Archiwa tagu: Tottenham

Zwyczajny finał Wyjątkowego

Z punktu widzenia dziennikarza piszącego na szybki dedlajn był to mecz wymarzony: w zasadzie po godzinie gry mógł mieć gotowe sprawozdanie – w dodatku sprawozdanie, które dałoby się sklecić z pokaźnej liczby relacji z wcześniejszych spotkań drużyn prowadzonych przez Jose Mourinho. Właściwie o jedno tylko można się spierać: o to, kto był autorem drugiej bramki dla Chelsea – czy zaliczyć ją Diego Coście, jak zapisano w protokole meczowym, czy uznać, że był to samobój Kyle’a Walkera, jak być może orzeknie w ciągu najbliższych dni panel rozstrzygający w Anglii takie kwestie. O ile zdążyłem zauważyć, piłka po uderzeniu Hiszpana nie szła w bramkę, być może Costa myślał raczej o dośrodkowaniu, słowem: gdyby nie udział obrońcy Tottenhamu, gola by nie było.

Być może zresztą nie byłoby także pierwszego gola, gdyby nie uraz tego samego Walkera odniesiony kilka minut wcześniej. Do momentu kontuzji, po której Anglik przez kilka minut ewidentnie utykał i wydawało się, że nie dotrwa do przerwy, niemal nic nie zakłócało spokoju graczy Tottenhamu (niemal, bo również przed lekkomyślnym faulem Chadliego, po którym padł gol Terry’ego, można było odnieść wrażenie, że faulują zbyt często i zbyt blisko bramki Llorisa), a kiedy prawy obrońca był opatrywany, w szeregi zespołu Mauricio Pochettino wyraźnie wkradł się lęk. Na tym chciałbym jednak zakończyć frazy zaczynające się od „być może” (być może gdyby Eriksen trafił z wolnego nie w poprzeczkę, a kilka centymetrów niżej…, być może gdyby do przerwy było 0:0…, być może gdyby zamiast Chadliego grał Lamela…, być może gdyby nie czwartkowe spotkanie we Florencji…): tak naprawdę zwycięstwo Chelsea było niekwestionowane, a nawet to, że w pierwszej połowie więcej z gry miał Tottenham, wynikało raczej ze strategii, jaką tradycyjnie w meczach o podobną stawkę przyjmuje Jose Mourinho – najpierw zabezpieczenia tyłów, potem czyhania na kontrę lub na stały fragment. Wbrew spektakularnym gestom radości, których nie szczędził nam ani w trakcie, ani po meczu, był to dla Wyjątkowego zwyczajny finał – zakończony zwycięstwem. Czytaj dalej

Północny Londyn, czas zmian

A gdybym znalazł w dzisiejszych gazetach analizy porównawcze problemów, które trapią Arsenal i Tottenham (tak, tak, przy pełnej świadomości dysproporcji między tymi dwoma zespołami: jedni od lat w Lidze Mistrzów, drudzy bezskutecznie się do niej dobijają; jedni zaczynają sezon mierząc w mistrzostwo, drudzy w czwarte miejsce), to tyleż bym się nie zdziwił, co miałbym ochotę pisać polemiki.

Nie zdziwiłbym się, bo porównania narzucają się same: obie drużyny poniosły właśnie bolesne klęski w Europie i obie na własne życzenie. W obu łatwo wskazać winowajców: nieskutecznych Soldado i Giroud, rozkojarzonych i nieruchawych Mertesackera i Fazio (Vertonghena bym mimo wszystko oszczędził, choć podarował Fiorentinie drugą bramkę). W obu kwestionować można decyzje trenerów: w przypadku Wengera zbyt otwartą taktykę, umożliwiającą rywalowi przeczekanie pierwszej presji i znalezienie przestrzeni do wyprowadzenia szybkiego ciosu, przy kompletnym braku asekuracji; w przypadku Pochettino zbyt dużą rotację w składzie, a zwłaszcza pozostawienie na ławce rezerwowych Kane’a, Walkera, Masona czy Dembele. Mówił przed meczem Wenger, że Monaco jest jak niebezpieczny gad, który zaczaja się gdzieś w zaroślach gotów, by zabić – ale jego piłkarze wyszli na boisko, jakby mieli wypędzać żaby z kałuży leżącej pośrodku drogi. W pierwszej połowie spotkania w Londynie Fiorentina gubiła się przy szybkiej grze Kogutów, wczoraj jednak akcje Tottenhamu toczyły się zbyt jednostajnie – spowalniane w środku pola przez grzejącego zwykle ławę Stamboulego. Czytaj dalej

