Archiwum kategorii: Premier League

Tottenham, czyli odłączenie

Niektóre zdania zestarzały się kiepsko. „Musimy się teraz skoncentrować na zatrudnieniu nowego trenera. Doskonale zdajemy sobie sprawę z potrzeby wybrania kogoś, kto wyznaje te same wartości, co nasz wielki klub, i kto zagwarantuje powrót do gry w piłkę, z której zawsze byliśmy znani – gry w piłkę ofensywną, płynną i dostarczającą fanom wiele emocji”, napisał Daniel Levy w liście do fanów na zakończenie poprzedniego sezonu, 19 maja 2021 roku. Brzmiało to jak świadectwo opamiętania, dowód niezbędnej autorefleksji po okresie, w którym pod wodzą José Mourinho drużyna zapominała stopniowo, jak gra się płynnie i ofensywnie – ale nie minęło pół roku, naznaczonego chaotycznymi poszukiwaniami kolejnego szkoleniowca, i jest gorzej niż było. Tottenham w zasadzie przy podniesionej kurtynie, bo przecieki do mediów to jedna ze specjalności tego klubu, prowadził rozmowy m.in. z Antonio Conte, Paulo Fonsecą, Gennaro Gattuso (umówmy się: znalazłoby się paru szkoleniowców lepiej pasujących do charakterystyki z pisma Levy’ego), a media spekulowały, że interesowali go również Julian Nagelsmann, Hansi Flick, Brendan Rodgers i ten, który do profilu pasował najlepiej, ale którego nie chcieli puścić z Paryża: Mauricio Pochettino. W przypadku pierwszych trzech wymienionych negocjacje były naprawdę zaawansowane, a decyzje o odstąpieniu od ich sfinalizowania ocierały się o farsę – Gattuso skancelowali kibice, pomni jego homofobicznych i szowinistycznych wypowiedzi sprzed lat.

Skończyło się na Nuno Espirito Santo – i ta decyzja zastarzała się równie kiepsko, jak wypowiedź Daniela Levy’ego. Uwierzcie mi: napisanie tego zdania nie przyszło mi łatwo, generalnie nie znoszę łatwego wskazywania kciukiem w dół i przypisywania wszystkich niepowodzeń drużyny jednemu winowajcy. Portugalczyk wydaje się uczciwym i skromnym człowiekiem ciężkiej pracy, fani Wolverhampton przez kilka lat jego związku z tym klubem zdążyli go polubić. Generalnie: nowym szkoleniowcom trzeba dawać dużo więcej czasu, a prosta decyzja o zwolnieniu trenera rzadko okazuje się rozwiązaniem problemów klubu; w Tottenhamie przekonywaliśmy się o tym wielokrotnie, a i w Newcastle można by powiedzieć niejedno o tym, ile kibicowskiej nienawiści zbierał na siebie Steve Bruce niejako w zastępstwie za naprawdę odpowiedzialny za nienajlepszą kondycję klubu zarząd. W sumie to nawet żywiłem do Portugalczyka nieco sympatii po tym, jak pomógł klubowi zamknąć ten tyleż żenujący, co komiczny okres poszukiwań nowego szkoleniowca, i ochoczo uwierzyłem w opowieści, że pragmatyczny styl gry Wolves był raczej funkcją obiektywnych uwarunkowań, niż osobistych preferencji trenera.

Z drugiej strony jednak po czterech miesiącach pobytu Nuno Espirito Santo w północnym Londynie trudno znaleźć jakiekolwiek argumenty za kontynuacją tego eksperymentu. Owszem: w trakcie pierwszej połowy meczu z Chelsea drużyna udanie próbowała wysokiego pressingu, ale wystarczyła korekta formacji rywala w przerwie, by całość skończyła się ponuro. Owszem: na inaugurację udało się wygrać z Manchesterem City, ale był to klasyczny przykład spotkania, w którym piłkarze Pepa Guardioli pokonali się sami, nie wykorzystując mnóstwa dobrych sytuacji. Reszta jest, niestety, milczeniem. O poprawie gry obronnej trudno mówić w świetle frajersko traconych bramek – z West Hamem przed tygodniem po rogu, z Manchesterem United po szybkich atakach, podobnie z Arsenalem, w których to derbach apatia drużyny była kompletnie niewytłumaczalna. Co gorsza: zespół nie wie również, jak atakować. Statystyki strzałów, bramek, wykreowanych szans ma niemal najgorsze w lidze (wczoraj na bramkę MU nie oddał celnego uderzenia, co w przypadku meczu u siebie zdarzyło się po raz pierwszy od ośmiu lat), statystyki przebiegniętych kilometrów ma najgorsze. Na skąpych skądinąd w dające się zacytować zdania konferencjach prasowych Nuno Espirito Santo mówi wprawdzie o wytworzeniu „partnerstw” między zawodnikami, ale na boisku nawet znający się od lat i u Mauricio Pochettino rozumiejący się bez słów piłkarze sprawiają wrażenie, jakby grali ze sobą po raz pierwszy. Nawet u Mourinho współpraca między Kane’em i Sonem wyglądała o niebo lepiej niż teraz; inna sprawa, że Harry Kane nie wygląda dziś na zdolnego do współpracy z kimkolwiek – kryzys jego formy to temat na osobny tekst, w którym nieudany transfer do Manchesteru City z pewnością nie wytłumaczy wszystkiego.

O jakim zresztą tworzeniu „partnerstw” mówimy, skoro z w miarę wykrystalizowanego składu trener wymontował przed meczem z United dwa składniki, a zmiennicy Reguliona i Ndombele – Davies i Lo Celso – bynajmniej nie wnieśli do drużyny nowej jakości, a ten pierwszy należał do najsłabszych zawodników pod obiema bramkami? Od początku sezonu szkoleniowiec szuka formuły i formacji, ale wciąż jej nie znalazł, a tacy piłkarze jak Ndombele czy Dele Alli okazują się na zmianę to kluczowi, to kompletnie niepotrzebni. Wczorajsza decyzja o zmianie Lucasa Moury na Bergwijna po dziesięciu minutach drugiej połowy nie była oczywiście aż tak skandaliczna, by przyjmować ją buczeniem i wołaniem „Nie wiesz, co robisz” (wyraźne świadectwo frustracji fanów), ale nie przyniosła poprawy gry; jeden z najlepszych w ostatnich meczach Lucas przynajmniej próbował dryblingu i można było liczyć na to, że faulującym go rywalom przybędzie kartek – jeśli zliczyć statystyki indywidualnych pojedynków i kiwek był w Tottenhamie najlepszy. Skończyło się jakże łatwym zwycięstwem pogrążonego w kryzysie Manchesteru United, którego trener wychodził na stadion pod presją zwolnienia z pracy – jeszcze raz się przekonaliśmy, że trudno o lepszego rywala na odbicie niż Tottenham.

Odłączenie – to jest słowo, które nieustannie przychodzi mi na myśl, kiedy ostatnio myślę o Tottenhamie. Odłączenie nie tylko w relacjach między poszczególnymi piłkarzami – zbyt wielkie odległości między nimi na boisku, brak zrozumienia, brak schematów szybkiego rozegrania piłki, synchronicznego podchodzenia do pressingu, ewentualnie cofania się do obrony itd. Odłączenie nie tylko w relacjach między zawodnikami i trenerem – w mediach sporo jest relacji o tym, że piłkarze uważają nowego szkoleniowca za zdystansowanego i niekomunikatywnego. Odłączenie nie tylko myślącego o optymalizacji zysków prezesa od świadomości, że ostatecznie muszą one być pochodną sukcesów sportowych (kłania się ten brak wzmocnień i odświeżenia składu, gdy drużyna Pochettino jechała już na oparach; skądinąd mimo kaskady transferów, jaka nastąpiła już po zwolnieniu Argentyńczyka, trzon drużyny wciąż stanowią piłkarze, którzy swój szczyt osiągnęli pod jego wodzą…). Odłączenie bazy kibicowskiej od klubu, który za bilety i koszulki każe płacić najwięcej, a na boisku oferuje najmniej. Odłączenie, w którym piszę te słowa w zasadzie z poczucia obowiązku niż autentycznej emocji. Odłączenie, które zaczęło się w chwili zwolnienia Mauricio Pochettino i które fatalne decyzje o wyborze jego następcy jeszcze pogłębiły.

Tak, prosta decyzja o zwolnieniu trenera rzadko okazuje się rozwiązaniem problemów klubu, czasami jednak bywa wizjonerska. W Tottenhamie, także dzięki dokonanym tego lata i nieźle rokującym transferom Romero, Emersona czy Gila, wciąż znajduje się ekipa zawodników, która pod wodzą szkoleniowca z pasją i wizją byłaby zdolna włączyć się do walki o pierwszą czwórkę. Z punktu widzenia kogoś zarządzającego klubem odwlekanie nieuchronnego jest marnowaniem ich potencjału i czasu, jaki jeszcze im został w tej drużynie – cóż z tego, że w przypadku takich zawodników jak Lloris czy Kane, pewnie niedługiego. 

