Archiwum kategorii: Premier League

Czekając na Drugie Przyjście, czyli dlaczego Thomas Frank został zwolniony

Widywałem na tym stanowisku gorszy materiał ludzki. Im bardziej był pod presją, im bardziej brutalne stawały się pytania dziennikarzy (którym oczywiście trudno się dziwić – robili to, co do nich należy), tym bardziej mu w gruncie rzeczy współczułem. Do końca utrzymał coś, co w języku etyki conradowskiej nazwanoby pewnie „integrity”. Nawet gdy wczoraj mówił, że odpowiedzialność za kiepskie wyniki rozkłada się na więcej osób, brzmiało to jak proste stwierdzenie faktu, a nie próba zrzucenia jej z siebie i przeniesienia na klubowy zarząd, na piłkarzy, na sztab medyczny, na sędziów, na splot niefortunnych zdarzeń.

Wyobrażacie sobie w jego roli Mourinho czy Conte? Po każdym kolejnym urazie zawodnika pierwszego składu, po czerwonych kartkach Romero, po okienku transferowym, które faktycznie zakończyło się wyłącznie wymianą Johnsona za Gallaghera (przy takiej pladze kontuzji!), po fiaskach związanych z podejściami pod Gibbsa-White’a, Ezego, Semenyo, Robertsona (czy gdyby przyszli, sezon wyglądałby inaczej?), po karuzeli zmian na szczytach władzy (Paratici wraca, potem znów odchodzi…), na konferencjach prasowych leciałyby wióry. Winien byłby każdy, poza trenerem.

Podkreślam ten ludzki aspekt sprawy na początku, bo później pewnie do niego nie wrócę, a w dobie błyskawicznych egzekucji wykonywanych za pośrednictwem mediów społecznościowych wydaje mi się ważny: to, że Thomas Frank okazał się niewłaściwym człowiekiem w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, nie czyni go człowiekiem złym, zepsutym czy nieuczciwym, nie czyni go też trenerską ofermą. Podczas siedmiu lat w Brentfordzie wypracował sobie markę podobną do tej, która zaprowadziła Grahama Pottera na posadę trenera Chelsea: trudno się dziwić, że chciał wypłynąć na szersze wody, spróbować swoich sił w większym klubie – i można mieć pewność, że niedługo znów zobaczymy go przy linii bocznej, odnoszącego sukcesy na swoją miarę.

Bardziej już można się dziwić władzom klubu, które konstruując osławioną listę kryteriów, na jakich podstawie zdecydowały się ostatecznie postawić na Duńczyka, wśród np. znajomości ligi, zdolności rozwijania zawodników, medialnej prezencji i taktycznej elastyczności, przy tym ostatnim punkcie nie miały większych wątpliwości. Tottenham jest specyficznym klubem, pisałem o tym wielokrotnie, że oprócz wyników, patrzy się tu jeszcze na styl, w którym są osiągane; że tu oczekuje  się piłki odważnej, ofensywnej, podrywającej fanów z – kosztownych skądinąd – stadionowych krzesełek.

Pragmatyczny Frank niczego takiego nie zaoferował. Owszem, zapamiętamy ten sezon z niewiarygodnie pięknych bramek – przewrotek Palhinhi i Romero, rajdu Van de Vena, skorpiona Solanke czy nożyc i uderzenia z połowy boiska Richarlisona, ale poza takimi błyskami i poza golami zdobywanymi ze stałych fragmentów, nie było tu niczego, na czym można by oko zawiesić. Imponujący pressing w otwierającym sezon meczu o Superpuchar Europy (dla przywrócenia proporcji: z trenującym zaledwie od paru dni PSG…) szybko się rozmył, a tempo akcji ofensywnych zaczęło być wprost proporcjonalne do letargicznej atmosfery Tottenham Hotspur Stadium. Długa piłka w kierunku napastnika, a poza tym „sideways and backwards everywhere we go” – tu akurat fani dobrze streśclli, jak wyglądała gra Tottenhamu, kiedy rywal oddawał mu futbolówkę. Gole oczekiwane poniżej 0,1 w kluczowych derbach z Chelsea i Arsenalem – z tą statystyką również pobyt Franka w północnym Londynie będzie kojarzony. 

W ostatnich tygodniach wyglądało to tak, jakby świetni technicznie, błyskotliwi za poprzedniego szkoleniowca piłkarze zapomnieli, jak się wymienia szybkie podania w trójkącie, jak się gra prostopadłe piłki za plecy obrońców, jak się wychodzi na pozycję i pokazuje kolegom do gry – ileż było meczów, w których niewymuszone błędy sprawiały, że zagrana do oddalonego o kilkanaście metrów partnera piłka lądowała na aucie (albo we własnej bramce, jak po fatalnym wykopie Vicario w meczu z Fulham)? Co gorsza, zapomnieli też, jak się bronić, a gole tracone tuż zza pola karnego stały się specjalnością zakładu.

Tottenhamu pod Frankiem naprawdę się nie dało oglądać – i wczorajsza porażka z Newcastle była w tym sensie emblematyczna. Ospały początek, oddanie inicjatywy pogrążonemu w kryzysie rywalowi, który z każdą minutą wizyty u doktora Tottenhama zaczynał czuć się pewniej i mocniej, kontuzja kolejnego piłkarza, strata bramki, buczenie rozczarowanych fanów w przerwie, próba powrotu do gry w drugiej połowie, wyrównujący gol (po rogu, a jakże…), błąd w wyprowadzaniu piłki i kontra, dająca gościom zwycięską bramkę. W spotężniałej w ostatnich miesiącach kolekcji upiornych występów na własnym stadionie, gdzie toksyczność atmosfery wśród fanów była powiązana z toksycznością oferowanego im futbolu, ten mecz z pewnością zajmie poczesne miejsce.

Thomas Frank ma oczywiście rację: już robione przez autorów „Soccernomics” badania pokazują, że w dłuższej perspektywie zmiana trenera nie rozwiązuje żadnych klubowych problemów, a efekt nowej miotły jest zwykłym mitem. Tottenham chciał więc dać sobie i Duńczykowi czas, licząc pewnie, że latem, po mundialu, będzie miał lepsze możliwości manewru; że być może wtedy będzie mógł spełnić marzenia kibicowskiej bazy oraz samego Argentyńczyka i pozwolić Mauricio Pochettino dokończyć to, co zaczął przed laty (skądinąd, jak na standardy tego świata, wywiady Pochettino o swoich relacjach z Tottenhamem, są z pewnością niecodzienne). 

Ale spirala fatalnych wyników i wywołanej nimi atmosfery nie pozwalała czekać do lata. Jakkolwiek to zabrzmi w kontekście klubu grającego w najwyższej klasie rozgrywkowej nieprzerwanie od pół wieku, tu stawką w decyzji zwolnieniu trenera nie jest przedłużający się dryf wielkiego tankowca, a uratowanie go przed zatonięciem, czytaj: pozostanie w Premier League. Jeśli nie naprawisz sytuacji transferami (okienko zamknęło się właśnie dziesięć dni temu, więc nie naprawisz), jeśli sytuacji nie udaje się odwrócić na boisku i jeśli trybuny ostatecznie straciły cierpliwość, jedynym sposobem odwrócenia trendu, jest zmiana na stanowisku szkoleniowca.

Kto przyjdzie za Franka? Jeśli klub poważnie myśli o Pochettino, kandydatury wolnego od wczoraj De Zerbiego czy pracującego w Ferencvarosie Robbiego Keane’a nie wchodzą raczej w grę, bo to ludzie zbyt poważni, by przyjmować robotę na kilka miesięcy. Pobyt Ryana Masona w WBA skończył się jeszcze szybciej od pobytu Franka w Tottenhamie. Johan Heitinga w roli asystenta sprawdzał się dobrze, ale na posadzie samodzielnego trenera Ajaksu się nie utrzymał. Czy udźwignie presję, związaną z walką o utrzymanie?

