Archiwum kategorii: Premier League

Wszystkie nasze samobójstwa

To było jak powrót do przeszłości. Kupiłem bilet do Starego na Klatę i nagle znalazłem się w Bagateli, w dodatku na sztuce, którą widziałem w liceum i której poprzysiągłem sobie już nigdy nie oglądać. Spektakl przygotowany przez wyraźnie zagubionego reżysera, ze scenarzystą nadużywającym prostych efektów komicznych i ze zdolnymi podobno aktorami, od pewnego momentu sprawiającymi jednak wrażenie nieobecnych myślami, znudzonych i wyraźnie wyglądających finału. W następnym sezonie, kto wie, może przeniosą się do jakichś lepszych teatrów, albo przynajmniej znajdą angaż w serialu i zarobią więcej pieniędzy niż tutaj?

Powrót do przeszłości, bo jako kibic Tottenhamu widziałem to dziesiątki razy. Nawet w trakcie tegorocznych rozgrywek: pierwsza minuta meczu z Manchesterem City i wykop Llorisa pod nogi Aguero, strzał Argentyńczyka dobity przez Navasa. Podczas rozgrywek poprzednich: fatalne podanie nienaciskanego przez rywali Kyle’a Walkera, i gol Downinga, a potem błąd Jermaina Defoe’a w przyjęciu piłki, który Benoit Assou-Ekotto usiłował naprawić faulując Suareza – w efekcie mecz z Liverpoolem, w którym zwycięstwo było na wyciągnięcie ręki, zakończył się porażką, a w jej z kolei efekcie oddaliła się perspektywa zakończenia sezonu w pierwszej czwórce. Przykłady mogę mnożyć, bo podobne historie powtarzają się, odkąd sięgam pamięcią. Błędy bramkarzy (przed Llorisem był Heurelho Gomes, jeszcze dawniej np. Paul Robinson albo Ian Walker, wpuszczający daleki strzał w meczu z Manchesterem United po tym, jak piłka podskoczyła przed nim na kępce trawy). Gapiostwo obrońców, zbyt krótkie wybicia, zbyt ostre wejścia, spóźnione wślizgi – młody Younes Kaboul miałby tu niejedno na sumieniu, ale i tak daleko mu do Ramona Vegi albo Mauricio Taricco. Podania pomocników w poprzek boiska, umożliwiające rywalom wyjście z kontrą (nawet Carrickowi się zdarzało). Ten moment z innych derbów Londynu, z 2009 roku, kiedy po okresie świetnej gry Tottenhamu Arsenal strzela bramkę, podłamani piłkarze Harry’ego Redknappa zaczynają grę od środka, w tym momencie piłkę przejmuje Fabregas, pędzi na bramkę i wszystko się kończy jak zwykle.

Nie chcę przy tej okazji otwierać tematu pudeł w doskonałych sytuacjach (Milenko Acimović!), ani sędziowskich błędów, wielokrotnie podcinających skrzydła Tottenhamu w meczach z wielkimi rywalami (Webb dający karnego za rzekomy faul Gomesa na Carricku, przy dwubramkowym prowadzeniu gości na Old Trafford albo nieuznany przez Clattenburga gol Mendesa na tym samym stadionie; uznany, a jakże gol Lamparda dla Chelsea w Pucharze Anglii na Stamford Bridge, choć piłka nie przekroczyła linii bramkowej po błędzie Gomesa – skądinąd w tamtym meczu drugi gol dla gospodarzy padł ze spalonego, a w kolejnym spotkaniu FA Cup między tymi drużynami, tym razem w półfinale na Wembley, sędzia uznał „bramkę” Juana Maty, choć King z Assou-Ekotto zdołali zablokować piłkę kilkanaście centymetrów przed linią bramkową): nawet jeśli sędzia Michael Olivier nie musiał wczoraj dyktować karnego i wyrzucać Kaboula z boiska po incydencie z Eto’o, historia Tottenhamu pokazuje, że największymi wrogami tego klubu bywają sami piłkarze. Taką przebodli mnie drużyną: ze skłonnością do samobójstw.