Tak, myślenie o piłkarzach Tottenhamu nie jak o transferowym mięsie i nie jak o kolumnach liczb umieszczanych przy ich nazwiskach czy mnożących się na ich kontach, z perspektywy niejednego zgorzkniałego fana może się mijać z celem. W końcu po to te, pożal się Boże, gwiazdy dostają pieniądze od prezesa i doping od nas, żeby na boisku dawali z siebie wszystko. A jednak czasami im współczuję. Myślę, że wciąż mają swoje ambicje sportowe i wciąż pamiętają, jak bardzo można cieszyć się grą. Ich kariera nie potrwa długo. Znalezienie kogoś, kto umiałby sprawić, że to, co robią, naprawdę będzie miało sens, dawno nie było tak palącą potrzebą.

PS Wrzucam tego bloga jak najszybciej się da, bo z Londynu dochodzą wieści, że prezes Levy i dyrektor Paratici rozmawiają właśnie o zwolnieniu trenera. Nie chciałbym, żeby i on się kiepsko zestarzał.

Derbowe deja vu

Można by na przykładzie ostatniego tygodnia napisać analizę upadku klubu, który w ciągu kilku zaledwie sezonów z finalisty Ligi Mistrzów stał się drużyną środka tabeli. Można by raz jeszcze skrytykować decyzje zarządu, który w poszukiwaniu następcy Mauricio Pochettino dał się skusić wczorajszemu blaskowi Jose Mourinho zamiast poszukać jakiegoś progresywnego szkoleniowca w Niemczech. Można by raz jeszcze wskazywać na impet, jakiego nabrała Chelsea (pogromca Tottenhamu z ubiegłej niedzieli) po wiosennej zmianie trenera – fascynować się statystykami wygranych meczów i czystych kont, szczelnością defensywy, kreatywnością środka pola, szybkością i siłą ataku. Można by także zauważać średnią wieku Arsenalu (pogromcy Tottenhamu z dzisiaj) – mówić, że przyszłość jest przed tą drużyną, nawet jeśli, ekhem, wciąż jeszcze w środku pomocy wystawia Granita Xhakę. Depresyjny nastrój, jaki odczuwam, niezwiązany jest bynajmniej ze śmiercią najlepszego strzelca w dziejach Tottenhamu, Jimmy’ego Greavesa, pięknie żegnanego przez trybuny podczas obu meczów derbowych. Chodzi raczej o podobne poczucie, jak to, które towarzyszyło mi podczas ostatniego meczu Tottenhamu Mourinho w Lidze Mistrzów (wiele wody upłynie zarówno w Wiśle, jak w Tamizie, kiedy zobaczymy kolejny…), przeciwko RB Lipsk Nagelsmanna: że życie jest gdzie indziej, gdzie indziej są futbolowe trendy i przyszłość. Po stronie rywali.

Owszem: tydzień temu z Chelsea drużyna w tym mniej więcej zestawieniu zagrała dobre 45 minut, a rywale potrzebowali wejścia Kante i szybko strzelonej bramki z rzutu rożnego, by w drugiej połowie narzucić swoje warunki. Ale dzisiaj? W najważniejszym dla kibiców meczu derbowym? Zagrać od pierwszej minuty aż tak żenująco? Naciskać rywali aż tak nieporadnie? Zostawić mu aż tyle przestrzeni między liniami? Ruszać się aż tak ślamazarnie, aż tak długo zwlekać z podaniem?

Zapewne pomysłem na grę w tym meczu był wysoki pressing i próba narzucenia rywalowi swoich warunków – tak, jak to się odbyło w pierwszej połowie z Chelsea (no chyba, że chodziło o zagrywanie długich piłek od obrony do Kane’a i liczenie, że jakoś to będzie…). To właśnie z nieudanego wysokiego pressingu wziął się pierwszy gol dla gospodarzy. Ale późniejsze bramki, po kontratakach, sprawiały wrażenie oddawanych za darmo. NIkt z zawodników Tottenhamu w tej pierwszej połowie nie sprawiał wrażenia człowieka, który wiedziałby, co robi. Dele i Ndombele, którzy, jak się zdaje, mieli stanowić o kręgosłupie drużyny, przypominali pasażerów na gapę, daremnie starających się ukryć przed obliczem kontrolera: nie dość, że samemu nie próbowali dryblingów czy podań, to nie wracali za mijającymi ich przeciwnikami. Trzej najważniejsi gracze ubiegłego sezonu – Hojbjerg, Son i Kane – tracili piłki, podawali niecelnie, nie byli w stanie wygrać żadnego z indywidualnych pojedynków. Niech nikogo nie zwiedzie fakt, że ostatecznie skończyło się 3:1, a w drugiej połowie Tottenham mógł mieć karnego i tylko kapitalna interwencja Ramsdale’a, zbijającego futbolówkę na poprzeczkę po strzale Moury, uratowała gospodarzy przed kolejnym golem. Tutaj w piłkę grała tylko jedna drużyna – a raczej tylko jedna drużyna zdawała się wiedzieć, co robi i jaki scenariusz realizuje. Mikel Arteta z pewnością oglądał mecze Tottenhamu ustawianego w systemie 4-3-3 i wymyślił sposoby na ominięcie rachitycznych dość pułapek, jakie ów system stwarza. Jakie mecze oglądał Nuno Espirito Santo – doprawdy nie wiem.

Jasne, zaledwie 16 dni temu portugalski trener odebrał nagrodę dla menedżera miesiąca. W ciągu tych 16 dni jego piłkarze stracili jednak 9 goli w Premier League, a ich statystyki nie tylko strzelonych bramek, ale i wykreowanych szans, o przebiegniętym dystansie nie mówiąc – należą do najgorszych albo zwyczajnie są najgorsze w ekstraklasie. Wygląda na to, że Espirito Santo jest w rozdarciu: instynkt nakazywałby mu pragmatyczne uszczelnianie defensywy i liczenie na kontry, tak jak to robił jego sławetny poprzednik i jak sam często ciułał punkty w Wolverhampton, ale tak zwany etos nowego klubu, oczekiwania pracodawcy, kibiców i dziennikarzy zmuszają go do myślenia o grze bardziej ofensywnej. Efekt? Drużyna nie ma struktury ani po jednej, ani po drugiej stronie boiska, a ci, którzy powinni być jej liderami – zawodzą.

Doprawdy, nie przemawia przeze mnie kibicowska frustracja z powodu przegranych derbów. Zdanie, że podczas każdego kolejnego ataku Arsenalu w pierwszej połowie pomocnicy Tottenhamu nie wiedzieli, co robić, staram się napisać w miarę obiektywnie – mam zresztą wrażenie, że będzie je można przeczytać w każdej pomeczowej relacji, a jedyną różnicą między formułującymi je sprawozdawcami będzie metaforyka, mająca unaocznić tym, którzy nie oglądali, rozmiar wyrwy ziejącej w tym miejscu boiska po stronie gości. Ileż piłkarze Arsenalu mieli przestrzeni podczas każdej kolejnej szarży? Jak niewielu podań potrzebowali, by przebić się pod bramkę Llorisa? Nawet w polu karnym Tottenhamu w zasadzie nie byli atakowani.

Napisanie dziś tekstu o zespole z White Hart Lane wydaje się najłatwiejszym zadaniem świata. O fatalnych statystykach już wspomniałem. Wystarczy dodać jeszcze parę zdań o przedsezonowej sadze transferowej Harry’ego Kane’a – i o tym, że kolejnym myślącym o odejściu był trzymany długo poza kadrą Ndombele. A potem rozpisać się nieco o farsie związanej z wielomiesięcznym poszukiwaniem trenera – i o tym, że nieszczęsny Nuno nie był ani pierwszym, ani nawet trzecim czy czwartym wyborem. W razie wolnego miejsc można sięgać jeszcze głębiej, np. do decyzji o zwolnieniu Mourinho na parę dni przed finałem Pucharu Ligi.

Co do mnie, wracam po raz kolejny w miejsce, w którym Daniel Levy dziękuje za pracę Mauricio Pochettino, a wcześniej nie wspiera go na rynku transferowym, kiedy jeszcze drużyna zdawała się jeszcze funkcjonować. Napisałem kiedyś, że prezes uczy się na błędach, ale za ten akurat płaci bardzo wysoką cenę, a co gorsza – płacą ją wszyscy kibice tej drużyny. Myśmy już przecież byli w tym miejscu, znamy smak takich porażek z tym rywalem – ale przez tych parę lat z Maurycym zdążyliśmy się odzwyczaić.

PS Nie naśmiewałem się z Mikela Artety, kiedy Arsenalowi nie szło.