Tottenhamu powrót na ziemię

To był o jeden mecz za dużo. Widać było po niedokładnym Eriksenie, po spóźnionych wślizgach (nie tylko przecież Danny’ego Rose’a) i po podaniach pod nogi rywali (Bentaleb i Mason, stwarzający w pierwszej połowie wyborne okazje Sturridge’owi), a także po odpuszczeniu pressingu w drugiej połowie i błędach Llorisa w pierwszej, że w spotkanie z Arsenalem, i w ogóle w cały ten szalony kalendarz spotkań od okresu świątecznego, włożono zbyt wiele. Może gdyby mecz odbywał się jutro, może gdyby Mauricio Pochettino zdecydował się na wprowadzenie kilku piłkarzy, którzy z Arsenalem odpoczywali (Chadli? Fazio? Townsend? Stambouli – tego ostatniego, być może z powodu kontuzji, brakowało nawet na ławce, a z pewnością przydałby się, żeby zmienić zmęczonego Masona), wyglądałoby to inaczej. Czytaj dalej

Tottenham: czas na zmianę narracji

Well, well, well. Trzy, a właściwie jedno, tylko trzykrotnie powtórzone, słowo Salmana Rushdiego w reakcji na zwycięstwo Tottenhamu nad Arsenalem ostudziło moje zapędy do zamiany tego bloga w „Zeszyty Literackie”. To zwycięstwo godne jest pieśni, myślałem sobie najpierw, albo ody czy hymnu, sonetu czy panegiryku, o ile wręcz nie sielanki. „Balladę o Harrym” zaczynałem już układać, ale autor „Szatańskich wersetów”, z którym jedną przebili mnie drużyną, ostudził moje zapędy za pomocą jednego wpisu na Twitterze. Well, well, well, było to niezwykle przyjemne. Z drugiej strony choćby patrząc na tabelę widać, jak niewiele się zmieniło. Następnego meczu boję się tak samo jak tego. Nie wierzę w awans do Ligi Mistrzów, zwycięstwo w Lidze Europejskiej czy Pucharze Ligi. Jestem przekonany, że ktoś kiedyś – raczej szybciej niż później – znajdzie sposób na Kane’a, zwłaszcza że gołym okiem widać, ile ten chłopak ma wciąż braków, zarówno jeśli idzie o przyjęcie piłki, jak wychodzenie na pozycję (wczoraj na spalonym znalazł się aż czterokrotnie). Pamiętam też, jak niefortunny wślizg Vertonghena tuż przy linii środkowej dał gościom okazję do kontrataku zakończonego bramką Ozila, albo jak nikt nie pilnował Koscielnego, gdy w drugiej połowie główkował po rzucie rożnym.

Ale co tam, wygrane Tottenhamu nad Arsenalem nie zdarzają się często. Chwilo, trwaj. Czytaj dalej

Książę Danii

Teraz, kiedy zostaliśmy sami, możemy porozmawiać, umiłowany współbracie w cierpieniu, które wiąże się z kibicowaniem Tottenhamowi. Porozmawiać o tym, że czas się powoli żegnać z Eriksenem.

Za jakieś pół roku, niedługo po tym, kiedy kilka kolejek przed końcem sezonu okaże się, że awans do Champions League i tym razem jest nieosiągalny, prezes Levy zapewne zdoła odeprzeć transferowe zakusy któregoś z europejskich gigantów, ale za półtora roku rozstaniemy się z całą pewnością. Pieniądze, jakie za niego zapłaciliśmy Ajaxowi (marne 11 milionów funtów) oczywiście się zwrócą wówczas z nawiązką, kto wie, może prezes wydusi za młodziutkiego wciąż Duńczyka nawet powyżej 50 milionów, ale sumy transferowe nie będą w stanie osłodzić gorzkiego smaku pożegnania z kolejnym po Bale’u piłkarzem, który potrafił w pojedynkę wygrać mecz, albo kolejnym po Modriciu, który poruszał się po boisku z taką swobodą i klasą, często schodząc z lewej strony do środka, kreując dla kolegów kolejne okazje (jest w czołówce najlepszych w Premier League, jeśli idzie o podania kluczowe), i potrafiąc równocześnie pracować w pressingu, walczyć o odbiór i biegać – prawie najwięcej lub najwięcej na boisku (w 16 na 22 spotkania Premier League), i to aż do samego końca. To już czwarty mecz, po spotkaniach z Hull, Swansea i Sunderlandzie, o którym rozstrzyga bramka zdobyta przez niego w końcówce. Czytaj dalej