Kibicuję Tottenhamowi od 1987 roku i zwykłem powtarzać, że w tym czasie widziałem już wszystko – ale tego jeszcze nie doświadczyłem. Owszem, pamiętam dziewięć miesięcy Christiana Grossa, podczas których jedynie David Ginola i drugie przyjście Jurgena Klinsmanna wyprowadziło drużynę ze strefy spadkowej. Pamiętam dwa punkty w ośmiu meczach Juande Ramosa i ostatnie miejsce w tabeli. Ale samej degradacji Spurs jeszcze nie doświadczyłem, a metafizyczna część mojej osobowości podpowiada, że owa degradacja byłaby rodzajem odpłaty za zwolnienie Ange’a Postecoglou po tym, jak zdobył z Tottenhamem europejski puchar. Patrząc na plagę kontuzji i stopień degrengolady w drużynie, nie ufając korporacyjnej nowomowie klubowego zarządu, biorąc poprawkę na formę West Hamu, Leeds i Nottingham Forest, uważam ten scenariusz za wielce prawdopodobny.

PS. Lubiłem ten sweterek w butelkowym kolorze.

Czy cierpliwość jest cnotą

No i o czym to właściwie było? Najłatwiej byłoby powiedzieć, że o gapiostwie Manchesteru City, który w pierwszej połowie wyszedł na dwubramkowe prowadzenie w zasadzie bez wysiłku, korzystając jedynie z prezentów, które sprawiali mu gospodarze. Gol numer jeden: strata w środku pola Bissoumy – pomocnik ten znakomicie radzi sobie z piłką pod presją, ale potrafi też nieoczekiwanie ją stracić; problem w tym, że nigdy nie wiesz, która jego wersja się wylosuje – a potem Dragusin zostawiający zbyt wiele miejsca Cherkiemu i spóźniony Vicario. Gol numer dwa: kolejna strata na własnej połowie po zbyt krótkim wybiciu Dragusina. Doprawdy: przed przerwą City nie musiało podkręcać tempa i nawet pressować nie potrzebowało zbyt intensywnie. Gracze Tottenhamu, od Vicario poczynając, pozostawiani sam na sam z piłką zawsze znajdowali sposób na zrobienie czegoś niemądrego – i to raczej z dala od bramki Donnarummy. Czy oni w ogóle trenują, a jeśli tak, to pod czyim kierownictwem – można się było zastanawiać patrząc na ten bieda (choć za wyjątkowo drogie bilety) futbol. 

Gwizdy po ostatnim gwizdku pierwszej połowy były więc zasłużone; wszystko wskazywało na to, że czeka nas ostatnie 45 minut męczarni związanych z oglądaniem tej drużyny pod Thomasem Frankiem. On sam zresztą zdawał sobie chyba z tego sprawę: ten rzut kartonikiem z wodą na ziemię po pierwszym golu dla gości to przejaw frustracji, którą – jak na Duńczyka przystało – dotąd kontrolował, mimo iż od wielu tygodni w zasadzie na każdej konferencji prasowej odpowiadał na nieprzyjemne pytania o własną przyszłość.

Ale strzelba wisząca na ścianie salonu rodziny Lewisów i tym razem nie wypali. Gapiostwo City gapiostwem – nie jest ono w końcu zmartwieniem fana Spurs. Mówienie o meczu, że składał się z dwóch połów i jedna nie przypominała drugiej w najmniejszym stopniu to dziennikarska tandeta, ale w tym przypadku coś faktycznie było na rzeczy. Przegrywający Tottenham zmuszony został w przerwie do zmiany chorego od kilku dni kapitana Romero, a przez to do korekty ustawienia, bo więcej środkowych obrońców już ta zdziesiątkowana kontuzjami drużyna już nie miała. Z 3-4-2-1, które skądinąd sprawdziło się w Lidze Mistrzów, trzeba było przejść na grę parą stoperów: jednym był pomocnik Palhninha, drugim – powracający po ponad rocznej przerwie do pierwszego składu Dragusin, na prawą obronę zawędrował znów Archie Gray. Wszystko to połatane i pofastrygowane (jedenastu podstawowych zawodników niezdolnych do gry – i to jakich zawodników…) przeciwko jednej z najlepszych drużyn kontynentu po traumie pierwszej połowy i kibicowskiej furii w przerwie wróżyło jak najgorzej – a skończyło się nadspodziewanie dobrze. Formacje gości i gospodarzy zaczęły wyglądać podobnie; na całym boisku mogła zacząć się walka jeden na jednego. Sarr z Gallagherem zaczęli wygrywać pojedynki z wciąż statycznymi pomocnikami City, idąc śladem Simonsa, który nie tylko pojedynki wygrywał, ale odbierał piłki, robił wślizgi, dryblował, strzelał i wypracowywał kolegom okazje do strzału. W ostatnich tygodniach najwytrwalsi z wytrwałych obserwatorów Tottenhamu upierali się, że forma Holendra rośnie – ale dziś zobaczyli to wszyscy i może nawet porównania z grającym tu niegdyś Modriciem nie byłyby całkiem na wyrost. Wraz z powrotem do gry Solankego i oswajaniem się Gallaghera z nowymi kolegami, kreatywność Simonsa daje nadzieję, że ten sezon zostanie zapamiętany z czegoś jeszcze, poza stałymi fragmentami, plagą kontuzji i karuzelą zmian na klubowych szczytach.

Właśnie taki Totenham, jaki widzieliśmy w ciągu drugiej połowy, chcą oglądać kibice tego klubu. Strzelający gole z akcji. Zmuszający bramkarza rywali do świetnych – po próbach Udogiego, Simonsa, Odoberta – interwencji. Atakujący szybko i z rozmachem. Agresywny w doskoku. „Skorpion” Solankego to jedna z najpiękniejszych bramek w tym sezonie Premier League, ale nie byłoby go przecież bez zrywu Gallaghera, który wyprzedził jednego z piłkarzy City, popędził prawym skrzydłem i dośrodkował.

Więc o czym to właściwie było? O piłce nożnej, którą cechuje czasem fantastyczna zaiste zdolność do wywracania gotowych narracji? O tym, że możliwość wystawienia w pierwszym składzie klasowego napastnika bywa bardzo pomocne? O nadziei, że cierpliwość, jaką nowi właściciele Tottenhamu wykazują w ostatnich tygodniach do Thomasa Franka, może jeszcze okazać się tym, czym cierpliwość być powinna: cnotą? O tym, że Duńczyk faktycznie ma rację, bo od klęski z Forest w każdym kolejnym meczu widać poprawę, choć rzadko przekłada się ona jeszcze na zdobycze punktowe? O odporności psychicznej tej przetrzebionej kontuzjami grupy chłopców i mężczyzn, którzy od miesięcy muszą grać także przeciwko pragnieniom własnych fanom? Zostawmy to na razie bez odpowiedzi i módlmy się tylko, by w ciągu najbliższej doby zamykającego się okienka transferowego doczekali się oni jakiegoś jednego czy dwóch wzmocnień.

Czy Thomas Frank musi odejść

Po ludzku było to oczywiście niezwykle poruszające, patrzeć na te zbliżenia na twarz i całą sylwetkę Thomasa Franka w ciągu ostatnich kilku minut meczu z West Hamem. Nie wykonywał już żadnych mobilizujących gestów. Nie próbował poderwać zawodników do kolejnej szarży.