Z Kane’em albo i bez Kane’a

Spokojnie, to tylko Manchester City. I bynajmniej nie chodzi o to, że mowa o mistrzu Anglii, seryjnym zwycięzcy, wystawiającym po transferze Jacka Grealisha najdroższą wyjściową jedenastkę w dziejach Premier League, mającym jednego z najlepszych trenerów świata itd. Z Manchesterem City potrafił wygrywać nie tylko Tottenham Mauricio Pochettino, ale także Tottenham Jose Mourinho, więc sukces tej drużyny w pierwszym meczu za kadencji Nuno Espirito Santo wypada przyjąć z należytą wstrzemięźliwością. W początkowej fazie sezonu wpadki będą się zdarzać najlepszym, zwłaszcza po okresie przygotowawczym, który dla każdej z gwiazd biorących udział w mistrzostwach Europy i Copa America zaczynał się kiedy indziej – niektórzy z występujących na tych turniejach do końca mają za sobą dopiero parę dni treningów i trudno ich uznać za w pełni gotowych gotowych do gry. W dodatku podczas pierwszego kwadransa meczu goście stworzyli sobie tyle czystych sytuacji, że trudno nie myśleć o scenariuszu alternatywnym: po wykorzystaniu przez Cancelo czy Fernandinho jednej z nich grają już z poczuciem pełnego komfortu, ich akcje zazębiają się coraz bardziej, a kapitulacja zdemoralizowanych nieobecnością swojego lidera i ikony, będącego przedmiotem tylu spekulacji w kontekście transferu do City Harry’ego Kane’a, staje się bezwarunkowa.

Spokojnie, to tylko Manchester City. Oglądaliśmy to już tyle razy. Mają okazje, stwarzają sytuacje, dominują, imponują rozmachem rajdów po skrzydle Sterlinga, dryblingiem Grealisha, wizjonerstwem De Bruyne (kiedy pojawił się na boisku, przegrywającym piłkarzom Guardioli jakby ktoś podał dopalacze), stałymi fragmentami, po których stoperzy wchodzą w pole karne rywala – a potem dają się zaskoczyć szybkim atakiem i przegrywają. Z drugiej jednak strony wypada przecież oddać Tottenhamowi, że pomysł na grę Espirito Santo różnił się zasadniczo od czystego negatywizmu z czasów Jose Mourinho. Że nie było tutaj wyłącznie oddania inicjatywy, murowania bramki i czyhania na błąd – że była walka podejmowana znacznie wyżej, że było dużo więcej pressingu, odbiorów i przechwytów, a w związku z tym dużo więcej akcji kończonych strzałami w porównaniu z czasami poprzedniego trenera z Portugalii.

Łatwo się w takim momencie chwali młodych wychowanków, takich jak Skipp czy wybrany zasłużenie piłkarzem meczu Tanganga, doskonale radzący sobie na prawej obronie ze Sterlingiem i Grealishem, wygrywający wiele pojedynków jeden na jednego, a jeśli faulujący, to przecież nie na tyle ostro, by zobaczyć żółtą kartkę. Trudniej docenić występ kogoś takiego, jak Dele Alli: krytykowanego przez Mourinho i dzielącego opinię kibiców, bo jego błyskotliwe sztuczki prowadziły nieraz do strat. Anglik przepracował solidnie całe lato i efekty widać: na nowej pozycji, jednego z dwójki biegających między polami karnymi pomocników w ustawieniu 4-3-3, miał w nogach po zakończeniu spotkania najwięcej kilometrów, najlepiej wypadał także w statystykach czysto pressingowych. Zapewne w przyszłości obejrzymy także niejedną siatkę czy zgranie z klepki w jego wykonaniu, wczoraj jednak od jego przechwytu zaczynała się niejedna kontra Tottenhamu. A piłkarzy grających o niebo solidniej niż w czasach Mourinho było więcej, że wymienię tylko zazwyczaj nierównych, że będę eufemistyczny, Diera, Sancheza czy Reguliona.

Kluczem do zwycięstwa okazała się oczywiście szybkość, z jaką gospodarze potrafili przejść z obrony do ataku. Siła i kunszt, z jakimi Bergwijn i tytanicznie pracujący Moura umieli podholować piłkę w okolice pola karnego przeciwnika – a potem skuteczność Sona, który (co słusznie podkreślił po meczu Espirito Santo) już w pierwszej połowie znajdował się na świetnych pozycjach, tylko nie kończył akcji strzałem. Oraz, co z perspektywy kibica najprzyjemniejsze, zbiorowy wysiłek całej drużyny, w której pracę w defensywie rozpoczynali naprawdę zawodnicy ofensywni – co zresztą w końcu pełne trybuny White Hart Lane doceniały głośnym aplauzem.

O nowym trenerze Tottenhamu mówi się, że podobnie jak jego portugalski mentor lubi wznosić wokół swoich drużyn mury oblężonych twierdz – być może więc zamieszanie wokół przedłużającej się nieobecności Kane’a podczas okresu przygotowawczego pozwoliło mu zbudować wokół reszty zawodników przekonanie, że mają światu coś do udowodnienia (pamiętacie, jak Guardiola nazwał kiedyś Tottenham „zespołem Harry’ego Kane’a”? od tamtej pory często przegrywa z Tottenhamem grającym… bez Harry’ego Kane’a). Ale nie psychologiczne gierki zdecydowały wczoraj o sukcesie jego nowych podopiecznych, tylko koncentracja, waleczność i wyrachowanie – rozumiane jako potrzeba wyczekania na odpowiedni moment, by zaatakować, ale także jako umiejętność bezpiecznego dogrania meczu już po objęciu prowadzenia. Zauważmy: Hugo Lloris przez zaskakująco wiele minut pozostawał w tym spotkaniu bezrobotny. Zauważmy też: wypuszczanie z ręki prowadzenia było fatalną cechą Tottenhamu za czasów poprzednika, a o kończeniu meczów mocniejszym akcentem Espirito Santo mówił przed tygodniem po sparingu z Arsenalem.

Choć więc niby to tylko Manchester City, w dodatku na takim etapie sezonu, że o żadnych uogólnieniach nie może być mowy; choć przed nowym dyrektorem sportowym Fabio Paraticim (skądinąd: zasiadającym w trakcie meczów na ławce z całą drużyną i sztabem szkoleniowym) wciąż niejedno wyzwanie, bo takiego Auriera czy Sissoko naprawdę wypadałoby sprzedać, sprowadzając w zamian jeszcze jakiegoś obrońcę czy, ekhem, napastnika; choć wciąż nie wiadomo, jakie koszulki we wrześniu przywdziewać będą Kane oraz niepracujący na treningach wystarczająco ciężko Ndombele, trudno mi się było wczoraj wieczorem nie uśmiechać od ucha do ucha – mniej więcej tak, jak to robi pewien sympatyczny Koreańczyk. Tottenham jako twardy orzech do zgryzienia – poproszę o więcej.

Eryk szalony

Dopiero w dniu jego odejścia dotarła do mnie oczywista prawda: Erik Manuel Lamela był Tottenhamem. Nie tylko dlatego, że jak na współczesne standardy spędził tu wyjątkowo dużo czasu: całe osiem sezonów, które zaczynały się jeszcze w pełnym zawiedzionych ostatecznie (jak to zwykle bywa w przypadku dziejów tej drużyny) nadziei okresie rządów Andre Villasa-Boasa, kiedy to nie tyle młody portugalski menedżer, co raczej dyrektor sportowy Franco Baldini postanowił wydać pieniądze z transferu Garetha Bale’a na siódemkę piłkarzy – oprócz Lameli byli to Eriksen, Chadli, Soldado, Capoue, Chiriches i Paulinho, z których świetnie spisujący się wcześniej w Romie Argentyńczyk został w klubie najdłużej. Przede wszystkim dlatego, że opisując jego pobyt w Tottenhamie ma się wrażenie, iż opisuje się sam klub.

W gruncie rzeczy wystarczyłoby wspomnienie tej jednej jedynej niedzieli sprzed kilku zaledwie miesięcy, 14 marca 2021. Derbowy mecz z Arsenalem zaczął na ławce rezerwowych, pojawił się na boisku w 19. minucie na miejsce kontuzjowanego Sona, szybko strzelił cudowną bramkę – fantastyczne uderzenie raboną tego, co tu kryć, w gruncie rzeczy wyłącznie lewonożnego zawodnika, zostało później okrzyknięte golem sezonu – następnie zaś obejrzał dwie żółte kartki, a jego drużyna przegrała 2:1. Było w tym przecież wszystko, z czym Tottenham nam się kojarzy; piękno indywidualnego zrywu, można by wręcz powiedzieć: błysk geniuszu – i ostateczne fiasko. Trud, który idzie na marne. Piękno, które przemija. Niespełnienie.

