynnych miejskich dzwonów jego imieniem.

Z ciekawostek odnotujmy potężną karę finansową dla balującego w nocnym klubie napastnika Aston Villi Johna Carew. Jak powiedział dziennikarzom Martin O’Neill: „John uważał, że są okoliczności łagodzące. Wysłuchałem go i podjąłem decyzję, że się myli” (Pamiętacie Briana Clougha? „Jeśli poróżniłem się z piłkarzem, siadamy na dwadzieścia minut, rozmawiamy, a potem uznaję, że to ja mam rację” – mawiał niezapomniany menedżer Nottingham Forest). Norweg w meczu ze Stoke pojawił się na boisku dopiero w drugiej połowie, ale zdołał zaliczyć gola i asystę. Po czwartkowym zwycięstwie nad Ajaxem i niedzielnym pogromie Wigan wiele wskazuje na to, że Aston Villa ma już za sobą lekką zadyszkę z ostatnich tygodni. Mnie znów zachwyca Agbonglahor, o którym mówi się nawet, że w zbliżającym się meczu Anglia-Niemcy zostanie wypróbowany w pierwszym składzie drużyny Fabio Capello. Czy i kiedy w jego ślady pójdzie młodziutki Sturridge, któremu za dwie asysty w meczu ze Stoke czyścił buty sam Robinho?

Nieodmiennie zachwyca mnie także Hull, oczywiście.

Harry Houdini

Z wpisami blogowymi jest tak, że żyją najczęściej kilka godzin. Weźmy wczorajszy: kiedy powstawał, Juande Ramos i jego współpracownicy pakowali już walizki, w Portsmouth niechętnie godzono się z (nie pierwszym zresztą) odejściem Harry’ego Redknappa, a służby prasowe Tottenhamu głowiły się, jak obwieścić światu kolejną wizerunkową katastrofę.

Nie chodzi tylko o to, że w ciągu ostatnich siedmiu lat to siódma zmiana na stanowisku trenera drużyny – do tego w końcu można się przyzwyczaić, zwłaszcza gdy żaden nie przynosi spodziewanych wyników (choć można się dziwić terminom ich odejścia i wcześniejszym inwestycjom, na które im pozwalano: w 2003 r. Glenn Hoddle odchodził po sześciu meczach sezonu, kiedy Tottenham był drugim na liście klubów najwięcej wydających na nowych piłkarzy; Jola zwolniono po dziesięciu meczach, a Tottenham był trzeci na liście najwięcej wydających; Ramosa po ośmiu kolejkach, a klub znów był drugi na liście inwestujących w nowych piłkarzy).

Rewolucja idzie jednak znacznie dalej: w Tottenhamie dobiega końca zdecydowanie nieudany eksperyment z odpowiedzialnym za transfery dyrektorem sportowym, pracującym obok trenera, zajmującego się treningami i taktyką. Nie czas teraz na przywoływanie wypowiedzi prezesa Daniela Levy’ego, tłumaczącego, że ta struktura może wreszcie zapewnić klubowi stabilność: nie dość, że nie zapewniła, to była źródłem nieustających wojen podjazdowych – najpierw na linii Glenn Hoddle – David Pleat, później na linii Martin Jol – Damien Comolli. Kiedy w 2004 r. prezes rozdzielał kompetencje między trenera i dyrektora, tłumaczył, że nie chce więcej wyrzucać pieniędzy w błoto: od tamtej pory do klubu sprowadzono 55 nowych piłkarzy, a 26 byłych zawodników Tottenhamu gra w innych klubach Premiership. Skądinąd ciekawe, że system, który z powodzeniem funkcjonuje w klubach europejskich, w Anglii nie może się przyjąć (oprócz Tottenhamu, spięcia między trenerem a dyrektorem występowały również w Newcastle; dwie z trzech drużyn pracujących w tej strukturze znajdują się obecnie w strefie spadkowej).

