Uśmiech Sona

A jeśli w tym wszystkim chodzi po prostu o uśmiech? O to, że w końcu, po ośmiu meczach bez gola, po wałkowaniu tematu na bodaj każdej przedmeczowej konferencji prasowej, po rozlicznych tekstach w prasie i na portalach, po filipikach tak zwanych ekspertów telewizyjnych, do których, jak się zdaje, sam zacząłem się zaliczać, a w końcu po decyzji, że mecz z Leicester Son Heung-min zacznie na ławce rezerwowych, nadeszło trzynaście minut, w trakcie których Koreańczyk zdobył trzy bramki, a po strzeleniu trzeciej na jego twarzy pojawiła się wreszcie radość, której w minionych tygodniach tak bardzo brakowało?

Po pierwszym, najtrudniejszym trafieniu prawą nogą uśmiechał się głównie tonący w ramionach asystentów trener Koreańczyka, przy drugiej bramce, zdobytej tym razem lewą, Son położył palec na ustach, jakby chciał podkreślić, że te wszystkie komentarze pod jego adresem nie przeszły niezauważone, a w końcu po trzecim golu i opóźnieniu wywołanym analizą VAR, mającą ustalić, czy nie był aby na spalonym, zaczął znów przypominać tamtego cieszącego się grą ulubieńca fanów z północnego Londynu – fanów, którym zresztą dziękował w emocjonalnej pomeczowej wypowiedzi dla Sky Sports. Czy to tylko ja miałem wrażenie, że znosząc z boiska upamiętniającą hat-trick piłkę wydawał się bardziej wyprostowany, jakby zrzucił z ramion przytłaczający go ciężar?

Nie ma chyba piłkarza, o którym w świecie angielskiej piłki mówiłoby się równie ciepło. „Najskromniejszy, najbardziej lubiany gość w tej lidze” – to Owen Hargreaves. „Wydałbym za niego swoją córkę” – to Antonio Conte, choć frazę tę cytuję z wahaniem, bo zdaje się, że trener Tottenhamu nie pytał Vittorii o zdanie. „Jeden z najlepszych ludzi, jakich spotkałem w życiu” – to Yves Bissouma; cytaty mógłbym mnożyć, zwłaszcza te płynące z ust uwielbiających go kolegów (Perisić dostał wczoraj nawet żółtą kartkę, bo wbiegł z ławki na boisko, by cieszyć się wraz z Koreańczykiem). Kibice Spurs pamiętają te wszystkie sceny po zakończeniu kolejnych sezonów, kiedy podczas tradycyjnego pożegnalnego spaceru rodzin zawodników wokół murawy wujek Son próbuje rozśmieszyć dzieci kumpli z drużyny. Tak, zdecydowanie, o uśmiechu trzeba mówić i pisać co najmniej równie często, jak o statystykach tak zwanych goli oczekiwanych albo o tym, że siedemnaście strzałów oddanych przez Koreańczyka do chwili rozpoczęcia meczu z Leicester nie znalazło drogi do siatki, mimo iż – podkreślmy to – część z nich była łatwiejsza do zamiany na bramkę niż te wczorajsze.

A może zresztą ten uśmiech pozwala nie mówić i nie myśleć o czymś, co od początku sezonu wydaje się nieodłącznie związane z każdą rozmową o Tottenhamie: o tym, że wyniki są dużo lepsze niż gra, że drużyna – choć w lidze pozostaje niepokonana, choć zajmuje drugie miejsce w tabeli, choć zdobywa bramki już nie tylko po szybkich atakach, ale i (grazie, Gianni Vio!) po stałych fragmentach gry, ze szczególnym uwzględnieniem trafień głową – wciąż nie wie, co to jest kontrola nad meczem. Że nawet wczoraj niedokładnych podań, głupich strat przed własnym polem karnym, niepotrzebnych fauli (Sanchez przed pierwszym golem dla gości!), krycia na radar (Sessegnon przed drugim golem!) było zaskakująco dużo. Że były takie momenty – nie tylko w pierwszej połowie, kiedy goście objęli prowadzenie, a potem doprowadzili do wyrównania, ale także w drugiej, kiedy ich kolejny gol wydawał się kwestią czasu, a Hugo Lloris był najpewniejszym punktem drużyny – w których cofnięcie na własną połowę nie wydawało się tylko przemyślną strategią, obliczoną na wyprowadzenie morderczej kontry, tylko dowodem, że sytuacja wymknęła się spod (powtórzę to słowo, bo Conte chyba go nie powtarza) kontroli.

A przecież był to mecz z ostatnią drużyną w tabeli. Drużyną, która kolejny raz w tym sezonie straciła prowadzenie (gdyby Leicester potrafiło bronić korzystnych wyników, miałoby aż 11 punktów więcej), która dała już sobie wbić 22 gole w 7 meczach, która wciąż nie umie się bronić przy stałych fragmentach, której liderem defensywy pozostaje z roku na rok coraz wolniejszy Evans i w której Ndidi notuje tak straszliwe straty, jak ta przy golu Bentancura, a dopiero co wprowadzony na boisko Soumare daje się wyprzedzić na krótkim dystansie potężnie przecież zmęczonemu Hojbjergowi przy ostatniej bramce dla Tottenhamu.

To oczywiście nie moje zmartwienie, czy podczas przerwy na reprezentację Brendan Rodgers straci pracę w Leicester, ale wiele na to wskazuje – także dlatego, że od jakiegoś czasu wypowiedzi tego trenera pokazują, że nie ma najwyższego mniemania o swoich podopiecznych; trudno na takiej postawie zbudować dobre relacje w szatni. Mówiłem o tym trochę w studio Viaplay: że trzon tej drużyny pracuje ze sobą zbyt długo, że kiedy w klubie wydawano jeszcze pieniądze na piłkarzy, żaden nie zdołał się przebić do pierwszego składu, że nie zastąpiono odchodzącego Schmeichela itd. Właściciele klubu stracili zbyt dużo pieniędzy na pandemii, by nie myśleć z głęboką troską o krachu, jakim byłby spadek z Premier League.

Co się zaś tyczy kwestii moich zmartwień, wypada jednak zauważyć, że Antonio Conte kolejny raz w tym sezonie zareagował na niekorzystny rozwój wypadków. Że już przed tym meczem wymienił czterech zawodników po nieudanej wyprawie do Lizbony, że w jego trakcie spróbował najpierw żonglować pozycjami wahadłowych, później dokonał (w końcu!) trzech szybkich zmian personelu, a co jeszcze ważniejsze: ustawienia, bo wprowadzenie Bissoumy, przysunięcie Sona w pobliże Kane’a i przejście na 3-5-2 było tak naprawdę kluczem do odzyskania inicjatywy i odblokowania miejsca do rozpędzenia się przez obu atakujących. Owszem: jeszcze dobrych parę minut po bramce Bentancura (tak naprawdę mojej ulubionej, bo będącej efektem doskoku pressingowego) miałem silne poczucie, że najlepszym piłkarzem środka pola był w tym meczu James Maddison – było to akurat wtedy, kiedy Lloris kapitalnie bronił strzał Patsona Daki. Tyle że sam jeden Maddison (skądinąd również zmuszający kapitana Tottenhamu do świetnej interwencji tuż przed przerwą) spotkania z Tottenhamem wygrać nie był w stanie. Skądinąd, i bardzo a propos kontroli nad meczem: jeśli w tym wszystkim chodzi po prostu o uśmiech, to czy Son nie uśmiechałby się częściej, gdyby mógł liczyć na podania kogoś takiego jak Maddison właśnie?

1 komentarz do “Uśmiech Sona

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.