Był Erik Lamela Tottenhamem, bo tyleż zachwycał, co frustrował. Bo o nikogo chyba kibice tej drużyny nie potrafili pokłócić się tak zażarcie. Bo jak tu zważyć: na jednej szali cudowne bramki (raboną strzelił także z Asterasem Tripoli, w październiku 2014), fantastyczne dryblingi, niestrudzony pressing, zaciętość wślizgu; na drugiej zaś wyjątkowo irytujące straty, zapamiętanie w akcji indywidualnej, kiedy prosiło się o podanie, skłonność do teatralnych sztuczek (a może należałoby powiedzieć o tym: viveza?), która doprowadziła sędziego Anthony’ego Taylora do pokazania czerwonej kartki Martialowi w wygranym 6:1 przez Tottenham meczu z Manchesterem United, a także nieregularność, wymuszoną oczywiście głównie trapiącymi go kontuzjami. Długo prześladowały go problemy z biodrami; nie grał w piłkę ponad rok i przeszedł dwie operacje.

Jak na ofensywnego pomocnika strzelał za mało bramek (37), asystował (47) zbyt rzadko. Jak na osiem lat pobytu w klubie rozegrał za mało spotkań (257). Jak na zawodnika aspirującego do klasy światowej, jego chaotyczność i brawura wydawały się dyskwalifikujące. Z drugiej strony na każde wspomnienie tego, jak zapamiętale holował piłk, zwłaszcza jak turlał ją przed sobą lewą stopą, jak podrywał drużynę do walki jakimś kaskaderskim wślizgiem, jak toczył po boisku szalonym wzrokiem, a także – nie ukrywajmy – jak malowniczo się nosił poza nim, mam uśmiech na twarzy. Najzwyczajniej w świecie: był jednym z tych piłkarzy, których uwielbiam – i pełna świadomość wszystkich jego wad mojego uwielbienia nie zmniejsza. Nie jestem pewien, czy potrafię zdefiniować tę kategorię zawodników, do której się zalicza – z pewnością nienależących do najlepszych w drużynie, niebędących jej największymi gwiazdami, niepodbijających świata – ale faktem jest, że mam pełną szafę ich koszulek.

Był Tottenhamem, bo nigdy niczego nie wygrał, ale nie dało się go nie zauważyć i nie zapamiętać. Bo styl i serce do gry było dlań ważniejsze niż pragmatyzm i chłodna głowa. El coco Lamela que loco que está. Właściwie już zacząłem tęsknić.

Medytacja na zesłanie

Wielce to symboliczne, ale przespałem zatrudnienie przez Tottenham nowego trenera. I nie, nie sądzę, żeby chodziło po prostu o to, że przez poprzednie dwa dni pisałem po nocach długie teksty o klasykach Euro, meczach Hiszpanii z Chorwacją i Francji ze Szwajcarią, a potem o bynajmniej nie klasycznym spotkaniu Anglia-Niemcy. Pamiętam przecież czasy, w których na informację o zatrudnieniu nowego szkoleniowca czekałem z wytęsknieniem, siedząc przed komputerem i w kółko odświeżając klubową stronę internetową, żeby w końcu doczekać się oficjalnego potwierdzenia wyciekającej już tu i ówdzie informacji, i było to niezależne od stopnia zmęczenia, zobowiązań służbowych, a nawet – strach powiedzieć głośno – rodzinnych. Pamiętam nawet nieodległe dni, w których na wieść o tym, że Daniel Levy próbuje namówić na powrót do klubu Mauricio Pochettino właściwie nie odrywałem ręki od smartfona, nawet jeśli racjonalna część mnie wiedziała doskonale, że na ten powrót jest za wcześnie – że ani PSG nie pozwoli sobie na taki wizerunkowy uszczerbek, jak rozwiązanie umowy z trenerem zaledwie po sześciu miesiącach od zatrudnienia, ani sam Argentyńczyk, jako człowiek honorowy, nie będzie wymuszał dymisji – i że nie minęło wystarczająco wiele czasu, by i on, i jego niedawni jeszcze w sumie podopieczni nabrali wystarczająco wiele doświadczenia i umieli naprawdę zacząć od nowa.

W sumie to czas, który upływał mi od chwili zwolnienia José Mourinho, bardzo przypominał mi tych parę momentów w życiu, w których okoliczności zmuszały mnie do poszukiwań nowego mieszkania. Początkowa ekscytacja nadmiarem możliwości, zachwyt kilkoma fenomenalnymi propozycjami, które wszakże niemal natychmiast okazywały się być poza zasięgiem możliwości finansowych lub ktoś inny sprzątnął mi je sprzed nosa (dotyczy zwłaszcza Juliana Nagelsmanna), później stopniowe przymierzanie się do wyborów nieco mniej atrakcyjnych, ale wciąż do przyjęcia (był w tej kategorii Erik Ten Haag, był Brendan Rogers, był nawet Graham Potter) i narastający strach, że i tak skończy się w jakiejś ciemnej dziurze (Paulo Fonseca, a zwłaszcza Gennaro Gattuso).

Ostateczny wybór Nuno Espirito Santo – którego dwuletni zaledwie kontrakt również zdaje się wskazywać na pewną ostrożność umawiających się stron – należy do jeszcze jednej kategorii: przeżyjemy, ale z pewnością korzeni nie zapuścimy; podobnie zresztą myślałem o Antonio Conte. Patrząc na styl, w jakim grało Wolves, można wyobrażać sobie drużynę walczącą, grającą twardo i niełatwą do pokonania, dobrze zorganizowaną w obronie i potrafiącą kontratakować, ale w czasach pracy w Valencii, z którą awansował nawet do Ligi Mistrzów Espirito Santo umiał także stawiać na futbol, który od biedy można by zmieścić w kryteriach, jakie prezes Levy wymieniał jako mieszczące się w klubowym DNA: ofensywny, pełen rozmachu, sprawiający kibicom frajdę; także i w czasach Wolves były momenty, w których pod wodzą Portugalczyka drużyna atakowała szybko i wymieniała podania z pierwszej piłki. O tym, ile trudności sprawiał Tottenhamowi taki Adama Traore niejedno mógłby powiedzieć Jan Vertonghen, nawet jeśli w Lizbonie nie grożą mu już spotkania z tym piłkarzem.

O, proszę bardzo, macie mnie jak na dłoni. Jak z każdym nowym trenerem – robię wszystko, by dać Nuno Espirito Santo kredyt zaufania. Próbuję zapomnieć o jego zblatowaniu z Jorge Mendesem (równie dobre układy z portugalskim superagentem ma ponoć nasz nowy dyrektor sportowy, pracujący do niedawna w Juventusie Fabio Paratici) i nie myśleć, że Tottenham zamieni się teraz w kolejną przechowalnię dla zawodników ze stajni tego ostatniego. Próbuję nie myśleć, że ta nominacja nie jest z pewnością argumentem za pozostaniem w klubie dla Harry’ego Kane’a – szczerze mówiąc pewnie żadna by nie była. Próbuję nie myśleć, że w swojej istocie futbol Wolves przypominał jednak reaktywną piłkę Mourinho niż proaktywną Pochettino – wciąż stanowiącą dla fanów Tottenhamu wzorzec metra, jeśli idzie o najświeższą definicję klubowego DNA. Próbuję nie myśleć o całej tej farsie związanej z wielotygodniowym poszukiwaniem trenera, w której Espirito Santo nie był przecież ani pierwszym, ani drugim, ani trzecim wyborem na liście priorytetów zarządu. Próbuję nie myśleć o tym, że po prostu był do wzięcia, a jego zatrudnienie nie wiązało się z płaceniem żadnemu klubowi odstępnego. Rozumiem pandemiczne ograniczenia, o których w niedawnym wywiadzie dla klubowej telewizji mówił Daniel Levy, tonując jakiekolwiek fantazje o daleko idących inwestycjach w drużynę: po tym, jak nawet Liga Europy spadła z listy zobowiązań i nadziei Tottenhamu na najbliższy sezon, straty do odrobienia są gigantyczne i tylko modlić się trzeba, by koronawirusowa Delta nie doprowadziła do kolejnego zamknięcia stadionów. Rozumiem nawet korporacyjną nowomowę, w jakiej Espirito Santo wita Paratici: że Portugalczyk potrafi się zaadaptować, że zaprowadzi w drużynie dyscyplinę i przywróci zdolność do ciężkiej pracy. Doszukuję się także pozytywów w pierwszych wypowiedziach nowego trenera: w jego entuzjazmie i obietnicach ciężkiej pracy. To, że nie obiecuje pucharów ani tytułów, zapisuję mu na plus. Jesteśmy po erze Mourinho, a ostatnich kilka miesięcy upłynęło nam w takim chaosie, że owo niespektakularne powitanie Portugalczyka wydaje się po prostu dowodem realizmu i trzeźwości: jego samego, jego nowych zwierzchników i naszej, kibiców, którzy z tym klubem przeszli niejedno. A więc: próbuję ducha nie gasić, tak jak to robiłem przecież przy każdej przeprowadzce. Próbuję nie zauważać, że słowo zawarte w tytule tego tekstu zawiera zarówno obietnicę nadejścia, jak i możliwość zsyłki. Niewiele się w sumie spodziewam, więc pewnie i niezbyt się rozczaruję – a kibicować będę, jak zawsze, całym sercem.