Tottenham w czasie teraźniejszym

1. Najprościej byłoby pewnie spróbować załatwić rzecz jakimś żartem, powiedzieć na przykład, że prawdziwą wartość drużyny Mauricio Pochettino zweryfikuje już we środę Burnley, a w sobotę Crystal Palace (co zresztą zawsze może się okazać boleśnie prawdziwe). Albo przypomnieć któryś z przegranych na tym stadionie meczów z wcześniejszej fazy sezonu, ze Stoke, West Bromwich albo z Newcastle. Zauważyć, że rzeczy, które niepokoiły w ich trakcie, dotyczące kwestii naprawdę elementarnych, jak choćby właściwe przygotowanie do rozegrania meczu, bynajmniej nie zniknęły (kiedy Newcastle szykowało się już do rozegrania zabójczej akcji natychmiast po wznowieniu gry, piłkarze Tottenhamu sznurowali jeszcze buty, poprawiali getry i gawędzili ze sobą; dziś zanim za kontuzjowanego Masona wszedł Dembele, trzeba było grać w dziesiątkę przez pięć minut, a Belg w tym czasie dopiero zakładał ochraniacze, wciągał koszulkę itd.). Powiedzieć, że błąd Fazio przy prostym wyprowadzaniu piłki, przy stanie 4:1, był skandaliczny – i że nie był to pierwszy taki błąd tego obrońcy w tym sezonie, ba: nawet w tym meczu, w 25. minucie, jego podobna strata zakończyła się minimalnie niecelnym strzałem Oscara. Wtrącić przy okazji coś o stracie Bentaleba, po której Fazio desperacko powstrzymał akcję Hazarda. Marudzić na serię dogodnych sytuacji, jakie miała Chelsea zarówno przy stanie 4:2 (strzał Azplicuety, obroniony przez Llorisa), jak 5:2 (zanim trafił Terry, były okazje Ramiresa, Costy i Ivanovicia). Lękać się, że forma przyszła za wcześnie i że długo grać w tym tempie nie będzie się dało (zwłaszcza, że oprócz Premier League są jeszcze puchary – dla Tottenhamu mecz z Chelsea był już 31. w sezonie); wspomnieć na przykład, że u drużyn mistrza Mauricio Pochettino, Marcelo Bielsy, kryzys przychodzi zwykle późną wiosną. W ogóle znaleźć jak najwięcej dziur w całym, żeby na koniec sezonu, kiedy znów do miejsca czwartego zabraknie punktu czy dwóch, nie cierpieć nadmiernie. Jeszcze w trakcie meczu Rafał Stec zacytował mi zdanie z książki „Futbol jest okrutny” „okropnie źle znoszę moment, w którym moja drużyna wychodzi na prowadzenie – kiedy za chwilę je straci, będzie bardziej bolało” – w tym przypadku chodziłoby o rozciągnięcie chwili na kilka, góra kilkanaście tygodni. Czytaj dalej

Połowa MU, połowa Tottenhamu

W drugiej połowie nie chodziło o futbol – chodziło o przetrwanie”, powiedział Louis van Gaal po meczu Tottenham-MU i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zdanie to opisywało nie tylko drugą połowę spotkania z White Hart Lane, ale całą w gruncie rzeczy kolejkę, rozegraną zaledwie dwie doby po poprzedniej i pełną nieoczekiwanych wyników, z których najbardziej zdumiewający był oczywiście remis Manchesteru City na własnym boisku z Burnley. „Jest naukowo dowiedzione, że pełna regeneracja w okresie 48 godzin jest niemożliwa” – kontynuował Holender, przypominając, że FIFA i UEFA wykluczają możliwość grania co dwa dni, choć z drugiej strony to przecież jego decyzją było wystawienie dokładnie tej samej wyjściowej jedenastki po upływie zaledwie 43 godzin od zakończenia poprzedniego meczu (w historii MU zdarzyło się to po raz pierwszy od października 2012 – przez 85 kolejek kolejni menedżerowie Czerwonych Diabłów nie wahali się rotować składem). Dla porównania: Mauricio Pochettino wymienił czterech piłkarzy, a piąty, Benjamin Stambouli, grał w meczu z Leicester tylko jedną połowę – nic dziwnego, że z każdą minutą drugiej połowy przewaga Tottenhamu stawała się coraz wyraźniejsza; gospodarze po prostu byli w stanie biegać, gdy goście już tylko człapali.