Tim Sherwood ma oczywiście rację, mówiąc do kamery to, co w pubach powtarzają między sobą kibice: nie chcemy piłkarzy, którzy załamują się po pierwszym niepowodzeniu, chcemy drużyny, którzy walczą do końca. Którzy, jak był uprzejmy wyrazić się menedżer Tottenhamu, „mają jaja” i z których taka klęska jak wczorajsza nie spływa z prędkością mydła jeszcze w trakcie pomeczowego prysznicu. Rzeczywiście klub nie za to im płaci, żeby miło się do siebie uśmiechali, podobnie jak nie za to płaci trenerowi.

Rzecz w tym, że takich rzeczy trener nie może mówić publicznie – przynajmniej do czasu, gdy nie osiągnął statusu Aleksa Fergusona. Nawet jeśli Sherwood miał rację, w ciągu tych kilku minut przed kamerami Sky Sports, przegrał wszystko. To nie był starannie wyreżyserowany występ, obliczony na potrząśnięcie zawodnikami – takie rzeczy, jeśli już, robi się w szatni. To było raczej szukanie alibi dla własnego niepowodzenia i rozdawanie ciosów na ślepo: nie tylko pod adresem piłkarzy, o których usłyszeliśmy także, że „nie na wszystkich może polegać”, ale i pod adresem klubowych władz, które powinny „obudzić się z marzeń o miejscu w pierwszej czwórce”. Jedyny pożytek z tego jest taki, że wszyscy wiedzą już, iż ten reżyser po sezonie odejdzie z teatru – o ile w ostatnich tygodniach plotki o jego holenderskim następcy można było jeszcze opatrywać delikatnym znakiem zapytania, teraz sprawa stała się oczywista. Tim Sherwood, z iście północnolondyńską fantazją, dołączył do grona samobójców.

Na jakimś poziomie jest mi go żal, bo akurat na mecz z Chelsea miał dobry pomysł. Cokolwiek Jose Mourinho mówiłby, że dla niego ustawienie Kyle’a Walkera na prawym skrzydle było wygodne, a w ciągu 55. minut Tottenham nie był w stanie go nastraszyć – strzał Eto’o, będący owocem kuriozalnego błędu Veronghena, był pierwszym celnym uderzeniem na bramkę Llorisa. To goście byli w pierwszej połowie spotkania częściej przy piłce, to szybkość Lennona (inteligentnie odnajdywał się między linią obrony i pomocy Chelsea) i Walkera były źródłem problemów gospodarzy, podobnie jak ryzykowna, ale generalnie działająca wysoka linia obrony, wraz z cofającym się Adebayorem dodatkowa pozbawiająca gospodarzy przestrzeni do gry. Do czasu oczywiście – a z resztkami obiektywizmu przyznam, że skłonności do samobójstwa ukochana ma drużyna ujawniła już w pierwszej minucie, kiedy po złym zagraniu Dawsona Eto’o znalazł się sam na sam z Llorisem i tylko (błędnie podniesiona) chorągiewka uratowała Tottenham przed kolejną czerwoną kartką dla bramkarza.

O psychopatologii kibicowania Tottenhamowi mógłbym o tym jeszcze długo – dając np. obszerny akapit o Vertonghenie, któremu najwyraźniej plotki o zainteresowaniu Barcelony zawróciły w głowie, bo kompletnie nie przypomina zawodnika jeszcze niedawno uznawanego za jednego z najlepszych obrońców angielskiej ekstraklasy. Albo o Sandro – będącym od czasu debiutu w tej drużynie symbolem serca i solidności, a na Stamford Bridge równie komicznego, jak Vertonghen. Mógłbym, ale przecież wypada jeszcze zauważyć świetny mecz Özila i Arsenalu, oraz równie dobry Fellainiego i Manchesteru United. Albo pozachwycać się tegorocznymi rozgrywkami Pucharu Anglii, gdzie do półfinału awansował trzecioligowy Sheffield United, nie mówiąc o drugoligowym Wigan, które pokonało Manchester City. Może zrobię to w osobnym tekście, na razie idę czytać „Samobójstwo, jako doświadczenie wyobraźni”.

Książka kucharska kibica Premier League

Jakiś czas temu zauważyłem, że posiłki, które przygotowuję czekając na mecze, mają związek z tym, kogo będę oglądał. Postanowiłem przyjrzeć się zjawisku uważniej i oto, do czego doszedłem.