Miałeś, Daniel, złoty róg

Miałeś, Daniel, czapkę z piór. MIałeś drużynę, która grała regularnie w Lidze Mistrzów i biła się o mistrzostwo kraju. Miałeś drużynę komplementowaną przez cały piłkarski świat i taką, za którą kibice stali murem. Miałeś trenera, którego komplementowano równie silnie, a kochano jeszcze bardziej. Nie płaciłeś im zbyt dobrze, ładnych paru prezesów w Premier League wydawało pieniądze ręką dużo bardziej lekką niż Ty, ale wszyscy to rozumieli: budowałeś stadion i to był na tamten moment priorytet w rozwoju klubu. Taki był zresztą element dealu, związanego z uczestnictwem w Twoim projekcie – także Mauricio Pochettino wiedział, podpisując, a potem przedłużając z Tobą umowę, że musi przede wszystkim pracować z tymi piłkarzami, których przejął po Timie Sherwoodzie i Andre VIllas-Boasu; że musi wesprzeć ich w rozwoju i że musi również bacznie przyglądać się młodzieży, która trenuje w akademii, tak samo zresztą, jak robił to w Southamptonie. Chętnie przyznaję: przez kilka lat ten model sprawdzał się znakomicie. W drugim roku pracy Pochettino – z pewnością za wcześnie, zważywszy na fazę rozwoju jego zespołu – Tottenham walczył o mistrzostwo z Leicester, w trzecim, bijąc rekord zdobytych punktów w Premier League, ustąpił w tabeli jedynie Chelsea. Później jednak (nawiasem mówiąc po kończącym poprzedni sezon meczu z Leicester, równie rozrywkowym, jak dzisiejszy) przyszedł sierpień 2018 roku, ten pierwszy w dziejach, w którym nie przeprowadziłeś ani jednego transferu, choć tak wiele mówiło się wtedy na przykład o sprowadzeniu Jacka Grealisha.

Czy to był ten moment, Daniel? Czy to wtedy klub zamiast piąć się nadal wzwyż, skręcił na ścieżkę, która doprowadziła go w miejsce, które zajmuje dzisiaj: z awansem do niechcianej przez nikogo Ligi Konferencji, bez prawa gry w Lidze Europy, bez trenera i z najlepszym zawodnikiem, ba, klubową legendą otwarcie mówiącą, że chciałaby walczyć o najwyższe cele, na co tutaj się nie zapowiada? Czy to wtedy właśnie trzeba było zrobić coś, na co i tak musiałeś się zdecydować kilkanaście miesięcy później, wydając dziesiątki milionów na Ndombele czy Lo Celso, a potem przeprowadzając kolejne transfery, których życzył sobie José Mourinho (o odprawie dla Pochettino, lukratywnym kontrakcie Portugalczyka i kolejnej odprawie dla tego ostatniego już nie wspominam)? Czy to wtedy trzeba się było rozejrzeć za następcą mającego wkrótce wyjechać do Chin Moussy Dembelego, znaleźć defensywnego pomocnika na miejsce borykającego się z kontuzjami Wanyamy i zwiększyć rywalizację na bokach obrony? Kiedy przypominam sobie wypowiedź Jamiego Carraghera, już podczas pobytu Mourinho w klubie, że był taki czas, kiedy Tottenham Pochettino od mistrzostwa Anglii dzieliły dwa transfery, a teraz brakuje mu pięciu, by w ogóle myśleć o wskoczeniu na poziom Tottenhamu Pochettino, zastanawiam się, czy to nie właśnie tamtą chwilę miał na myśli.

Wiem, do historycznego występu drużyny w finale Ligi Mistrzów pozostawał jeszcze rok, ale ów sensacyjny rajd przez stadiony Dortmundu, Manchesteru i Amsterdamu, zaciemniał obserwację oczywistego dość faktu, że już od stycznia 2019 drużyna wyraźnie dołowała w Premier League. Zresztą czytałeś na pewno – zbyt wytrawnym jesteś biznesmenem, by nie uczyć się od mistrzów zarządzania – obserwację Aleksa Fergusona, że cykl odnoszenia sukcesów przez zespół trwa cztery lata. W przypadku drużyny Pochettino akurat tyle upływało właśnie latem 2018 i w gruncie rzeczy powinieneś być wdzięczny Maurycemu, że tak pięknie potrafił go przedłużyć. Inna sprawa, że Ferguson nigdy by na coś podobnego nie pozwolił: Szkot wiedział, że nowy impuls jest potrzebny nawet kiedy w momencie wdrażania zmian wszystko wydaje się iść w najlepszym porządku i na pierwszy rzut oka ruszanie czegokolwiek wydaje się wręcz zbędne.

Kiedy zasiadasz sam w ciszy swojego gabinetu, kiedy próbujesz zapomnieć o protestach kibiców, coraz głośniej domagających się Twojej dymisji i niemogących wybaczyć Ci fatalnego zauroczenia José Mourinho oraz zaangażowania w niesławny projekt Superligi, z pewnością jesteś w stanie przypomnieć sobie argumenty, dla których postępowałeś tak, a nie inaczej. Księgowo wszystko się pięknie dopinało. Stadion był prawie gotowy. Przychody z Ligi Mistrzów, kontrakty sponsorskie, umowy telewizyjne spowodowały, że klub wdarł się do pierwszej dziesiątki najbogatszych na świecie. Miałeś swoją globalną markę, dogadywałeś z Amazonem szczegóły filmu, który miałby wypromować ją jeszcze szerzej. Byłeś, owszem, wdzięczny, Maurycemu. Szczodrze go wynagradzałeś. Podwyżki dawałeś zresztą także Harry’emu – żaden z nich nigdy nie narzekał na Twoją hojność. A jednak coś przegapiłeś i kiedy, naciskany przez Pochettino, grzmiącego na konferencjach prasowych, że aby zrobić ostatni krok do wielkości klub musi zacząć inaczej działać na rynku transferowym, sięgnąłeś w końcu do klubowej kasy – było już za późno. Po przegranym finale odszedł Eriksen, trenera i większość grającej zbyt długo razem drużyny dopadło poczucie wypalenia, Ndombele zaś adaptował się powoli, a Lo Celso złapał kontuzję: zabrakło czasowego bufora, z jakim do zespołu wkomponowuje się nowych zawodników; zwłaszcza do zespołu grającego i trenującego w tak specyficznym stylu, jak u Pochettino.

Niewykluczone, że zabrakło też cierpliwości, kiedy jesienią 2019 drużyna była w potężnym kryzysie, kiedy przegrała z Bayernem, kiedy kontuzjował się Lloris i kiedy zmiana trenera wydawała się najprostszym rozwiązaniem. Zawsze chciałeś zatrudnić José Mourinho, prawda? W trakcie kilku scen serialu Amazonu słałeś mu spojrzenia wręcz miłosne. Może trudno się dziwić, że nie wytrzymałeś nerwowo – choć przykład, z jakim w ostatnich tygodniach Liverpool Jurgena Kloppa wyszedł z wcześniejszego kryzysu, z pewnością mógłby być dla Ciebie pouczający. Kibice, jeśli jeszcze pamiętasz, raczej nie domagali się wyrzucenia Maurycego…

MIałeś, Daniel, złoty róg. To była naprawdę piękna przygoda. Wydaje się niewiarygodne, ale równe dwa lata temu Twoi piłkarze szykowali się do gry w finale Ligi Mistrzów. Jestem pewien, że pamiętasz to jeszcze lepiej niż ja – choć ja też byłem wtedy w Madrycie i choć wieczór w Amsterdamie, zaledwie dwa lata i dwa tygodnie temu, uważam za najpiękniejszy piłkarsko wieczór w moim życiu. Problem w tym, że myśl o powrocie w tamto miejsce wydaje się dziś kwestią równie realną, jak to, że po Arbacie znów przespaceruje się Puszkin. Co było, nie wróci i szaty rozdzierać by próżno, jak śpiewał Okudżawa (a przecież mi żal…). A co przyniesie przyszłość? Sam powiedz: od kiedy Chelsea zatrudniła Tuchela, a Bayern sięgnął po Nagelsmanna, każda kolejna kandydatura nowego szkoleniowca, jaką rozważasz, wydaje się kandydaturą nierealną, niedoskonałą, w najlepszym razie przejściową albo skrajnie ryzykowną, a Ty nie bardzo już możesz pozwolić sobie na ryzyko – nie tylko sportowe, także (w świetle długów, pandemii, pustych trybun, braku zysków wygenerowanych przez dobrą grę drużyny) ekonomiczne. W gruncie rzeczy mam nieodparte wrażenie, że kiedy osiem lat temu z Tottenhamu odchodził Gareth Bale (mam nadzieję, że po jego dzisiejszym wejściu z ławki zrobisz coś, żeby nie odchodził ponownie…), ba: kiedy siedem lat temu drużynę przestawał prowadzić Tim Sherwood, mieliśmy więcej powodów do optymizmu niż dziś, nawet jeśli na King Power Stadium grupa zatrudnianych przez Ciebie – i przez wiele minut sprawiających wrażenie, jakby widzieli się po raz pierwszy – zawodników zdołała jednak wygrać.