strzalymutottfirsthalfCo nie zmienia faktu, że po pierwszych 45 minutach Manchester United mógł prowadzić nawet pięcioma bramkami: gospodarzy ratowały słupek, poprzeczka, minimalny spalony, a przede wszystkim doskonały Hugo Lloris, broniący strzały Younga, Falcao czy Rooneya oraz powstrzymujący będącego już sam na sam z nim van Persiego (załączony obrazek to wszystkie uderzenia MU z pierwszej połowy). Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że na tle wymagającego bądź co bądź rywala było to najlepsze 45 minut MU, jakie oglądałem w tym sezonie. Działało wszystko: trójka obrońców (jeszcze) nie popełniała błędów, Valencia i Young jako cofnięci skrzydłowi siali spustoszenie po obu stronach boiska, w środku Carrick ograniczał przestrzeń Eriksenowi, a Mata z Rooneyem dosłownie sterroryzowali Stamboulego i Masona. Wszystko, co działo się w środkowej strefie MU, było przedniej marki: rozciągające grę podania Maty i rajdy w poszukiwaniu przestrzeni między polami karnymi Rooneya, podania do napastników i ich zdolność do uwalniania się spod krycia Vertonghena czy Fazio – zabrakło jedynie goli.

Jako się rzekło jednak w drugiej połowie Tottenham zdołał przejąć kontrolę nad meczem – i tu z kolei należałoby może mówić o najlepszych 45 minutach gospodarzy w tym sezonie na tle wymagającego bądź co bądź rywala. O założonym wyżej pressingu, kolejnych odbiorach na połowie MU, a po przejściu gości na ustawienie 4-4-2 – już totalnej dominacji podopiecznych Mauricio Pochettino; gdyby Ryan Mason wykorzystał doskonałe podanie Kane’a albo gdyby Eriksen zdołał przyjąć długą piłkę za plecami obrońców MU (ewentualnie gdyby sędzia podyktował karnego za to, jak Rooney sprowadził Kane’a do parteru przy jednym z rzutów rożnych), odwrócenie ról mogło być całkowite.

kanemuWarto w tym kontekście wspomnieć o przygotowaniu fizycznym piłkarzy Tottenhamu. Mecz z MU był już ich trzydziestym spotkaniem w tym sezonie: 19 razy grali w Premier League, 3 razy w Pucharze Ligi i 8 razy w Lidze Europy, co wiązało się z podróżami do Grecji, Turcji, Serbii czy na Cypr. Dla porównania – goście mają za sobą dopiero 20 meczów (19 w Premier League i jeden w Pucharze Ligi); dziesięć spotkań mniej, średnio o dwa miesięcznie, a jaka różnica w świeżości… Nie wiem, oczywiście, czy podopieczni Pochettino nie spuchną w kwietniu, jak to zdarzało się w przeszłości drużynom mentora trenera Tottenhamu, Marcelo Bielsy – na razie jednak w każdym meczu biegają dużo więcej od rywali, a najlepszym symbolem ich, by użyć ulubionego słowa argentyńskiego trenera, „filozofii”, może być Harry Kane, nieustannie zbiegający do boków w oczekiwaniu na podania, próbujący rozpoczynać pressing na bramkarzu i obrońcach rywala, ale także świetnie podający kolegom (trzy wykreowane sytuacje; zobaczcie obrazek). Na puentę powiedzmy zatem, że Tottenhamowi do końca chodziło o futbol; kwestia przetrwania stanie na porządku dziennym w Nowy Rok podczas meczu z Chelsea.

Tradycyjna porażka

Owszem, ostatni raz wygrali mecz ligowy na Stamford Bridge w 1990 roku, kiedy aż sześciu piłkarzy obecnej wyjściowej jedenastki jeszcze nie było na świecie. Owszem, przegrali jak zwykle w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Tym razem jednak nie mam ochoty z nich szydzić ani nie wstydzę się za nich. Była w tym meczu walka, była myśl trenerska, przez pierwsze dwadzieścia minut realizowana z zaskakującym powodzeniem.

Nie zamierzam się oczywiście przesadnie rozwodzić nad tymi dwudziestoma minutami – a zwłaszcza nad minutą trzecią, w której grający wówczas wysokim pressingiem goście odebrali Chelsea piłkę, Mason odegrał na skrzydło, skąd poszło dośrodkowanie na głowę Kane’a, którego strzał ominął wprawdzie Courtois, ale zatrzymał się na spojeniu słupka z poprzeczką. Faktem jest, że gola nie było, podobnie jak kilka minut później po kolejnym odbiorze na połowie rywala i minimalnie niecelnym uderzeniu Harry’ego Kane’a. Tottenham grał szybciej niż w poprzednich spotkaniach, swobodnie wymieniał piłkę, a nade wszystko: odbierał ją i wyprowadzał groźne kontry. To było to, o czym mówił Pochettino od początku sezonu – było, ale się skończyło.