Najkosztowniejsze potrawy szykuję przed spotkaniami Manchesteru City oczywiście. Są to dania cudownie wielosmakowe, a zarazem o wielu rzadkich składnikach. Na niektóre muszę czekać, aż ktoś przywiezie je z zagranicy. Jeśli zaplanuję np. curry, będę się rozglądał za okrą, której w naszych sklepach raczej nie uświadczysz. Ostrość świeżych, zielonych papryczek chili, rzuconych na patelnię na bardzo wczesnym etapie, tuż po nasionach gorczycy (chciałoby się powiedzieć: rozpoczęcie akcji przez Yayę Toure zaraz po odbiorze Fernardinho), zrównoważę następnie słodyczą mleczka kokosowego (rozegrania Davida Silvy), ale przecież na tym nie koniec. Danie otrzyma zdecydowaną bazę mieszanki przypraw (kmin rzymski, garam masala, kurkuma, jak Clichy, Zabaleta i Kompany – z kozieradką lepiej uważać, jak z Demichelisem), ale co dodam do niego później, zależy już od mojej fantazji. Warzyw, jakie mam do dyspozycji, jest co najmniej tyle, ile możliwości manewru Manuela Pellegriniego w ofensywie. Raczej niepomijalne są fasolka szparagowa (Navas) i groszek (Nasri), ale w grę wchodzi także solidny ziemniak (Milner), względnie bakłażan (Dżeko), pomidory oczywiście (Negredo), najwięcej czasu poświęcę jednak jagnięcinie, o której cenie, tak samo jak o wysiłku przy krojeniu, zapomnę gdy tylko wezmę do ust pierwszy kęs: uczucie porównywalne z kontemplowaniem bramek Sergio Aguero. Inna potrawa związana z MC to marokański tażin – tu również w składniki trzeba zainwestować, tu również trzeba się nabiegać nad przyprawami, i tu również jagnięcina spisuje się wybornie.

Przed Chelsea mam zwykle ochotę na mięso. Za Rafy Beniteza bywało chude, ale od czasu kiedy drużynę objął Jose Mourinho, jak Roman Abramowicz nie żałuję pieniędzy i kupuję polędwicę wołową. Lubię, kiedy jest krwista, jak John Terry, niechby nawet lekko poprzerastana (Frank Lampard), i tak po krótkim przysmażeniu poleję ją alkoholem (czasem zapłonie na patelni, jak Eden Hazard), rzucę garść zielonego pieprzu (Oscar) i odrobinę musztardy (Ramires). Kluczowym momentem będzie znalezienie proporcji ze śmietaną – żeby sos nie okazał się blady, jak napastnicy, których ma dziś do dyspozycji Mourinho. Jednak nawet jeśli sos do polędwicy wyjdzie mało wyrazisty, a wrażenia kulinarne, które pozostawiły po sobie curry czy tażin – nieporównanie bogatsze, efekt satysfakcji z solidnego posiłku będzie zagwarantowany w stopniu bodaj czy nie większym; resztki sosu pomoże sprzątnąć z talerza i patelni czerstwy chleb (David Luiz).

Przygotowywania sufletów boję się tak samo, jak oglądania Arsenalu. Są przepyszne, są lekkie, potrafią być cudownie puszyste, okres ich pieczenia jest jednak długi, a patrząc jak wyrastają, ani przez moment nie przestaję myśleć, co się stanie w chwili próby – kiedy podejdę do piekarnika. Czy nie opadną, czy w środku nie staną się zbyt suche albo zbyt wilgotne, słowem: czy długo planowana francuska uczta znów nie okaże się klapą. Inna sprawa, że ostatnio się udaje: nawet jeśli musiałem ograniczyć dodawanie do środka niemieckiej szynki (Mesut Özil), walijski por (Aaron Ramsey) pozostaje tegorocznym odkryciem.