Tak naprawdę Ci nie zazdroszczę. Kibicuję Twojemu klubowi tak długo, że kryzys taki, jak obecny, jest dla mnie stanem naturalnym, do niczego innego nie przywykłem, nic innego nie pamiętam, to epoka Pochettino wydaje mi się tak naprawdę jakąś pogodową anomalią, a nie dzisiejszy bałagan i chaos. Ale Ty? Z Twoimi ambicjami i wizją? Z Twoim skrywanym starannie pragnieniem naszej akceptacji, bycia kochanym i docenionym za wszystkie swoje trudy? Był taki czas, w którym się wydawało, że zastałeś Tottenham drewnianym i zostawisz murowanym – i że będziesz miał kiedyś pomnik przed stadionem i trybunę swojego imienia na nim. Ale teraz? Czapkę wicher niesie do Manchesteru, róg huka po Paryżu. Ostał ci się ino sznur.

(W dramacie Wyspiańskiego w tym momencie pieje kogut, ciekawe, czy ten z klubowego herbu. Mimo dramatycznych wołań Jaśka nikt się nie budzi).

PS Za dwa tygodnie premiera „Światła bramki”. Książkę z solidnym rabatem (i Lucasem Mourą na okładce) można zamówić w przedsprzedaży tutaj.

Czy Harry Kane musi odejść

Najbardziej zaskakujące w przecieku na temat woli odejścia Harry’ego Kane’a z Tottenhamu wydaje się tak naprawdę to, że ktokolwiek jest zaskoczony. Można, owszem, zastanawiać się, czy puszczenie tego przecieku akurat przed ostatecznymi rozstrzygnięciami generalnie spisanego na straty sezonu jest fortunne („Nie mógł poczekać tydzień?”, pytają ponoć poirytowani członkowie klubowego zarządu, słusznie obawiając się, że przygotowania do meczów z Aston Villą i Leicester mocno się skomplikują), ale z drugiej strony fakt, iż drużyna bije się już tylko o prawo gry w Lidze Europy – i że nawet tego nie jest pewna – pokazuje oczywistość konkluzji, do jakiej doszedł najlepszy dziś napastnik Anglii. W maju 2021 roku, mając niemal 28 lat, będąc w świetnej formie i ciesząc się zupełnie dobrym zdrowiem, Harry Kane naprawdę nie ma na co czekać. Mówił zresztą wprost, odbierając kilka tygodni temu nagrodę dla najlepszego piłkarza Londynu, o słodko-gorzkim uczuciu, jakie wiąże się z przyjmowaniem takich wyróżnień – i o tym, że chciałby wreszcie coś wygrać z drużyną.

O tym, co spotkało go w ostatnich miesiącach w Tottenhamie, pisałem tu wiele. Pobyt Jose Mourinho w klubie nie trwał wprawdzie aż tak długo, ale podziały w zespole dało się już odczuć. Drużyna robiła katastrofalne błędy w obronie, wypuszczała prowadzenia w wygrywanych meczach. Jej kluczowi zawodnicy nie pracowali wystarczająco ciężko na treningach i w trakcie spotkań, i dotyczy to niestety, także, największych gwiazd, takich jak Bale, Dele Alli czy Ndombele. Po części był to efekt przestarzałych metod szkoleniowych nadmiernie skupionego na rywalach Portugalczyka, ale wszystkiego nie da się zrzucić na trenera. Występ w Lidze Europy zakończył się kompromitacją w Zagrzebiu, walka o Puchar Ligi – finałowym rozczarowaniem. Nadziei, że w przyszłym roku może być znacząco lepiej – na razie nie widać.

Bądźmy szczerzy: jedyne, co czeka Harry’ego Kane’a w Tottenhamie w sezonie 2021/22, to uczestniczenie w mniej lub bardziej bolesnym okresie przebudowy, w dodatku póki co nie wiadomo przez kogo dokonywanej, choć wiadomo, że kilka świetnych nazwisk na rynku trenerskim odpadło z wyścigu, a każde kolejne z pojawiających się na medialnej karuzeli wydaje się obarczone wieloma znakami zapytania; szczerze mówiąc ten wpis podszyty jest również frustracją, że nie tylko Nagelsmann czy Ten Haag, ale także Rodgers wydaje się być poza zasięgiem obecnych możliwości klubu (ledwo utrzymującego Brighton w Premier League Pottera trudno uznawać za kolejne wcielenie Mauricio Pochettino, a tzw. duże nazwiska, np. Allegri, podobnie jak Mourinho średnio pasują do wizerunku tej drużyny). Wiadomo też, że klub jest zadłużony bardziej niż niejeden z rywali, że pandemia uderzyła go mocniej (a to w związku z utratą spodziewanych zysków z biletów na otwarty dopiero co stadion), podobnie jak kolejny już brak awansu do Ligi Mistrzów. Wiadomo, że jeśli nowy szkoleniowiec przyjdzie i będzie chciał myśleć o wzmocnieniach, najpierw będzie musiał pozbyć się kilku piłkarzy. Mówienie, że wrócą z wypożyczeń Skipp czy Sessegnon, owszem, raduje serce kibica, ale z perspektywy takiego Kane’a znaczy pewnie niewiele. Podobnie jak spekulowanie, czy Bale zostanie na jeszcze jeden sezon.

Lojalności Kane’a do Tottenhamu nikt kwestionować nie może. Tego, ile dał klubowi w ciągu minionej dekady również. Ale perspektywy na White Hart Lane ma takie, że naprawdę jedyne, co może brać pod uwagę jako argument za pozostaniem, to fakt, iż coraz mniej brakuje mu do pobicia rekordu Jimmy’ego Greavesa i stania się najlepszym strzelcem w dziejach Tottenhamu. Czy taki tytuł jest w stanie zrównoważyć mistrzostwa czy puchary kraju albo wygraną w Lidze Mistrzów? Pytanie wydaje się retoryczne.

Zupełnie inną kwestią jest to, czy ewentualnego kupca będzie stać na sprowadzenie Kane’a – i czy Tottenham będzie musiał go sprzedać. Do końca obecnego kontraktu Anglika pozostają trzy lata (pamiętacie jeszcze, jak świetlana wydawała się przyszłość, kiedy go podpisywał?), choć „The Athletic” twierdzi, że zawarł z prezesem Levym dżentelmeńską umową, iż po tym sezonie będzie mógł odejść. Marka zawodnika i regularność, z jaką zdobywa bramki, a przy tym zasięg i precyzja jego podań, które znalazły w tym roku odzwierciedlenie w liczbie asyst, fakt, że mamy do czynienia z kapitanem reprezentacji kraju, wzorowy wizerunek ojca rodziny, sportowe ambicje i wychwalany przez wszystkich profesjonalizm – to jest kapitał, który w przełożeniu na brytyjskie funty daje wartość z pewnością przekraczającą sto, może nawet sięgającą stu pięćdziesięciu milionów. Mało który klub w Europie i na Wyspach może w obecnych warunkach pozwolić sobie na wydanie podobnej kwoty, zwłaszcza, że na kontynencie mówi się również o transferach Haalanda i Mbappe. Niewątpliwie bez klasycznej „dziewiątki” od dawna gra Manchester City i niejeden obserwator zastanawia się dziś, czy to Kane nie jest brakującym ogniwem, oddzielającym ostatnią budowlę Pepa Guardioli od doskonałości. Ale to, że Daniel Levy zrobi wszystko, by nie sprzedać Kane’a któremukolwiek z rywali z Premier League wydaje się równie oczywiste jak to, że Kane ma dobre powody, by odejść. 

Krótko mówiąc: jeśli chce zostać mistrzem kraju już, teraz, jak jego niedawni koledzy, Walker czy Eriksen, a nie na święty nigdy, Harry Kane odejść musi. Musi przestać liczyć, że prezes sprowadzi do klubu trenera, który już, teraz będzie w stanie dorównać jego ambicjom i profesjonalizmowi. Musi odłożyć na jakiś czas wspomnienia o strzelonym w derbach „golu w masce”, o pierwszej bramce z Shamrock Rovers, czy o pierwszym hattricku z Asterisem Trypolis (to wtedy stanął w bramce, po czerwonej kartce Llorisa, i wpuścił gola po rzucie wolnym rywali)… naprawdę ściska mi się teraz gardło i nie chcę już tych sentymentów ciągnąć, przypominając sobie jak ów niezgrabny nieco z początku młodzian stawał klubową ikoną.

Przed nami typowe gorące lato. W przypadku kibica Tottenhamu, przynajmniej tego z dłuższym stażem niż czasy „nowego, wspaniałego świata” – typowo ponure.