Poza Chirichesem na prawej obronie (pilnować Hazarda – misja niemożliwa, ale przecież wracający po ponadrocznej przerwie Walker rozegrał dopiero godzinę w meczu młodzieżówki, a Naughton i Dier nie poradziliby sobie lepiej; Rumun przynajmniej dośrodkowywał w pole karne Courtois), trudno mieć wątpliwości co do doboru i ustawienia drużyny. Wychowankowie: Kane, Mason, Bentaleb walczyli do upadłego. Nawet przy niekorzystnym wyniku goście pokazywali się z dobrej strony, cierpliwie wydziergując swoje kolejne akcje, a Jose Mourinho mówił po meczu, że wynik był dla rywala zbyt surowy. Problem w tym, że wszystkie gole dla Chelsea padły po indywidualnych błędach piłkarzy Tottenhamu. Przy pierwszym Hazarda nie upilnowali Lennon z Chirichesem, Drogba fantastycznie zastawił się przed Fazio i odegrał piłkę koledze, a Lloris przepuścił uderzenie Belga. Przy drugim Lloris wykopał piłkę wprost pod nogi Hazarda, który oddał ją Oscarowi, ten zaś Drogbie. Przy trzecim przegrana rywalizacja Vertonghena z Remym w polu karnym była wręcz komiczna.

Użalanie się nad sekwencją wydarzeń między 19 a 22 minutą (przy dwubramkowym prowadzeniu Chelsea sprawę należało uznać za definitywnie zamkniętą) mija się oczywiście z celem. Lepiej po prostu oddać sprawiedliwość ekipie Mourinho. Po pierwsze, zachwycając się jej pracowitością, organizacją gry obronnej i skutecznością pressingu (napatrzeć się nie mogłem na to, jak między obrońcami i pomocnikami Tottenhamu uwija się Willian, a przecież statystyki defensywne nabijali wszyscy gracze drugiej linii, z Fabregasem włącznie; tego, że Matić będzie miał sześć przechwytów i sześć wybić, mogliśmy się spodziewać, ale pozostali nie byli gorsi). Po drugie, zachwycając się jej skutecznością: kiedy już miała dobre sytuacje, to je po prostu wykorzystała. Po trzecie, doceniając jej możliwości manewru: zawieszonego za pięć żółtych kartek Diego Costę zastąpił dziś Drogba, strzelił bramkę i zszedł, więc w jego miejsce pojawił się Remy, który również zdobył gola; w przerwie Cahilla zastąpił Zouma i również zaprezentował się dobrze.

Od tygodni szkoleniowcy drużyn przeciwnych szukają sposobów na rozmontowanie tej nienagannie funkcjonującej maszyny – i od tygodni obchodzić się smakiem. Od tygodni wszyscy powtarzają, że sprawa mistrzostwa Anglii jest przesądzona – pytanie tylko, czy w marszu po tytuł Chelsea przegra jakiś mecz i czy przebije barierę stu punktów.

Soldado saudade

532 minuty bez gola, a wciąż gra, i to w pierwszym składzie – nie można powiedzieć, żeby trener nie był cierpliwy. 65 minut we wczorajszym meczu Ligi Europy z Partizanem, naznaczonych kolejnymi pudłami w naprawdę dogodnych sytuacjach (w pierwszej połowie wystarczyło przyłożyć nogę do dośrodkowania, w drugiej – przenieść piłkę ponad bramkarzem w sytuacji sam na sam po świetnym podaniu Lennona; nawet w akcji, która ostatecznie zakończyła się golem Stamboulego, Francuz musiał dobijać strzał Hiszpana, który trafił w słupek), a trybuny znów zgotowały mu owację na stojąco – nie można powiedzieć, żeby kibice nie byli cierpliwi. Tylko media są bezlitosne, ale może trudno im się dziwić: Roberto Soldado kosztował Tottenham 26 milionów funtów i w ciągu półtora roku w 47 meczach zdobył tylko 13 bramek, z czego zaledwie sześć w Premier League – i aż cztery z tych sześciu z rzutów karnych. W tym sezonie zdarzyło mu się spudłować także z karnego, zresztą w kluczowym momencie meczu z Manchesterem City (gdyby strzelił, z 2:1 zrobiłoby się 2:2, piłkarze Mauricio Pochettino po raz drugi w tym spotkaniu odrobiliby straty i kto wie, co byłoby dalej). Jeśli pobieżnie przejrzeć agencje fotograficzne, będą w nich dominowały obrazy zawodnika kryjącego twarz w dłoniach, kręcącego głową z niedowierzaniem, klęczącego i walącego pięścią w murawę po kolejnej niewykorzystanej sytuacji. Co się stało z Hiszpanem, który podczas 101 meczów w Valencii strzelił aż 59 bramek, a doliczając występy w Getafe w czterech kolejnych latach zdobywał co najmniej 20 goli na sezon? Dlaczego w Anglii wciąż mu nie idzie? Czy na jego karierze w Tottenhamie trzeba już położyć krzyżyk, a Mauricio Pochettino spróbuje w styczniu kolejnego zajazdu na Southampton, skąd wyciągnął właśnie cenionego szefa skautów Paula Mitchella, i kupi Jaya Rodrigueza?