Do klubu przychodzi Harry Redknapp – i trudno o większy kontrast z poprzednikiem. Uważany za eksperta od ratowania klubów przed spadkiem, od kilkunastu lat ze zmiennym powodzeniem pracował w West Hamie, Portsmouth, Southamptonie i ponownie Portsmouth. O lidze angielskiej wie tyle, ile Ramos nigdy nie zdołałby się nauczyć. Zna specyficzną kulturę tego świata i z pewnością nie będzie układał diet piłkarzom. Ma po prostu utrzymać klub w ekstraklasie – a co będzie dalej, prezes pomyśli za rok. Pomyśleć, że kiedy zwalniał Martina Jola, robił to dlatego, że Holender nie gwarantował – jego zdaniem – zdobycia miejsca w Lidze Mistrzów. Ile pieniędzy zostałoby na koncie, gdyby nie podjął tamtej decyzji, ile złych emocji oszczędziłby sobie i kibicom? Nowy zespół Jola, HSV, od tygodni lideruje w Bundeslidze.

PS Prezes Levy postanowił wytłumaczyć powody swojej ostatniej decyzji, przy okazji, dla uspokojenia atmosfery, odsłaniając trochę zakulisowej wiedzy (m.in. dotyczącej odejścia Berbatowa i Keane’a). Przed rozpoczęciem dyskusji o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości Tottenhamu, warto przeczytać jego przydługi list otwarty do kibiców.

Anatomia klęski

Szef Premier League Richard Scudamore zaciera ręce, bo fantastyczna passa Hull i katastrofalna forma Tottenhamu powodują zwiększone zainteresowanie angielską piłką. Co za dziwny sezon: szerzej nieznane Hull zajmuje trzecie miejsce w tabeli, a powszechnie znany Tottenham tabelę zamyka. Jeśli dodamy do tego kłopoty Newcastle i spektakularne przejęcie Manchesteru City, to tematów do rozmów o Premiership mamy mnóstwo, i to bez konieczności wymieniania któregokolwiek z klubów Wielkiej Czwórki.

Historia ostatnich tygodni Tottenhamu to w jakimś sensie odwrócenie bajki o Hull. Tam ambicja i wiara we własne siły czynią cuda, tu piłkarzy paraliżuje niewiara w siebie. Kiedy przed trzema tygodniami oglądałem krakowski trening londyńczyków, uderzyło mnie, jak absurdalnie młodzi i niedoświadczeni są to chłopcy. Pamiętam, jak Jermaine Jenas skarżył się przed laty, że czuł się w Newcastle jak złota rybka w szklanym słoju – ale szczerze mówiąc dotychczasowe życie w Londynie nie wyglądało dla niego inaczej. I on, i jego koledzy, sprowadzani za młodu do jednej z czołowych drużyn Premiership, byli wychowywani pod kloszem w przekonaniu, że za rok-dwa zawojują świat. Poza kontuzjami omijały ich kłopoty, a już z pewnością nie musieli walczyć o utrzymanie się w lidze. Może poza Jonathanem Woodgatem, który przed czterema laty spadł z ekstraklasy grając w Leeds.

Po przedwczorajszej klęsce z Udinese to właśnie Woodgate w szczerej wypowiedzi dla BBC podjął kwestię podstawową: czy jego obecna drużyna jest rzeczywiście za dobra, żeby spaść? Czy w ogóle po doświadczeniach tamtego Leeds – z Alanem Smithem, Jamesem Milnerem, Markiem Viduką, Jermainem Pennantem, Paulem Robinsonem, Lukasem Radebe, Garrym Kellym, Ianem Hartem w składzie – można w ogóle używać takiej kategorii? A cóż w takim razie mówić o West Hamie z sezonu 2002/03, z Davidem Jamesem, Joe Colem, Michaelem Carrickiem, Trevorem Sinclairem, Lee Bowyerem, Paolo Di Canio, Lesem Ferdinandem i Jermainem Defoe? W każdym razie Woodgate nie ma złudzeń: jego Leeds było dużo lepsze niż jego Tottenham, a jednak się nie uratowało; jeśli nowi koledzy Anglika nie obudzą się i nie zaczną wreszcie walczyć, w przyszłym sezonie będą jeździć na mecze do Plymouth, Swansea albo Preston.