Nie udzielał żadnych wskazówek, nie naradzał się z asystentami, nie wzywał żadnego z rezerwowych. Nie żuł już nawet gumy. Jakby się wyłączył albo jakby go odcięło: po prostu stał przy linii bocznej, z rękami skrzyżowanymi na piersiach, co przecież w zachodniej kulturze bywa zwykle kojarzone z zamknięciem, odrzuceniem, napięciem i dyskomfortem. Zupełnie sam albo – by zacytować tytuł książki Raymonda Domenecha – straszliwie sam.

Nie umiem w tym momencie Duńczykowi nie współczuć, choć jestem świadom, że mam do czynienia z jednym z najlepiej opłacanych i pracującym w bajecznie komfortowych – przynajmniej jeśli idzie o infrastrukturę – szkoleniowców na świecie. Pracą, którą wykonywał w Brentfordzie, zachwycali się koledzy-trenerzy, doceniali ją futbolowi eksperci, a kibice tego klubu do dziś gotowi są nosić go na rękach. W relacjach z dziennikarzami uprzejmy i otwarty. Niezrzucający – jak tylu poprzedników – winy na wszystkich dookoła: na piłkarzy, na klub, na rywali, na sędziów; przeciwnie: przyjmujący krytykę jako opis rzeczywistości, nie atak na siebie. W sumie, jak na ponure standardy futbolowego świata: niezwykle sympatyczna figura. Nic, tylko pozwolić mu dalej pracować, zwłaszcza że przejął drużynę, która skończyła poprzedni sezon na 17. miejscu w lidze; drużynę w fazie przebudowy; drużynę, z której odszedł dotychczasowy lider i kapitan, i której dwaj najbardziej kreatywni zawodnicy są od miesięcy kontuzjowani.

Tak, z pewnością okoliczności łagodzących ocenę pracy Franka w Tottenhamie można by znaleźć sporo. Za klubowymi kulisami po wyjęciu z rąk Daniela Levy’ego sterów przez rodzinę Lewisów zmian zachodzi tyle, że Duńczyk może uchodzić wręcz za weterana – głos Vinaia Venkateshama w meczowym programie odczytałem zresztą jako wotum zaufania dla szkoleniowca. Na boisku dzisiaj można by się kłócić choćby o niepodyktowanego karnego za rękę Scarlesa, jeszcze przy stanie 1:1. Błędy Vicario przy rzutach rożnych zdarzały się temu bramkarzowi również za poprzednich trenerów – podobnie zresztą jak kapitalne interwencje. Trwa dopiero drugie okienko transferowe za kadencji Franka, a podczas pierwszego na kluczową pozycję rozgrywającego nie udało się sprowadzić dwóch pierwszych celów: Gibbsa-White’a i Ezego; Xavi Simons, na którego ostatecznie padło, wciąż jeszcze adaptuje się do wymagań tej ligi…

Stop. W tym miejscu jednak okoliczności łagodzące się wyczerpują. W bardzo dobrym tekście Michaela Walkera z „The Athletic” czytałem w tym tygodniu o dzisiejszych derbach jako o starciu klubów, które zatraciły swoją „drogę”, czytaj: swój styl i sposób gry, swoją tożsamość. Bardzo w to wierzę, że przychodząc do Tottenhamu Frank spodziewał się, że uszczelni defensywę i nauczy swoich podopiecznych skutecznego wykorzystywania stałych fragmentów gry – i że z czasem jego gracze ofensywni staną się tak szybcy, bezpośredni i zabójczo skuteczni jak w poprzednim sezonie Mbuemo, Wissa czy Schade. Że Tottenham pod jego wodzą będzie agresywny w środku pola, odważnie pressujący, wygrywający pojedynki. I że kibice będą cenić uzyskane dzięki takiej strategii wygrane.

Ale z Tottenhamem to nie jest takie proste. Po pierwsze, za rządów Daniela Levy’ego klub znalazł się wśród najbogatszych w świecie – tu presja mediów i bazy kibicowskiej jest dużo większa niż w Brentfordzie. Po drugie i ważniejsze, tu się liczy styl. Jak w cytacie z Danny’ego Blanchflowera funkcjonującym jak jedno z klubowych mott; cytacie, z którego wynika, że bardziej niż o wygrywanie chodzi w tym miejscu o chwałę. Tu fani mają podrywać się z krzesełek po kiwkach i technicznych sztuczkach następców Ginoli i Bale’a, Gascoigne’a i Dele Allego – nawet za cenę traconych goli, co akurat świetnie rozumiał Ange Postecoglou pytający po wygranej 4:3 z Manchesterem United (meczu, w którym jego piłkarze prowadzili już 3:0) „Are you not entertained?”.

Nie jestem oczywiście zwolennikiem kompulsywnego zwalniania trenerów przez klubowe zarządy – a zwłaszcza zwalniania pod wpływem linczów dokonywanych za pośrednictwem mediów społecznościowych. Im bardziej toksyczna atmosfera na trybunach, tym mniejszą mam ochotę maszerować równym krokiem z buczącymi. W dodatku, jak się już chyba zdążyliście zorientować, jakoś polubiłem Franka jako człowieka. Wyznaję jednak: mam wątpliwości, czy jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Kiedy myślę o dzisiejszej porażce z West Hamem, abstrahuję od (zakończonej właśnie) fatalnej passy rywala i jego trwającej jeszcze dłużej niż ta Tottenhamu degrengoladzie: w domyśle, nie wpadam w furię, że nawet z kimś takim nie umiemy już wygrać. Pal licho statystyki, miejsce w tabeli, niedokładne podania i błędy. Kluczowa wydaje mi się myśl, że przecież w końcu Frank i jego sztab mieli do dyspozycji pełny tydzień na treningi – i że efektem tego tygodnia była taka ofensywna mizeria.

Najlepsze zdanie, jakie wygłosił Duńczyk na posadzie trenera Spurs, brzmiało: „Nie podejmując ryzyka, ryzykujesz”. Niestety, brzmi to zarówno jak opis sytuacji Tottenhamu na boisku, jak poza nim. Pozostawianie Thomasa Franka na posadzie, niekorzystanie z okazji, jaka wiąże się z uruchomioną przez właścicieli Chelsea i prezesa Realu trenerską karuzelą stanowisk, wydaje mi się coraz bardziej ryzykowne.

A ten obraz samotnego Franka z ostatnich minut meczu mówi mi: ryzykowne także dla niego samego.

Afera kubeczkowa, czyli co z naszym światem robią media społecznościowe

Nie jesteśmy w dobrym miejscu, kochani, i wbrew pozorom nie mam tu na myśli tego uprawiającego biedafutbol biedaklubu, który dziwnym zrządzeniem losu zalicza się do najbogatszych na świecie, choć patrząc na boisko kompletnie byśmy tego nie powiedzieli. Nie kieruje mną frustracja z powodu kolejnych straconych punktów czy straconego gola w doliczonym czasie gry, i to w meczu, w którym gra ofensywna Tottenhamu zdradzała nawet jakieś oznaki poprawy. Nie chodzi mi o kolejną pomeczową awanturę między piłkarzami i kibicami, o kolejny tajemniczy komentarz Romero na temat odpowiedzialności tych, którzy zabierają głos jedynie wtedy, gdy wszystko wydaje się iść dobrze, ale nawet wówczas robią to tylko po to, żeby powiedzieć „parę kłamstw”.