Istnieje oczywiście odpowiedź banalna i często w takich razach powtarzana: wielu napastników w trakcie udanej skądinąd kariery wpada do podobnego dołka. Starają się, jak mogą, dochodzą do pozycji, strzelają, ale nic z tego nie wynika. Przechodzą trudne chwile w życiu prywatnym (żona Soldado niedawno poroniła), nie sprzyja im chaos w klubie (w ciągu krótkiego wszak pobytu w Londynie Hiszpan pracuje już z trzecim trenerem). W przypadku Soldado długo można było zresztą mówić, że poza pechem przed bramką gra dobrze: że znakomicie uczestniczy w rozegraniu, że widzi więcej niż np. Adebayor i jest o niebo lepszy technicznie niż Kane (ten zdecydowanie do dołka nie wpadł, przeciwnie: udaje mu się wszystko…). Że asystuje przy golach kolegów (pięć razy w w poprzednim sezonie), i to nieraz na sposób wizjonerski: wciąż mam przed oczami, jak podaje do Adebayora w pierwszym meczu pod Timem Sherwoodem, z Southamptonem. Teraz widać jednak, że presja, jaka na nim ciąży – presja, żeby wreszcie do cholery coś strzelić – wpływa także i na ten aspekt jego gry. Polując na bramki, Soldado zaczyna się spieszyć: podejmuje złe decyzje i traci partnerów z oczu – w tym sezonie zanotował tylko jedną asystę.

Ale istnieje odpowiedź bardziej skomplikowana – że mianowicie system, jaki próbuje zaprowadzić w Tottenhamie Mauricio Pochettino (i jaki stosował również Andre Villas-Boas), nie sprzyja wydobyciu z Hiszpana tego, co najlepsze. W czasach pobytu w Valencii Soldado był lisem pola karnego, w wielu przypadkach po prostu dostawiając nogę do piłki zagranej ze skrzydła, czyhając na dobitki i błąd obrońców. W Tottenhamie, gdzie odwróceni skrzydłowi zazwyczaj schodzą do środka, a boczni obrońcy – Naughton i Rose – dośrodkowują fatalnie, gra skrzydłami szwankuje (zwłaszcza na White Hart Lane, które – jak wiadomo – jest jednym z węższych boisk w Premier League). Jako jedyny napastnik Soldado jest boleśnie izolowany, często gra tyłem do bramki i trudno mu wejść w pole karne (stąd tak często próbuje strzałów z dystansu). Owszem: próbuje wybiegać na pozycję, owszem: czeka na prostopadłe podania, ale zanim np. robiący kolejne kółeczko Dembele zdecyduje się zagrać piłkę w jego kierunku, obrońcy będą już tego świadomi i zdążą go odciąć od podania.

Mówiąc jeszcze inaczej: Soldado jest kiepski, bo cały Tottenham jest kiepski. Grajcie szybciej i szerzej, dajcie mu więcej podań, a zacznie strzelać bramki.

Mourinho nie mierzy w rekordy

1. Zabójcza prostota Chelsea

Tym razem niepotrzebne były „dwa autobusy”, które – wedle słów Brendana Rodgersa – Chelsea zaparkowało tutaj w maju. Niepotrzebny okazał się geniusz dryblingu Edena Hazarda, podobnie zresztą jak asysty grającego z kontuzją (co ujawnił po meczu Jose Mourinho) i uważnie pilnowanego przez Hendersona Cesca Fabregasa. Żeby doprowadzić do wyrównania po tym, jak Emre Can dość szczęśliwie strzelił bramkę dla Liverpoolu, wystarczył – jak to często bywa ostatnio w przypadku gry przeciwko drużynie Brendana Rodgersa – stały fragment gry; do strzelenia bramki zwycięskiej zaś – akcja, od której właściwie można by zacząć tekst o trenerskiej filozofii Jose Mourinho. Po odbiorze na własnej połowie Willian zagrał precyzyjne, kilkudziesięciometrowe podanie do pędzącego lewą stroną Azplicuety, który, tyleż przy pomocy techniki, co siły wyprzedził Coutinho i dośrodkował w pole karne, gdzie do piłki odbitej przez Mignoleta dopadł Diego Costa, który – znowuż – włożył w swój strzał tyleż techniki, co siły… Zabójcza prostota, z akcentem na „zabójcza”.