Siedemnaście miesięcy José Mourinho

Będzie krótko, bo długo było już o superlidze, a przecież trzeba jeszcze skończyć ostatnie korekty książki, no i w ogóle może napić się wina, niechże nawet będzie: portugalskiego, bo wiadomość, jaką mam tu skomentować, jest wiadomością dobrą i od dawna wyczekiwaną. Szczerze mówiąc: wyczekiwaną od 17 miesięcy, czyli od dnia, w którym José Mourinho został trenerem Tottenhamu. 

Stali czytelnicy bloga wiedzą: nie był moim faworytem, uważałem, że ze swoim przywiązaniem do reaktywnego futbolu i konfrontacyjnym sposobem pracy z zawodnikami nie pasuje ani do tego klubu, z jego tradycją piłki ofensywnej i cieszącej oko fanów, ani do tej konkretnej grupy piłkarzy, odziedziczonych po poprzedniku i nauczonych przez niego pewnego określonego sposobu gry i pracy. Argumenty, które przedstawiałem na poparcie tych zdań można wyszukać po blogowym tagu „Mourinho”; znajdzie się tam także jeden czy dwa wpisy, w których oddawałem Portugalczykowi sprawiedliwość, kiedy jesienią ubiegłego roku drużyna zdawała się nabierać rozpędu. Zbyt krótki był to jednak zryw, nawet jeśli dzięki niemu Harry Kane wciąż może zostać piłkarzem roku Premier League; on jeden zresztą w trakcie tego półtora roku nie obniżył lotów (owszem, momenty mieli też Son czy Ndombele, ale daleko im było do regularności kapitana reprezentacji Anglii) i w ostatnich godzinach myślałem również o tym, czy planując zwolnienie Mourinho prezes Levy nie wykonuje gestu uprzedzającego, mającego przekonać lidera, symbol i żywą legendę drużyny, że warto jednak nie rozglądać się za innym klubem, bo bałagan, jaki zapanował w ostatnich miesiącach w ośrodku treningowym Tottenhamu zostanie posprzątany.

To najprostszy sposób weryfikacji osiągnięć Mourinho w północnym Londynie: sprawdzenie, jak radzili sobie pod tym szkoleniowcem poszczególni zawodnicy. Czy stali się lepszymi piłkarzami, czy przebili się do reprezentacji swoich krajów, czy przeciwnie: wypadli z łaski swoich selekcjonerów, z tym angielskim na pierwszym miejscu oczywiście. Czy defensywa – na której niezawodności Portugalczyk opierał w poprzednich klubach swoje sukcesy, stała się nieco bardziej niezawodna. Czy kiedy drużyna obejmowała prowadzenie w meczu, była w stanie dowieźć je do końca. Czy umiała rozgrywać atak pozycyjny albo przeprowadzić jakiś koherentny pressing w meczach, podczas których rywal ani myślał się odsłonić, nadziać na kontrę, a następnie skapitulować. I co o tym wszystkim miał do powiedzenia on sam, z tygodnia na tydzień robiący podczas rozmów z dziennikarzami coraz bardziej tajemnicze miny, że wie, ale nie powie. Chociaż tyle, że w porównaniu z czasami Interu, Realu, drugiej Chelsea czy Manchesteru złagodniał nieco i nawet jego awantury nie miały już tak apokaliptycznego wymiaru jak niegdyś, ale miny, jakie na ławce robili ostatnio Dele czy Bale mówiły same za siebie (żeby było jasne: nie mówię, że piłkarze są w takich sytuacjach bez winy i z pewnością dwaj wymienieni mogliby patrząc w lustro przyznać szczerze, czy dawali z siebie wszystko drużynie, zwłaszcza kiedy przychodziło jej się bronić, czyli, ekhem, stanowczo zbyt często – ale ostateczną odpowiedzialność za ich zmotywowanie zawsze ponosi trener).

To też już kiedyś napisałem: Daniel Levy uczy się na błędach. Od tylu lat marzył o trenerze-celebrycie i kiedy w końcu było go na niego stać, spełnił swoje marzenie, ale teraz na powrót przyszedł do używania rozumu. Cenę zapłacił wysoką, może jednak spodziewane zyski z superligi sprawią, że nie będzie aż tak wysoka – i nawet perspektywa skończenia sezonu w środku tabeli Premier League nie wydaje się go przerażać. Jeśli obawiał się furii fanów w związku z dołączeniem do grupy rozłamowców w europejskiej piłce, jednym gestem zapewnił sobie także ich przychylność, bo zaprawdę: największym szczęściem Levy’ego i Mourinho było w ostatnich miesiącach to, że nie musieli się konfrontować z kibicami, zmuszonymi do oglądania tego, co jeszcze tak niedawno było ich ukochaną drużyną, z wysokości trybun. Obawy prezesa przed reakcją powracających na stadion fanów były jednym z powodów, które – zdaniem dziennikarzy The Athletic – skłoniły Levy’ego do bardziej zdecydowanych działań; cieszę się, że podnosiłem tę kwestię, podobnie jak i tę, że piłkarze narzekali na niską intensywność treningów oraz nadmierne skupienie w ich trakcie na rywalu. Nie żebym był znowu taki mądry – po prostu był to problem Mourinho w każdym kolejnym klubie, gdzie zamiast myśleć o wyrażeniu się na boisku jego podopieczni obawiali się raczej, że mogą zrobić coś nie tak. I gdzie jeśli drużynie przestawało się wieść, winni zawsze byli zawodnicy, nigdy trener.

Mimo wszystko jednak: siedemnaście miesięcy zleciało naprawdę szybko. Mourinho zostawia podzieloną szatnię, ale nie jest to jednak spalona ziemia po trzech latach nieustannych turbulencji. Ryanowi Masonowi, mającemu poprowadzić drużynę do końca sezonu – jako wychowankowi klubu i człowiekowi, którego karierę przerwała straszliwa kontuzja, a zarazem jednemu z ulubieńców Maurucio Pochettino – kibice przebaczą każdy błąd i każdą porażkę, w przekonaniu, że nawet jeśli powinie mu się noga, w wakacje może przyjść kolejny, oby lepszy szkoleniowiec niż José Mourinho. A w ciągu najbliższych paru dni przed finałem Pucharu Ligi powtarzać sobie będą opowieść o tym, jak to tymczasowy trener Roberto di Matteo wygrywał z Chelsea Ligę Mistrzów. Mourinho? Niechże już sobie idzie do Chin, gdzie dostanie jeszcze lepsze pieniądze niż w północnym Londynie, doprawdy nie będziemy mu żałować.

Stary ze mnie dureń, nic na to nie poradzę, ale napiszę i to: dawno nie czekałem na kolejny mecz swojej drużyny z taką ekscytacją.

Inny trener

Z pozytywów: Daniel Levy widział to na własne oczy z wysokości stadionowej loży. A że pisałem już kiedyś, iż prezes Tottenhamu uczy się na błędach, wierzę, że naprawi i ten związany z zatrudnieniem José Mourinho.

Sprawa jest przecież prosta jak konstrukcja cepa. 11 kwietnia 2021 r. sezon Tottenhamu można by spokojnie uznać za skończony, gdyby nie cień cienia nadziei na wygraną z Manchesterem City w finale Pucharu Ligi, będącą doprawdy – nawet w przypadku sukcesu – niczym więcej niż alibi, by nie rzec: listkiem figowym, bo finansowych strat związanych z niezakwalifikowaniem się do przyszłorocznej Ligi Mistrzów oraz zdecydowanie przedwczesnym odpadnięciem z tegorocznej Ligi Europy zrównoważyć nie zdoła. W co jak w co, ale w portfel Levy potrafił patrzeć zawsze i umiał kalkulować. Zatrzymywanie tego trenera nie kalkuluje mu się w żaden sposób i jedyna nadzieja, że podpisując z Portugalczykiem kontrakt, zapisał także klauzulę o mniejszej odprawie w przypadku, gdyby zwalniany nie zdołał wywalczyć z drużyną miejsca w pierwszej czwórce.

Zważcie, że piszę wyłącznie o finansach. O tym, jak z miesiąca na miesiąc piłkarze Tottenhamu, będący w kiepskiej formie (Dier, Sanchez, Regulion, Doherty) albo trzymani poza składem (Winks, Dele, Bergwijn), tracą na wartości. O tym, że ci, którzy nie zawodzą – ze stanowiącym największy symboliczny i ekonomiczny kapitał klubu Harry’m Kane’em na czele – doprawdy nie mają żadnych argumentów, by myśleć o pozostawaniu w północnym Londynie na przyszły rok. Kariera piłkarza jest na tyle krótka, że trudno się dziwić komuś, kto uzna, iż szkoda jego czasu na wysłuchiwanie trenera tak już niedzisiejszego, a przy tym, jeśli tylko coś idzie nie tak – obwiniającego wszystkich dookoła, z podwładnymi na pierwszym miejscu.