Atmosfera wokół Thomasa Franka jest oczywiście fatalna, oczywiście były mecze (klęski derbowe z Chelsea czy Arsenalem, ale przede wszystkim ów noworoczny antyfutbolowy horror z Brentfordem), podczas których wydawało się, że owi doskonale opłacani zawodowcy zapomnieli o tym, jak się poprawnie przyjmuje piłkę, a następnie celnie ją podaje. „Niewymuszone błędy” to fraza klucz do ostatnich tygodni w Tottenhamie, bardziej jeszcze niż „przegrywane pojedynki” czy „kontuzje”, „gole oczekiwane” na poziomie 0,1 – i bardziej niż „stałe fragmenty”, bez których bylibyśmy pewnie w strefie spadkowej. Jeśli zważyć, że nie popełniają ich tylko młodziaki (Archie Gray z Forest…), ale liderzy: Vicario, Romero, Van de Ven, Bentancur czy Porro – problem wydaje się systemowy.

Ale nie jesteśmy w dobrym miejscu z powodów zupełnie innych. Jeśli spojrzycie na relacje z wczorajszego spotkania z Bournemouth, i to nie tylko w mediach społecznościowych, ale także tych, ekhem, tradycyjnych, głównym wątkiem będzie w nich tak zwana afera kubeczkowa. Na pomeczowej konferencji, wśród dziennikarzy i wśród postaci paradziennikarskich typu Fabrizio Romano, na portalach i w gazetach tematem numer jeden jest logo na jednorazowym naczyniu, z którego Thomas Frank po wyjściu z szatni dopijał swoje espresso.

Tak się składa, że poprzednim rywalem Bournemouth był Arsenal, którego ekipa musiała porzucić swoje kubeczki przy maszynie z kawą, tak się składa, że Frank nie popatrzył, z czego pije. I co? I nic, wydawałoby się. Nie zrobił tego specjalnie, nie chciał nic przez to powiedzieć, nie chciał nikogo sprowokować, dać ukrytego sygnału, zwrócić przeciwko sobie kibicowskiej bazy. To, że od wczoraj w mediach społecznościowych natrafiłem na tyle oburzonych głosów, z których wynika, że Duńczyka powinno się zwolnić z pracy z powodu trzymanego w rękach kawałka tektury, jest wyłącznie dowodem naszego postępującego zidiocenia pod wpływem tychże mediów. I to nie jest wyłącznie o naszym kibicowaniu. To jest o naszej konsumpcji kultury czy – zwłaszcza – polityki, której aktorzy dawno już przestali rozróżniać między rzeczywistością a rzeczywistością Twittera.

Dawno, dawno temu, za siedmioma klubami i przed siedemnastoma sezonami, kiedy władcą zbiorowej futbolowej wyobraźni był José Mourinho, mógłbym właściwie pomyśleć, że – gdyby to jego sfotografowano z kubeczkiem z logo Arsenalu – mam do czynienia z wyrafinowanym sposobem na przejęcie narracji: na odwrócenie przez Portugalczyka uwagi od trywialnych kłopotów z formą, taktyką, a zwłaszcza z wynikami prowadzonej przezeń drużyny. Dziś nie mam złudzeń. Czas wyrafinowania minął, o czym zresztą świadczą także trendy dominujące w świecie futbolowej taktyki. Zgłupieliśmy wszyscy; prawdę powiedziawszy kiedy zacząłem ten wpis, jego pierwsze bynajmniej nie brzmiały „nie jesteśmy w dobrym miejscu”, bo najpierw odruchowo napisałem: jesteśmy w dupie.

Bez serc, bez ducha, Tottenhamu derby

Bawiłem się w trakcie tego meczu gorzej niż Alex Ferguson podczas negocjacji transferowych z Danielem Levym, a jak pamiętacie legendarny Szkot mówił, że targowanie się z byłym prezesem Tottenhamu było gorsze niż operacja biodra. Poza świetną grą Vicario w bramce (w bramce, podkreślam, bo pożytku z jego dalekich wykopów było tyle, co kot napłakał – inna sprawa, że Włoch odpowiadał aż za jedną trzecią podań Spurs w tzw. ostatniej tercji) drużyna, której kibicuję, nie dostarczyła mi ani jednego powodu do satysfakcji, jakiej mógłbym oczekiwać od spotkania derbowego. Zrozumiałbym przecież porażkę po jakiejś jeździe bez trzymanki, nawet niekoniecznie tak ekstremalnej, jak tamto 1:4, które zakończyło miodowe miesiące Ange’a Postecoglou w północnym Londynie. Zrozumiałbym przegraną po meczu, w którym zobaczyłbym energię i pasję. Zrozumiałbym klęskę, jeśli jej smak osłodziłby mi doskonały występ golkipera rywali. W sumie zrozumiałbym i wybaczyłbym wszystko, gdybym choć przez moment miał poczucie, że piłkarze Spurs wiedzą, co robią; że ich dość bezładne błąkanie się po boisku ma do czegoś prowadzić. Niczego podobnego nie dostałem.

Początkowo Thomas Frank postawił na ustawienie 4-2-2-2 i tłumaczył przed pierwszym gwizdkiem, że wybrał piłkarzy, którzy będą aktywnie pressować i dużo biegać. Załóżmy przez chwilę, że tak właśnie miało być i że jego pomysł rozsypał się na skutek wypadku losowego – trafiony piłką w głowę już w szóstej minucie Bergvall musiał opuścić boisko, a na jego miejsce wszedł Xavi Simons. Jasne: to, co prezentował Holender w ciągu kolejnej godziny, zanim i on został zmieniony, pokazało, że jeszcze długo nie będzie fizycznie gotów na wymogi Premier League; antologii tych momentów, w których odbija się od rywali albo gdy mając piłkę w dobrym miejscu wstrzymuje atak, zagrywa do tyłu, a w dodatku zbyt krótko, najbardziej nie chciałbym teraz zobaczyć. Ale przecież Simons nie jest jedynym zawodnikiem, od którego można by oczekiwać kreatywności – o wchodzeniu w pojedynki, podkręcaniu tempa, pressingu i innych rzeczach, które kojarzą nam się z derbami nie wspominając.

O tym, że przez cały mecz Tottenham był w stanie nazbierać 0,05 gola oczekiwanego (przy xG Chelsea 2,92 – Vicario naprawdę uratował Spurs przed blamażem…) przeczytaliście już pewnie parę razy, w końcu od czasu gdy zbiera się te statystyki, czyli od sezonu 2012/13, gorszych ten klub i ten trener nie mieli. O tym, że w całym 2025 roku u siebie wygrali w Premier League zaledwie cztery razy pewnie też już mogło się Wam obić o uszy. W trakcie lutowej wizyty na meczu z City sam mogłem się przekonać, że w tej świątyni kapitalizmu, jaką jest Tottenham Hotspur Stadium, chętniej się konsumuje niż kibicuje. Ale czasami przecież – nawet podczas tych szalonych derbów pod Postecoglou, kiedy grając w dziewiątkę gospodarze ustawiali linię obrony na połowie boiska – owi konsumenci dawali się jednak porwać i zaczynali zdzierać gardła. Powtórzmy: tu nie chodzi o przegraną, tylko o postawę. Nawet osławione rzuty rożne i dalekie wyrzuty z autu nie były dziś dla Chelsea najmniejszym problemem – Sanchez łapał wszystko i dalekim wyrzutem rozpoczynał kolejne ataki gości. Chelsea, zauważmy na marginesie, miała dotąd problem z bronieniem się przy stałych fragmentach…

Thomas Frank powtarza jak mantrę, że w nowej pracy zamierza stopniowo dokładać kolejne cegiełki. Że uszczelnił defensywę. Że – wraz z Andreasem Georgsonem – nauczył piłkarzy schematów rozegrania stałych fragmentów. Że na płynny, ofensywny futbol, w którym wszyscy instynktownie wiedzą, co robić, także przyjdzie czas. Wyniki na wyjazdach go bronią. Miejsce w tabeli broni go również, zważywszy, że poprzednik skończył na siedemnastym. Ale patrząc na takie mecze jak dzisiejszy (a wcześniej na porażkę z Bournemouth i cudem uratowany remis z Wolves) i widząc też, jak schodzący z boiska po ostatnim gwizdku Spence i Van de Ven nie podają ręki trenerowi, trudno nie stawiać pytania o kryzys tożsamości. Czy pragmatyzm Franka rymuje się z „To dare is to do”?