Oczywiście, że Liverpoolowi należał się karny po ręce (o ile nie dwóch…) Cahilla. Gdyby sędzia go podyktował, i gdyby Gerrard doprowadził do wyrównania, kontynuowalibyśmy pewnie dyskusję na temat Chelsea jako drużyny nie tak nieprzemakalnej, jak stereotypy o Mourinho każą myśleć. Ale sędzia ręki nie zauważył, Liverpool przegrał i po jedenastu kolejkach traci do lidera piętnaście punktów, my zaś zauważmy, że przez większą część spotkania goście kontrolowali sytuację, a Thibaut Courtois poza jednym strzałem Sterlinga nie miał właściwie okazji do poważnego bronienia. Mnie najbardziej podobała się praca Maticia w środku pola, inspirującego resztę kolegów do pressingu i pozbawiania chelseatacklesgospodarzy piłki jeszcze na ich połowie (zobaczcie podsumowanie samych wślizgów Chelsea); imponował także zapędzający się aż pod bramkę Liverpoolu Ivanović i kontrolujący własną strefę obronną Terry. Grę gospodarzy można, niestety, podsumować punktując kolejny słaby mecz Balotellego, wiele niecelnych podań Gerrarda, zagubienie w grze obronnej Lovrena (dlaczego nie Toure, skoro tak dobrze radził sobie przeciwko Realowi i skoro szansę otrzymał inny dobrze grający w Madrycie zawodnik – Can?) oraz zmianę Coutinho i Cana na Allena i Boriniego, która wywołała furię kibiców z The Kop. Mignolet robił, co mógł, próbując naprawić błędy kolegów przy rogu dającym Chelsea wyrównanie, ale jego ostatnie zagranie w meczu – próba podania, która zakończyłaby się rzutem rożnym dla gości, gdyby sędzia się nie zlitował i nie zakończył spotkania – również mogłoby robić za podsumowanie formy Liverpoolu w ostatnich tygodniach. W bodaj pięciu pomeczowych tekstach dziennikarzy angielskich znalazłem zdanie, że Brendan Rodgers nie wie ani tego, jaki jest jego najlepszy skład, ani tego, w jaką zestawić go formację.

Czy Chelsea zakończy sezon bez porażki? Zważcie, że na wyjazdach wygrali już z Liverpoolem i Evertonem, a z MU i MC zremisowali (w obu przypadkach będąc blisko wygranej). Zważcie też (nie potrafię o tym nie myśleć, kiedy słyszę od piłkarzy Tottenhamu, jak potrafi ich sparaliżować przypadkowo stracony gol…), jak kompletnie niespeszeni są podopieczni Mourinho w momencie, gdy rywal obejmuje prowadzenie. Ale w dyskusję o „niezwyciężonych” nie mam ochoty wchodzić – przecież nawet jeśli zdarzy im się potknięcie na boisku jakiejś Swansea czy QPR, nie powstrzyma to ich marszu po mistrzostwo. Jose Mourinho nie w śrubowanie rekordów mierzy – liczy się zabójcza prostota.

 

2. Czy Mata pozostanie rezerwowym

Patrząc na pracujących w defensywie Chelsea Oscara i Hazarda myślałem o Macie. Układałem bowiem w tych dniach, przyznaję z właściwą sobie szczerością, tekst o hiszpańskim rozgrywającym MU: o tym, dlaczego ostatecznie nie poszło mu w Londynie, mimo iż zanim do klubu przyszedł Mourinho dwukrotnie wybierano go tam piłkarzem roku, i dlaczego wiele wskazuje na to, że nie pójdzie mu również w Manchesterze. Na kilka ostatnich spotkań Manchesteru United Mata przestał być wszak piłkarzem wyjściowej jedenastki, oddając pozycję za plecami van Persiego Rooneyowi, a przy tym, że swoje miejsce na boisku otrzymał Fellaini, że wrócił Carrick, a gdzieś przecież musi grać di Maria – nie wyglądało to optymistycznie również na przyszłość. Jednym z rozlicznych problemów MU (plaga kontuzji, pomieszanie w defensywie…) jest i ten: akcje rozgrywane bez charakteryzującej zwykle ten klub szybkości, a przy wszystkich zaletach Hiszpana on również do najszybszych nie należy. A skoro miejsce na „dziesiątce” zajmuje Rooney, skoro po prawej więcej szybkości może zaoferować Januzaj, czy nie czas pomyśleć o przeprowadzce do jakiejś innej ligi, najlepiej takiej, gdzie tempo gry nie jest aż tak oszałamiające?