Nie piszę więc o aspekcie sportowym, nie piszę o taktyce, nie piszę o tym, czy grę Tottenhamu da się oglądać, nie piszę o atmosferze w drużynie. Nie piszę o tym, że kiedy Mourinho woła kogoś z ławki i wprowadza na boisko, to każdy ze zmienników – poza Lamelą, jak zwykle – sprawia wrażenie niezainteresowanego tym, czy jego zespół wygra, czy nie. Nie piszę o tym, że od tygodni szkoleniowiec Tottenhamu nie może się zdecydować, z jakich piłkarzy zestawi linię obrony, przy czym najlepszego i najbardziej doświadczonego stopera, czyli Toby’ego Alderweirelda, od jakiegoś czasu trzyma poza składem (ubiegłotygodniowe tłumaczenia Mourinho, że Belg wrócił spóźniony z meczów reprezentacji i nie zrobił na czas testu covidowego, były oczywiście bałamutne, bo na filmach z treningów przed meczem z Newcastle widać, że brał w nich czynny udział). Nie piszę o tym, że – tak ponoć starannie pracujący z piłkarzami nad przygotowaniem do meczu niemal głównie pod kątem analizy rywala – dopuszcza do tego, by trzy bramki dla Manchesteru United w tym meczu (liczę w tych trzech nieuznanego gola Cavaniego, bo był bardzo podobny do kolejnych) padły po identycznym błędzie, związanym z ustawieniem pułapki ofsajdowej. Nie piszę o łatwości, z jaką w drugiej połowie meczu goście rozgrywali piłkę na połowie Tottenhamu i o tym, że znów jedynym pomysłem gospodarzy na obronę jednobramkowego prowadzenia było wyprowadzenie kontry. Nie piszę o tym, że w ataku pozycyjnym ta drużyna jest bezradna. Że niemal każdy z jej piłkarzy – ale w dzisiejszym meczu za przykład dajmy Diera i Lo Celso – świetne zagrania, udane bloki, ofiarne wślizgi i dobre podania, przeplata z zagraniami wyjątkowo nieudanymi. Że kiedy przychodzi bronić prowadzenia, Mourinho zapomina o tym, iż najlepszą obroną jest atak, oraz o przepisie, który Mauricio Pochettino tym piłkarzom wpajał z powodzeniem: że „zabijanie meczu” polega na strzeleniu rywalom kolejnych bramek, a nie na cofnięciu się i liczeniu na to, że jakoś się uda dojechać do końca. Ileż to razy oglądaliśmy w ostatnich tygodniach i miesiącach? West Ham, Crystal Palace, Wolverhampton, Fulham, Arsenal, Newcastle, żeby już nie wspominać meczów w Europie…

Nazwisko Pochettino wspominam oczywiście nieprzypadkowo: kiedy w ubiegłą niedzielę, zapytany przez dziennikarzy, dlaczego w Tottenhamie przestało mu wychodzić coś, z czego tak zawsze słynął, a mianowicie dowożenie korzystnych wyników, José Mourinho zechciał odpowiedzieć: „Ten sam trener, inni piłkarze”, nie mogłem nie pomyśleć, że ci sami piłkarze pod innym trenerem dowozili korzystne wyniki znakomicie. Że chciało im się chcieć i że przez wiele lat się rozwijali: i indywidualnie, i jako drużyna zaprawiona w pressingu, w grze pozycyjnej, w utrzymywaniu się przy piłce, owszem: także w kontrowaniu. Porażające jest to, że pod Mourinho próby pressingu są tak chaotyczne i niekonsekwentne, a o grze pozycyjnej dawno zapomniano. I że o ile po pierwszej połowie to piłkarze Solskjaera mieli powody do nerwowości (po pierwsze z powodu decyzji VAR, po drugie z powodu utraty gola, a po trzecie – liczby żółtych kartek), na drugą połowę wychodzili spokojni i pewni swego. Ciekawe, czy Norweg powiedział im w przerwie: „Lads, it’s Tottenham”.

Żeby było jasne: nie tęsknię już za powrotem do czasów Pochettino, kryzys formy w ostatnich miesiącach pobytu Argentyńczyka w Londynie był ewidentny. Nie mogę tylko przeboleć, że prezes postanowił go zastąpić tak niepasującym do klubowego etosu José Mourinho. Widzieliśmy to w filmie „All for nothing”: jedynym, na którego działał czar Portugalczyka, był właśnie Daniel Levy. I jeśli oglądając dzisiejszy mecz z wysokości stadionowej loży nie wyciągnął wniosków, to zaprawdę powiadam wam: marny nasz kibicowski los.

PS. Jak już wczoraj pisałem: idzie nowa książka. Premiera „Światła bramki” 2 czerwca, ale już dziś można je zamawiać z doprawdy gigantycznym rabatem w przedsprzedaży na Empik.com lub w księgarni Znaku

Derby, czyli kto się schował

Czasami futbol jest zwyczajnie sprawiedliwy. Prawdą jest, że bramka tego szaleńca Lameli była arcydzielna, prawdą jest, że w końcówce Arsenal uginał się przy niemal każdym ataku grającego przecież już wtedy w dziesiątkę Tottenhamu – ale to tym mocniej pokazywało, że przy innej wyjściowej strategii na ten mecz gospodarze mogli być do ogrania. I nie, nie ma tu sensu zasłanianie się kontuzją ewidentnie zbyt rzadko rotowanego w tym sezonie Sona albo dyskutowanie nad tym, czy powinien być karny dla Arsenalu, czy nie. Od pierwszej minuty to Kanonierzy grali w piłkę, byli szybsi, stwarzali sobie kolejne sytuacje i mieli powody czuć się coraz pewniej i pewniej. W środku pola Ndombele zanotował jeden z najsłabszych występów w tym sezonie, a i Hojbjerg nie nadążał za biegającymi wokół przeciwnikami, na prawej stronie pozbawiony wsparcia Bale’a Doherty gubił się pod naciskiem Tierneya i najlepszego na boisku Smitha-Rowe’a, nie było pressingu, nie było wygrywania drugich piłek, nie było prób przyspieszenia gry po stracie rywali, nie było współpracy zawodników teoretycznie ofensywnych z Kane’em, zaprawdę: nic a nic nie wskazywało na to, że ambicją tej drużyny jest walka o powrót do Ligi Mistrzów.

Albo inaczej: ambicją trenera tej drużyny była walka o powrót do Ligi Mistrzów na jego własnych warunkach. Czyli piłkarzami głęboko cofniętymi na własną połowę, niezawracającymi sobie głowy czymś takim jak posiadanie piłki i czyhającymi na okazję do kontry – okazję, która wszakże jakoś nie następowała. O tym, jaki potencjał marnuje José Mourinho, przekonaliśmy się dopiero w ciągu ostatniego kwadransa, kiedy niemający już nic do stracenia zawodnicy Tottenhamu rzucili się do odrabiania strat w dziesiątkę – i oddali cztery ze swoich sześciu strzałów w tym meczu, z których zarówno trafienie Kane’a w słupek po rzucie wolnym, jak i dobitka Sancheza mogły doprowadzić do wyrównania. Po czwartkowym meczu w Lidze Europy Portugalczyk mówił wprawdzie dziennikarzom na pytanie o strategię, jaką zamierza obrać w derbach, że nie zamierza oglądać się za siebie, w domyśle: na zespół, który traci do jego podopiecznych siedem punktów w tabeli, ale potem przygotował swoich piłkarzy tak, jakby reprezentowali beniaminka mającego wyjść na boisko mistrza kraju. Przecież to był Arsenal, do cholery, Arsenal w trakcie nieudanego sezonu, mający w dodatku świeże kłopoty dyscyplinarne z odesłanym na ławkę za złamanie reguł covidowych Aubameyangiem…

Tak, wiem, słuchałem pomeczowych wypowiedzi Portugalczyka, i nic a nic mnie one nie zdziwiły. Kiedy mówił, że ważni dla tej drużyny piłkarze się „chowali” (Bale’a miał na myśli? A może Ndombele? Obu?), przypominała mi się postawa, którą jakże często obierał w poprzednich klubach, jeśli już nie winił sędziów, trenerów rywali czy terminarza rozgrywek: winił swoich piłkarzy. Nigdy siebie. Piłkarze Tottenhamu „chowający się” przed derbami północnego Londynu? Kiedy ostatni raz słyszeliście o takim zjawisku?

Tak, wiem, jestem nieobiektywny. Od chwili zatrudnienia José Mourinho nie kryłem sceptycyzmu związanego z tą decyzją Daniela Levy’ego, powodowany nie tylko sentymentem do poprzednika, ale i poczuciem, że ta metoda wygrywania meczów, jaką wyznaje Portugalczyk – metoda nazywana, najkrócej mówiąc, futbolem reaktywnym – już dobrych parę lat temu przestała być sposobem na sukces. Nie z tymi piłkarzami, nie w tym klubie takie numery – w klubie, w którym tak, jak w ciągu ostatniego kwadransa z Arsenalem, powinno się przecież grać od pierwszej minuty każdego meczu.

Fortuna sprzyja odważnym. Jeśli dzisiaj sprzyjała gospodarzom w ostatnim kwadransie – była to premia za ich odwagę od pierwszej minuty meczu.