Gol dla gości był efektem ciągu prezentów – od Spence’a, któremu odebrał piłkę Caicedo, od Simonsa, którego zbyt krótkie podanie wsadziło Van de Vena na minę, od Van de Vena wreszcie, ale nawet prezenty byłbym w stanie wybaczyć, gdybym miał poczucie, że były efektem jakiegoś odważnego zamysłu, a nie bezradności. 

Może i Frank wystawił piłkarzy, którzy potrafią dużo biegać – Sarr potrafi na pewno. Problem w tym, że wystawił takich, którzy pod jego rządami zdają się zapominać, że poza bieganiem istnieje też rozgrywanie piłki. Porro, Bentancur, w sumie oni wszyscy wiedzieli kiedyś, i to całkiem niedawno, jak to jest: zagrać celne podanie do przodu bez przyjęcia. Nawet Kudus, który rozpoczął ten sezon fantastycznie, wygląda na przemęczonego. Kolo Muani? Był w powietrznych pojedynkach osamotniony, a drugie piłki padały łupem graczy Chelsea.

Jasne: kontuzje Maddisona, Kulusevskiego i Solanke stanowią okoliczność łagodzącą. Jasne: zanim skończyło się na Simonsie, klub zagiął parol na Gibbsa-White’a i Ezego, Jasne: na lewym skrzydłe miał biegać Savinho, którego jednak City ostatecznie nie sprzedało. Jasne: ofensywny kwartet w zasadzie zaczyna w tym składzie od zera. Jasne, to dopiero pierwsze miesiące pracy – Pochettino w Tottenhamie, Arteta w Arsenalu potrzebowali więcej czasu. Z drugiej strony jednak, to przecież były derby z Chelsea, naprawdę kiepski moment na zbiorowy blackout.

Lads, it’s Tottenham. Nikt nie psuje sobotniego wieczoru równie skutecznie.

Co krzesze Thomas Frank

„Z wzajemnością, drogi Tomku, z wzajemnością”. Tak pewnie pomyślał niejeden z kibiców Tottenhamu oglądając pomeczowy wywiad Thomasa Franka w BBC, podczas którego duński trener wyznał, że zaczyna zakochiwać się w swoim nowym klubie. Co do mnie jednak, dużo bardziej interesująca wydała mi się jego pomeczowa wypowiedź dla klubowej telewizji, a właściwie ten jej fragment, w którym opowiedział o akcji mogącej – z jego perspektywy przynajmniej – zdefiniować cały rozpoczęty dopiero co sezon. Była mniej więcej osiemdziesiąta minuta meczu, trwała faza przejściowa, w której Manchester City szturmował na bramkę Vicario, za chwilę Micky van de Ven miał rzucić się na ziemię, by zablokować strzał rywala – ale tym, co spodobało się Frankowi, był widok jego dziesięciu podopiecznych wracających sprintem w kierunku własnej bramki. „Miałem ciary – mówił. – Jasne, że to dopiero początek rozgrywek, jasne, że wszyscy uwielbiamy piękną grę i strzały w okienko – i o nie też będzie chodziło, ale ten powrót… Wow… Czuję, że w ten sposób wygramy wiele meczów”.

Znowu ten Jonhson

No i właściwie tych parę zdań mogłoby wystarczyć za całe podsumowanie wyjazdowego zwycięstwa Tottenhamu nad Manchesterem City. Nawet jeśli z pewnego oddalenia mogło się ono wydawać rutynowe, bo nawet Tottenhamowi w kryzysie przeciwko temu rywalowi grało się zwykle dobrze, to przecież w nowym sezonie, pod nowym szkoleniowcem historia tej rywalizacji pisze się właściwie od nowa.

Przepis Franka na wygrywanie z City Guardioli różni się zresztą istotnie od przepisu Postecoglou, o panach Conte, Espirito Santo czy Mourinho nie wspominając. Nowy trener Tottenhamu może wprawdzie – jak jego co bardziej pragmatyczni poprzednicy – przywiązywać wagę do gry defensywnej i podkreślać na każdym kroku (również wczoraj) znaczenie czystego konta; subskrybenci klubowych mediów z upodobaniem patrzyli w trakcie okresu przygotowawczego na zajęcia, w których nie tylko Van de Ven w pełnym biegu rzucał się blokować strzały na maleńkie bramki. Może też mówić o roli stałych fragmentów gry. Zarazem jednak podkreśla znaczenie odwagi – tej, z którą drużyna ani myślała na Etihad bronić dwubramkowego prowadzenia, a jeśli, to za pomocą prób zdobycia trzeciej bramki, do czego zresztą w drugiej połowie było całkiem blisko, zwłaszcza w trakcie akcji, po której Brennan Johnson huknął gdzieś wysoko ponad bramkę Trafforda zamiast obsłużyć podaniem któregoś z szarżującego wraz z nim kolegów.

Tu właściwie wypada otworzyć nawias w wątku bardziej generalnym: niewielu jest zawodników wywołujących tak sprzeczne opinie wśród kibicowskiej bazy, jak właśnie Brennan Johnson. Kiedy się na niego patrzy z wysokości trybun, można mieć zastrzeżenia zarówno do skuteczności, z jaką podejmuje próby dryblingu, jak do szybkości, z którą decyduje się na podania do kolegów. W walce o odbiór piłki Porro ma dużo więcej wsparcia od Kudusa niż Spence od Johnsona. W meczu z MC Walijczyk złapał jeszcze niepotrzebną żółtą kartkę za odkopnięcie piłki. Zarazem przecież pierwszą akcję bramkową Tottenhamu wykończył wczoraj równie nieomylnie, jak wykończył ostatnią przed tygodniem. W sumie w 87 meczach dla Spurs atakujący ze skrzydła Johnson ma już 25 goli, a do tego 18 asyst; dla porównania grający głównie na środku ataku Richarlison ma w 93 meczach 22 gole i 11 asyst.

Pressing jako rozgrywający

Wracając zaś do kwestii zasadniczych: trzeba się zacząć przyzwyczajać do faktu, że na każdego kolejnego rywala Tottenham Franka będzie miał nieco inny pomysł. Przed wyjazdem na Etihad powszechnie spodziewano się np. powtórki z ustawienia wypróbowanego podczas meczu o Superpuchar  z PSG: ustawienia z trójką obrońców, z Danso u boku Romero i Van de Vena. Nic takiego się nie wydarzyło, za to piłkarze Spurs chętnie rozpoczynali rozgrywanie akcji od Vicario, zachęcali rywali do pressingu, a potem próbowali szybko zagrywać piłkę za wysoką linią obrony City. Tak padł pierwszy gol: futbolówka od Porro, zgranie Sarra do wybiegającego za plecy rywali Richarlisona, który następnie obsłużył podaniem Johnsona – ale skrupulatny Frank podkreślał po meczu, że podobnych prób było wcześniej już kilka.

Kolejny pomysł – przynoszący kolejnego gola – to oczywiście pressing. W kontekście niepowodzenia naznaczającego ostatnie dni kibiców Tottenhamu, a związanego z podchodami transferowymi pod Eberechiego Eze, który wybrał ostatecznie swój ukochany klub z dzieciństwa, na pomeczowej konferencji przywołano Frankowi cytat z Jurgena Kloppa, mawiającego, że najlepszym rozgrywającym w futbolu jest właśnie skuteczny nacisk na rywala. Na co Frank powiedział, że musi w takim razie wysłać do Kloppa esemesa, a następnie wygłosił swoje credo.