Spotkanie z Udinese było ilustracją tego, co dzieje się z piłkarzami pozbawionymi pewności siebie. Przed pierwsze dwadzieścia minut Tottenham był lepszy, dominował na boisku, zaczynał nawet stwarzać jakieś sytuacje. Ale później bramkarz Gomes zamiast wybić w pole prostą piłkę od obrońcy, potknął się, a potem próbował dryblować, by w efekcie przewrócić naciskającego go napastnika i sprokurować kolejnego w ostatnich dniach karnego (w niedzielę ze Stoke stracił piłkę Gareth Bale i próbując naprawić błąd sfaulował rywala – była jedenastka i czerwona kartka). No i piłkarze Tottenhamu nie potrafili się już podnieść.

Brak pewności siebie widać na każdym kroku: zawodnicy albo unikają wzięcia na siebie odpowiedzialności – nie próbują strzałów, dryblingów i marzą o jak najszybszym pozbyciu się piłki – albo starają się za bardzo, jak Jamie O’Hara, który po dwóch zbyt ostrych wejściach w przeciągu minuty otrzymał dwie żółte kartki i musiał opuścić boisko w Udine. Nade wszystko jednak są rozkojarzeni i robią błędy, jak wspomniany Bale. We Włoszech Walijczyk rozgrywał bodaj najgorszy mecz w życiu: podawał niecelnie, miał kłopoty z przyjęciem piłki, co skutkowało rzutami rożnymi. Pomyśleć, że kilkanaście miesięcy temu mówiono, że to materiał na najlepszego lewego obrońcę świata…

Podkreślam rolę psychiki piłkarzy, bo przecież ani Bale, ani jego koledzy nie zapomnieli w ciągu paru tygodni, jak się gra w piłkę. Ba: już w tym sezonie zdołali zremisować wyjazdowy mecz z Chelsea, a w drugiej połowie na Stamford Bridge grali nawet o zwycięstwo… Podobnie Juande Ramos nie zapomniał, jak się prowadzi zespół: przed rokiem przychodził tu jako jeden z najlepszych trenerów świata i przecież nim pozostał (zabawne, że ci, którzy jako jedną z przyczyn kryzysu w Tottenhamie wymieniają barierę językową między kiepsko mówiącym po angielsku Ramosem a piłkarzami, nie podnosili tej kwestii, kiedy wspólnie zdobywali Puchar Ligi).

Przyczyny dzisiejszych kłopotów Tottenhamu już wymieniałem przy okazji dwumeczu z Wisłą; nie wszystko jest sens powtarzać. Drużyna nie ma lidera. Brakuje piłkarzy, u których technika idzie w parze z wolą walki. Dyrektorowi sportowemu nie udały się transfery, zwłaszcza jeśli idzie o obsadę miejsc w ataku po odejściu Berbatowa i Keane’a. Rotacja w składzie jest zbyt duża – podobnie jak zbyt częste są zmiany formacji. Wszystko prawda, ale wszystko nie do końca: moim zdaniem piłkarze Tottenhamu przegrywają swoje mecze w głowach; przegrywają jeszcze zanim wyjdą na boisko.

Co w tej sytuacji robić? Alex Ferguson, Rafa Benitez i wielu dawnych piłkarzy Tottenhamu przestrzegają przed zwolnieniem Ramosa z pracy. Z drugiej strony z kryzysu psychicznego – oprócz zwycięstwa w jakimś meczu, rzecz jasna – wyprowadzić może jedynie gruntowna zmiana rutyny. Jeśli nie coraz bardziej prawdopodobne zwolnienie trenera, to choćby (jakkolwiek zabawnie by to brzmiało, czytałem o takich przykładach) zmiana boiska treningowego, malowanie szatni, wspólne ogolenie się na łyso. Że inni będą się śmiać? Ależ i tak się śmieją, nie od dziś i na całym świecie.

Jutro Tottenham gra z Boltonem, za kilka dni odbędą się najważniejsze derby Londynu na Emirates, a później na White Hart Lane zagości Liverpool. W międzyczasie klub ma oficjalnie ogłosić – cóż za paradoks – doskonałe wyniki finansowe i plany rozbudowy stadionu (będzie mógł przyjąć 60 tys. widzów). Tyle że jeśli z tych trzech meczów nie będzie przynajmniej czterech punktów, w przyszłym sezonie będziemy częściej niż dotąd pisali o Championship, wyniki finansowe się pogorszą, a trybuny – przerzedzą. Jak widać, powoli się do tego przygotowuję.