Owszem: w meczu z Crystal Palace Mata wszedł z ławki rezerwowych i strzelił piękną bramkę. Louis van Gaal zauważył jednak, że wprowadzenie Hiszpana nie wiązało się ze zmianą taktyki ani ustawienia – i że dawał mu w trakcie tego sezonu wystarczająco wiele okazji do wykazania się przydatnością dla drużyny. Nie jest więc bynajmniej powiedziane, że po kolejnej w tym sezonie przerwie na kadrę Mata zagra w meczu z Arsenalem od pierwszej minuty.

Znalezienie odpowiedniego ustawienia nie tylko zdziesiątkowanej kontuzjami obrony (jedenasty wariant w sezonie!), ale także drugiej linii MU pozostaje rebusem, którego van Gaal jeszcze nie rozwiązał. Fellaini i Blind – lub Fellaini i Carrick – to ostatnia odpowiedź, z Januzajem i di Marią po bokach oraz Rooneyem za plecami van Persiego. Pomijając już kwestię przyszłości Maty: w tym systemie przygasł świetny wcześniej (ale grający wówczas po lewej stronie pomocy ustawionej w diament) Angel di Maria, a poza tym Czerwone Diabły strzelają mniej bramek. Tak, wiem, że van Gaal odpowiedziałby na to, że również mniej tracą, zwłaszcza w ostatniej fazie meczu – ale nadmierne celebrowanie jednobramkowego zwycięstwa z Crystal Palace byłoby chyba przesadą.

Dziwność tego sezonu polega jednak na tym, że mimo najsłabszego od lat początku MU w Premier League, sytuacja Czerwonych Diabłów drużyny w tabeli pozostaje względnie komfortowa: skoro do czwartego miejsca są tylko dwa punkty straty, a przerwa na reprezentację daje czas na wyleczenie kolejnych zawodników, wypada wierzyć van Gaalowi, że do maja będzie to wyglądało zupełnie inaczej.

 

3. Aguero i Sanchez, czyli listki figowe

Zwłaszcza, że inni także mają kłopoty. Weźcie Manchester City i Arsenal. Wspomnijcie błędy i kontuzje obrońców (przeciwko QPR nie mógł zagrać Kompany, a lista niezdolnych do gry w obozie Kanonierów jest aż za dobrze znana – dziś w Arsenalu Chambers gubił się jak ostatnio Mangala w MC), dziury w drugiej linii, chwile dekoncentracji bramkarzy (jakim szczęściarzem okazał się Joe Hart, że przepisy wymusiły na sędzim powtórkę jego wybicia i nieuznanie bramki Austina), wypuszczane z rąk prowadzenia, menedżerów pod presją – także po fatalnych meczach w tygodniu, w Lidze Mistrzów. Jeśli, jak wszystko na to wskazuje, MC odpadnie z Champions League już w fazie grupowej, Manuel Pellegrini może stracić pracę na Etihad; na Emirates coraz wyraźniej słychać głosy, że aby zrobić krok naprzód i ponownie liczyć się w walce o mistrzostwo kraju, nie powinno się przedłużyć umowy z Arsenem Wengerem. Gdzie byłyby oba zespoły, gdyby nie dwaj superstrzelcy: autor dwunastu bramek Aguero i zdobywca ośmiu goli Sanchez? I czy ktoś w ogóle zamierza w tym sezonie gonić Chelsea?

 

4. Tottenham, czyli minuta ciszy

Na ten temat wypowiem się gruntownie w innym miejscu. Będą gorzkie żarty, nie zabraknie analizy decyzji prezesa Levy’ego o zwolnieniu poszczególnych trenerów, pojawi się podsumowanie polityki transferowej z czasów po odejściu Garetha Bale’a, trzeba będzie przyjrzeć się także taktyce, którą wdrożył (a może raczej której nie wdrożył) Mauricio Pochettino. Tymczasem poprzestańmy na konkluzji, że dzisiejszego popołudnia na White Hart Lane najbardziej udała się minuta ciszy, upamiętniająca poległych w obronie ojczyzny.