Wiemy oczywiście już z czasów jego pracy z Brentford, że lubi grać agresywnym, wysokim pressingiem, ale wczoraj – podobnie zresztą jak przez długie minuty meczu z PSG – wyglądało to naprawdę imponująco. Każdy piłkarz odpowiedzialny za konkretnego rywala, co powodowało, że nieraz widzieliśmy Romero daleko na połowie City, kiedy Haaland próbował cofać się po piłkę (po jednej z takich akcji faul Norwega dał Tottenhamowi rzut wolny, zakończony strzałem Porro). Agresywny doskok do przeciwników, zwłaszcza w wykonaniu wszechobecnego Sarra – to jego nacisk na Nico Gonzaleza przy próbie rozegrania futbolówki przez Trafforda przyniósł w efekcie drugiego gola: tym razem akcję wykańczał najbardziej defensywny gracz drugiej linii Tottenhamu Joao Palhinha.

Trzy psy Franka

KIedy sędzia zagwizdał po raz ostatni, postanowiliśmy, wzorem Thomasa Franka, oddać się celebracji życia. Przy kieliszku wina próbowaliśmy, jak to często w tym domu bywa, dobierać lekturowe tropy do tego, co właśnie obejrzeliśmy. Po zwolnieniu Postecoglou mity greckie trzeba było zostawić na boku, ale co w takim razie z literatury duńskiej, skoro większość baśni Andersena kończy się raczej smutno? I Jerzy zaczął wówczas mówić o trzech psach z „Krzesiwa”: jeden miał, niczym Bentancur, oczy jak filiżanki, drugi, niczym Sarr właśnie, jak młyńskie koła, ale trzeci – musiał nim być Palhinha – miał oczy tak wielkie jak Okrągła Wieża w Kopenhadze.

Ryzykowne porównanie, ale wierzę, że Frankowi by się spodobało. Po Palhinhi widać jeszcze, że przez ostatni rok grał mało, a tego lata trenował niewiele, ale z każdym kolejnym meczem jego obecność w środku pola Tottenhamu potężnieje; rzekłbyś: ten człowiek oddycha wślizgami, ale u jego boku Bentancur imponuje spokojem, a Sarr wybieganiem. Oczywiście: kochamy w tym klubie błyskotliwych, kreatywnych rozgrywających, tęsknimy za Maddisonem i mamy poczucie, że Eze nieźle by tu pasował, ale i bez postaci tego typu Tottenham potrafi strzelać gole i łamać opór rywali.

Pytanie tylko, jak długo tak będzie. Nawet poprzedni sezon drużyna zaczęła przyzwoicie i długo trzymała się czołówki, ale konieczność godzenia rywalizacji w Premier League i Lidze Europy rychło zaowocowała plagą kontuzji. Może sobie Thomas Frank podkreślać rolę w dzisiejszej wygranej Kudusa i Palhinhi, którzy do klubu dołączyli latem, ale w porównaniu z innymi zespołami czołówki (i mając świadomość odejścia Sona) transferów jest wciąż za mało. Widać to było zresztą aż nadto wyraźnie w poprzednich meczach: młodzi Gray czy Bergvall może i poradzili sobie z Burnley, ale rywalizacja z PSG zdecydowanie ich przerosła. Są w tej drużynie pozycje wciąż nieobsadzone („dziesiątka” na pierwszym miejscu) albo takie, w których uraz jednego zawodnika spowoduje wyrwę nie do zasypania.

Daniel Levy ma tydzień na zrobienie tego, czego nie zrobił przez dwa miesiące. Wiemy, że nie tak to powinno wyglądać, ale przy tylu zmianach akurat to w Tottenhamie nie może się zmienić. Podobnie jak wygrywanie z Manchesterem City oczywiście.

Taksówka dla Ezego

Ale przecież to wszystko już było i doprawdy: nie powinienem się aż tak bardzo przejmować. W 1997 roku ówczesny prezes Tottenhamu Alan Sugar zapłacił nawet Emmanuelowi Petit za taksówkę, którą ten zamiast do hotelu pojechał do domu Arsene’a Wengera, by ze swoim dawnym szefem z Monaco dopiąć podpisanie kontraktu z Arsenalem. Podobnie było w sierpniu 2013 roku, kiedy sprowadzany z Anży Machaczkała Willian przeszedł nawet w Tottenhamie badania lekarskie, ale medialny hałas wokół jego przyjazdu sprawił, że podkupiła go Chelsea, a Jose Mourinho wygłaszał następnie dobre rady dla rywali, by podobne transakcje prowadzili w większym sekrecie.

Wszystko już było, łącznie z uprzejmym pismem, jakie przechodzący z Barcelony do Milanu Rivaldo wysłał do Daniela Levy’ego i Glenna Hoddle’a, a ci opowiadając o tym publicznie narazili się na śmieszność, bo zostali w ten sposób twarzami klubu, w którym zamiast piłkarza klasy światowej pojawia się podpisana przezeń kartka papieru. Na liście transferowych fiask Tottenhamu mamy też spóźnione o kilka minut w ostatnim dniu okienka transferowego latem 2012 r. dopięcie umowy z Porto o Joao Moutinho, niepodpisany w 2019 r. kontrakt z Paulo Dybalą, z którym nie dogadano się w kwestii praw do wizerunku, niepoważną ofertę złożoną Aston Villi za Jacka Grealisha – chociaż tyle, że niepowodzenie z transferem Saidiego Berahino z WBA skłoniło klub do sprowadzenia z Bayeru Leverkusen pewnego obiecującego Koreańczyka.

Co łączy te sprawy, oprócz dość oczywistej – i stosującej się także do Eberechiego Eze – kwestii, że piłkarz, którego Tottenham chciał kupić, zwyczajnie wolał kontynuować karierę gdzie indziej? Bądźmy zresztą uczciwi: dla Petita czy Williana (o Grealishu, który miał wkrótce przejść do Manchesteru City, nie wspominając…) decyzja o nieprzejściu do Tottenhamu okazała się słuszna. I zapewne słuszna będzie również w przypadku Eze, bo dzięki takiemu wzmocnieniu Arsenal umocni swoją pozycję wśród faworytów do wygrania Premier League w tym sezonie.

Otóż łączy te sprawy kunktatorstwo prezesa Levy’ego, który – z pewnością kierując się szlachetnymi pobudkami pilnowania klubowych finansów – pozwala, by transferowy cel wymknął mu się z rąk. Mimo iż od zakończonej niepowodzeniem próby wykupienia z Nottingham Forest Morgana Gibbsa-White’a minęło aż 28 dni, a od kontuzji Jamesa Maddisona – dni 17, do poważnych rozmów z Crystal Palace przystąpił dopiero 9 dni temu. Zgoda: karty miał nienajlepsze, sprzedawca wiedział (po rozmowach z Gibbsem-Whitem), że ma pieniądze i (po kontuzji Maddisona) że jest zdesperowany. Ale zdesperowanemu po kontuzji Havertza Arsenalowi sfinalizowanie transakcji zajęło kilka godzin. Dziś, kiedy o każdym ruchu transferowym klubowe źródła i agenci zawodników informują Fabrizio Romano i jemu podobnych niemal w czasie rzeczywistym, nie da się przeprowadzać transakcji tak, jak chciałby to robić Daniel Levy.

Co w tym wszystkim najsmutniejsze: pieniądze będzie musiał wydać i tak, choćby dla uspokojenia rozwścieczonej bazy kibicowskiej. Problem w tym, że nie znajdzie już na rynku piłkarza tej klasy, co Eberechi Eze – dzięki swojej fantazji i kreatywności tak bardzo pasującego do klubowego etosu. W sumie to też już było, już raz na tym blogu pisałem tekst pod tytułem „Miałeś, Daniel, złoty róg”, zastanawiając się, czy piejący w dramacie Wyspiańskiego kogut nie pochodził aby z klubowego herbu. W „Weselu”, mimo rozpaczliwych wołań Jaśka, nikt się nie zbudził – i tutaj też tak będzie.

Heung-min Son. Najlepszy piłkarz świata

Są także rozstania, które nie bolą. Owszem, będziemy tęsknić, patrząc, jak biega gdzieś po (amerykańskim zapewne) boisku. Owszem, już łkamy, patrząc na kompilacje bramek, wśród których tyle było niewiarygodnie pięknych (albo, by powiedzieć nieco innym językiem, miało niewiarygodnie niski współczynnik xG), poczynając od tej z Burnley, która przyniosła mu w 2020 roku Nagrodę Puskasa. Przejął wtedy piłkę odbitą przez Jana Vertonghena na linii pola karnego Tottenhamu i po prostu popędził przez całe boisko, w początkowej fazie akcji próbując jeszcze odegrać do Dele Allego i frustrując się faktem, że ciasno otaczający go rywale odbierają mu tę możliwość… 

Tylko w Premier League było tych goli 127 (z tytułem króla strzelców w rozgrywkach 2021/22), a do tego jeszcze 71 asyst, notowanych zwłaszcza w okresie, gdy jego porozumienie z Harrym Kane’em osiągało poziom telepatii. W sumie w 454 meczach w Tottenhamie zdobył 173 bramki, co daje mu czwarte miejsce wśród najskuteczniejszych w dziejach klubu; z równą łatwością strzelał je prawą, jak i lewą nogą, z karnego i bezpośrednio z rogu, a lekkość, z jaką wkręcał futbolówkę w okienko, ścinając do środka gdzieś spod linii bocznej, była zaiste niebywała.

Ale nie o jego golach wypada mówić w pierwszym rzędzie (podobnie jak nie o pamiętnym pudle w meczu z Manchesterem City, które w 2024 r. pozbawiło Arsenal szans na mistrzostwo Anglii). I chyba także nie o fakcie, że wśród supergwiazd Premier League funkcjonował ktoś tak niebywale pozytywny – a zarazem z taką naturalnością otwierający ten świat na różnice kulturowe (od pierwszego dnia w Londynie, kiedy sprowadził do ośrodka treningowego koreańskich kucharzy, by jego nowi koledzy i trenerzy przekonali się, jak odmienność może być, mhm, dobra). Nie o wonach, wyciskanych przez prezesa Levy’ego z seulskiego rynku. Nie o statusie popkulturowej ikony, jaką cieszył się w Azji ten zaiste najlepszy futbolista w dziejach kontynentu. Nie o naszych uprzedzeniach także, które pod jego oczywistym potencjałem marketingowym długo nie pozwalały dostrzec jednego z najlepszych piłkarzy świata.

O czym trzeba mówić? Na pewno o wdzięczności. Pewnie także o szczęściu, związanym z faktem, że jego odejście dokonuje się w najlepszym możliwym momencie: w euforii związanej z wygraniem Ligi Europy, a przed sezonem, w którym pewnie przyszłoby mu już godzić się z rolą rezerwowego. 33-letni Heung-min Son jest i na zawsze będzie klubową legendą, ale najlepszy okres kariery ma już za sobą. Odchodząc w takiej chwili zostawia nowemu trenerowi przestrzeń na podejmowanie autonomicznych decyzji – o wyborze kapitana czy zestawieniu wyjściowej jedenastki – bez presji, jaka wiąże się z obecnością w klubie postaci, której zasługi długo jeszcze będą nieporównywalne z zasługami któregokolwiek szkoleniowca. Jasne: wolelibyśmy, żeby nasi ukochani piłkarze nigdy z naszych klubów nie odchodzili, ale czasami takie odejścia są dla rozwoju klubu zwyczajnie potrzebne, a rzadko zdarzają się okoliczności, by mogły się dokonać w poczuciu spełnionej misji, jaką było zdobycie pierwszego od dekad europejskiego pucharu.

Może trzeba też mówić o skromności. O tym, że zastanawiając się w ostatnich tygodniach nad własną przyszłością, zważał przede wszystkim na to, by nie mieć negatywnego wpływu na kolegów i nie wywoływać wokół klubu nadmiernego zamieszania. To był cały Son: okrywający własnym dresem dziewczynkę, która wyprowadzała drużynę na mecz w zacinającym deszczu albo uważnie odkładający mikrofon na stół podczas telewizyjnego wywiadu. Pod niewiarygodną pracowitością, dążeniem do futbolowej doskonałości, wyznaczaniem najwyższych standardów, wymaganiem od siebie heroicznych wyrzeczeń, skrywający rzadką w tym świecie uważność na innych.

Może trzeba mówić o tym, że nie było piłkarza, o którym w uniwersum Premier League mówiłoby się równie ciepło. „Najskromniejszy, najbardziej lubiany gość w tej lidze” – to Owen Hargreaves. „Wydałbym za niego swoją córkę” – to Antonio Conte, choć frazę tę cytuję z wahaniem, bo zdaje się, że obecny trener Napoli nie pytał Vittorii o zdanie. „Jeden z najlepszych ludzi, jakich spotkałem w życiu” – to Yves Bissouma; cytaty mógłbym mnożyć, zwłaszcza te płynące z ust uwielbiających go kolegów (Perisić dostał żółtą kartkę, bo wbiegł z ławki na boisko, by cieszyć się wraz z Koreańczykiem z jego hat tricka z Leicester, Maddison po wygranym finale w Bilbao mówił głównie o radości, jaką daje mu poczucie, że Son się wreszcie doczekał, a wszystko to blednie wobec faktu, że Davies zrobił go ojcem chrzestnym synka). Tak samo, jak mnożę kolekcję jego uśmiechów w telefonie, z którego spogląda zresztą na mnie codziennie (tak, mam tapetę z Heung-min Sonem).

Nie, chyba w pierwszej kolejności trzeba jednak mówić o czymś innym. „W północnym Londynie zjawiłem się jako dzieciak – mówił dziś na konferencji prasowej w Seulu. – Miałem 23 lata, byłem bardzo młody. Byłem chłopcem, który nawet nie mówi po angielsku. Odchodzę z klubu jako dojrzały mężczyzna”. Pamiętacie siebie sprzed dziesięciu lat? Do jakiej szkoły lub pracy chodziliście? Z kim byliście w związku? Ile lat miały wasze dzieci? A rodzice? Ile spełnień i strat miało miejsce po drodze, nie, nie w klubie, któremu kibicujecie – w waszym życiu?

Znalazłem przed chwilą na Twitterze wyznanie jakiegoś nieznanego mi osobiście człowieka, zadziwionego faktem, że o trzeciej nad ranem ogląda z płaczem kompilację bramek koreańskiego futbolisty, który nawet nie ma pojęcia o jego istnieniu. Może to wcale nie z powodu bramek – z Burnley, z City, z Chelsea, z Arsenalem, z Borussią, z Middlesbrough, z Crystal Palace, wymieniać by można długo – płacze ów człowiek, no dobra: płaczę i ja.

Może przyszedł właśnie ten dzień, w którym lato się w nas przełamało.

Żegnaj, Ange. Trzeciego sezonu nie będzie

Na większy tekst przyjdzie czas – w sumie zresztą zawsze chciałem go napisać, bo droga życiowa Ange’a Postecoglou jest w świecie współczesnego futbolu jedną z najciekawszych. Na razie powiem tylko jeszcze raz coś, co w sumie już mówiłem i pisałem w ostatnich dniach, pytany i niepytany: patrząc po ludzku, zwolnienie trenera, który wygrał właśnie dla klubu europejski puchar i zapewnił mu awans do Ligi Mistrzów, a przy tym na powrót zjednoczył tym triumfem kibiców i piłkarzy, jest zwyczajnie nieprzyzwoite. Owszem, być może za parę miesięcy trzeba byłoby to zrobić i tak, gdyby zespół nadal przegrywał w lidze, a kolejni rywale znów obnażaliby taktyczną naiwność Postecoglou – ale teraz należało jednak pozwolić mu pracować dalej, w celu zminimalizowania ryzyka wspierając zmianami w sztabie szkoleniowym i medycznym.

No ale współczesny futbol nie jest światem, w którym takie kategorie jak przyzwoitość mają jakiekolwiek znaczenie. Daniel Levy uznał, że lepiej nie powielać błędu, który Jim Ratcliffe popełnił z Erikiem Ten Hagiem: że trzeba działać natychmiast i dać nowemu szkoleniowcowi (czy będzie nim Thomas Frank?) czas na przepracowanie z drużyną okresu przygotowawczego oraz dopięcie transferów. Że oceniając miniony sezon, nie można kierować się wyłącznie emocjami, jakkolwiek byłyby silne. Niby nie jest to pierwszy przypadek w czasach rządów Levy’ego, że prezes gra va banque – ale chyba nigdy dotąd nie postawił takich stawek, bo żadna inna jego decyzja (łącznie ze zwolnieniem wypalonego jednak po przegranym finale Ligi Mistrzów Mauricio Pochettino) nie szła aż tak bardzo wbrew emocjom ludzi, dla których słowo „klub” nie ogranicza się do jedynie do tabelki z liczbami.

Jasne: te liczby były bezlitosne. Zarówno plaga kontuzji, jak plaga ligowych porażek (w oficjalnym komunikacie klub wylicza: 78 punktów w ostatnich 66 meczach) i najgorsze w dziejach miejsce w tabeli Premier League to coś, na co prezes z pewnością może się powołać. Pewnie zakłada również, że następca Postecoglou lepiej poradzi sobie z koniecznością walki na dwóch frontach – w lidze i w pucharach. Zobaczymy. Kibic Tottenhamu musi życzyć – jemu i sobie – by tym razem się nie pomylił.

O tym jednak będzie jeszcze czas dyskutować. Na razie trzeba po prostu dziękować człowiekowi, który przez minione dwa lata mówił o futbolu i życiu tak pięknie, że tak bardzo chciało się go słuchać i tak bardzo chciało się oglądać mecze jego drużyny. Ange Postecoglou zostawia po sobie masę niebywałych wspomnień – od fenomenalnego początku, naznaczonego pieśnią „I’m Loving Big Ange Instead” i obroną ustawioną na środku boiska podczas meczu z Chelsea, po szczęśliwy koniec w Bilbao i paradę z udziałem ponad dwustu tysięcy fanów w północnym Londynie.

„Jesteśmy na zawsze połączeni” – napisał do fanów Spurs na pożegnanie, a w moim przypadku to połączenie ma charakter szczególny: dwa lata temu dostałem na urodziny trenera, dziś na urodziny trenera straciłem. Nie zapomnę go nigdy, nie tylko dlatego, że nie wierzę, by następca zdołał wyzwolić w nas to poczucie wspólnoty i więzi, wzruszenia i szczęścia, nadziei i dumy, które stały się naszym udziałem tych kilkanaście dni temu po finale Ligi Europy.

Mistrz z holenderskiej szkoły

Zanim parę zdań o Tottenhamie, wypada się jednak tym Liverpoolem Arne Slota pozachwycać. Sposobem, w jaki Holender ustabilizował statek rozhuśtany emocjami związanymi z odejściem Jurgena Kloppa. Jak zachował z etosu poprzednika wszystko, co najlepsze, a zarazem dołożył swoje: dał tej drużynie więcej pewności z piłką i nauczył lepiej kontrolować mecze. Jak opanował kryzys związany z kończącymi się umowami kluczowych zawodników (Salah i Van Dijk podpisali już zresztą nowe kontrakty). Jak pomimo braku transferów (latem przyszedł jedynie Chiesa) poprowadził drużynę do mistrzostwa, a i w Lidze Mistrzów potknął się dopiero w fenomenalnym zaiste dwumeczu z PSG. Jak rozwinął powierzonych mu zawodników, ze szczególnym uwzględnieniem Gravenbercha i Gakpo – ale też jak wykorzystał złotą jesień Salaha, a w różnych ważnych momentach umiał skorzystać także z dublerów i graczy z zaplecza, takich jak np. Endo. Jak dał tej drużynie powtarzalność, nawet jeśli bez wielkich fajerwerków, które zachował na dzisiejsze świętowanie.

Bo dzisiaj naprawdę wspaniale się patrzyło na to, jak świętowali: fraza „wspólnie z kibicami” była jedną z najczęściej powtarzanych, co jeszcze raz przypomina, jak traumatyczny i depresyjny był tak naprawdę ów okres pandemicznego futbolu, podczas którego Liverpool Kloppa wygrał mistrzostwo przy sztucznym dopingu nakładanym przez realizatorów telewizyjnych transmisji. Wspaniale się patrzyło na klubowe legendy na trybunach, na dziesiątki tysięcy fanów bawiących się przed stadionem, na uwielbianych przez owe tysiące kilkunastu milionerów, bawiących się po ostatnim gwizdku jak dzieci – i wreszcie na samego Slota, który zaśpiewał do stadionowego mikrofonu przeróbkę „Live is life”, w której refrenem było nazwisko jego poprzednika; Klopp żegnając się z Liverpoolem wyśpiewał nazwisko Slota, mieliśmy tu więc piękną klamrę. Wspaniale było mieć poczucie, że niezależnie od jakości futbolu, prezentowanego przez tegorocznych mistrzów Anglii – są to mistrzowie tak nieplastikowi, tak związani z klubem i miastem.

A propos jakości futbolu: Tottenham zrobił dziś wszystko, żeby imprezy nie popsuć. Już osiem zmian w składzie – w związku z czwartkowym półfinałem Ligi Europy – było rozłożeniem u stóp gospodarzy czerwonego dywanu, ale na owym dywanie dodatkowo rozścielono wszystko to, co sprawia, że przeciwko drużynie Ange’a Postecoglou gra się – nie tylko Liverpoolowi zresztą – tak łatwo. Każdy właściwie gol mistrzów Anglii, i wiele ich sytuacji strzeleckich, było prezentami – i to ze znanego aż za dobrze katalogu. Możliwość zagrania piłki za plecy wysokiej linii obrony? Ależ proszę bardzo. Błędy w wyprowadzaniu piłki pod presją, począwszy od niecelnych zagrań Vicario? Ależ oczywiście. Okazja do szybkiej kontry, po tym, jak zbyt wielu zawodników Spurs zapędziło się pod bramkę rywala? No jasne, że tak. Obrona przy stałych fragmentach? Ba. Reakcja bramkarza i obrońców przy dośrodkowaniu ze skrzydła? Potrzymajcie mi piwo, zanim wypiję za dwudziesty tytuł Liverpoolu.

O całej tej, zdumiewającej zaiste jak na standardy superklubu (Tottenham, przypomnijmy, jest w pierwszej dziesiątce najbogatszych klubów świata…), epoce pracy w północnym Londynie Ange’a Postecoglou będzie jeszcze okazja napisać – i to obszernie. Na razie faktycznie czas wypić toast za sukces mistrza z holenderskiej szkoły.