Żyć nie mogę bez makaronu. Na dobre i złe: gotuję go przed Tottenhamem od tylu lat, że już dobrze nie pamiętam, co było pierwsze. Największą ochotę na eksperymenty miałem w czasach Andre Villas-Boasa (do podstawowego sosu pomidorowego potrafiłem dodawać wtedy cytrynę, orzechy i miętę, osiągając efekt ustawienia 4-3-3, albo rezygnowałem w ogóle z pomidorów, rzucając na oliwę np. czosnek, czarne oliwki, skórki z cytryny i peperoncino, na koniec zaś, już do gotowej potrawy wprowadzając z ławki rukolę). Przed meczami Tottenhamu Sherwooda moja fantazja kulinarna znacznie spadła; najczęściej wchodzę w trywialny sos boloński, z mięsem mielonym, który niekiedy tylko uszlachetniam czerwonym winem albo gałązką rozmarynu. Za kadencji George’a Grahama w moich makaronach często gościło lekko podśmierdłe (strach powiedzieć głośno, skąd je wziąłem) anchois, przy Juande Ramosie wybierałem zmiksowane i bezbarwne w sumie pesto, w epoce Harry’ego Redknappa sięgałem po przepis na amatricianę, z boczkiem i peperoncino. Jeszcze w czasach Martina Jola przestałem robić lazanię. Po odejściu Modricia na stałe wyeliminowałem pomidorki koktajlowe, po odejściu Bale’a – fenkuła (po paru lepszych meczach Eriksena odważyłem się stosować go na nowo, koniecznie z nasionami, na których Sherwood się ponoć zna, ale znów trafił do rezerw). Zdaję sobie sprawę, że z makaronu nigdy nie zrezygnuję, widzę jednak, że zamiast się rozwijać, niepokojąco zmierzam w stronę aglio olio.

Potrawy związane z Liverpoolem mają coś wspólnego z tymi szykowanymi na okoliczność Manchesteru City: są wielosmakowe i gwarantują nadzwyczajne przeżycia. Problem w tym, że gorzej wyglądają: atakując kubki smakowe z intensywnością akcji Suareza, Sturridge’a, Coutinho i Sterlinga, mają dość niechlujną bazę – bywa, że wyglądają jak linia obrony zespołu z Anfield Road. Mówię oczywiście o moich risottach, z rosołowatymi Skrtelem i Kolo Toure (dlatego zwykle próbuję ograniczyć rosół na korzyść białego wina, czyli Daniela Aggera), i o tym, że już Alan Hansen tłumaczył, jak ważne w przygotywaniu tego dania jest sofritto. Jedną z możliwości jest risotto przygotowywane w ostatnich tygodniach, na pohybel zimie, w którym lekko przechodzone (Steven Gerrard) gruszki zderzam z pikantną (Luis Suarez) gorgonzolą. Kiedy gorgonzoli zabraknie (zostanie zdyskwalifikowana…), mogę liczyć na lokalne (Sturridge, Flanagan, Henderson, Johnson) grzyby i koniecznie doprawić je jeśli nie zielonym tymiankiem (Sterling), to na pewno zieloną pietruszką (Coutinho); najlepiej dorzucić oba składniki.

Fundamentalna zmiana moich przyzwyczajeń kulinarnych wiąże się ze zmianą menedżera Manchesteru United. Kiedy na Old Trafford pracował sir Alex Ferguson, traktowałem sprawę uroczyście: szykowałem pełny obiad z zupą, drugim daniem i najmocniejszym akcentem na deser (czytaj: w doliczonym czasie gry); kimkolwiek byłby rywal, nie zasługiwał na więcej niż przystawkę. Co gotować przed Manchesterem United Davida Moyesa, wciąż pozostaje dla mnie niewiadomą, ale desery odpuściłem, a i o przystawkach nie może być mowy. Lubię zupy i mało ich tu wymieniłem, może więc, bo ja wiem, ribollitę? Nazwa tej pożywnej potrawy oznacza przecież „ugotowana na nowo”, jest fasolowa jak Wayne Rooney, może zawierać kapustę i lekko starawy chleb (Nemanja Vidić i Rio Ferdinand), można ją jeść na zimno, jak na zimno gole zdobywa Robin van Persie, nade wszystko zaś: powinno się ją posypać świeżo startym serem pecorino (zmieniający cały smak Januzaj!). Może wszystko to jeszcze bez błysku, może nie na Ligę Mistrzów, ale pozwala się najeść na poziomie górnej połówki tabeli – po wakacjach dołożę drugie danie.

Przed Evertonem robię sałatki: efektowne wizualnie, smaczne, ale odkąd pamiętam, nigdy się nimi porządnie nie najadłem. Southampton pod Mauricio Pochettino jest jak sushi: świeży, czysty, wyrafinowany, wymagający cierpliwości i precyzji w spożywaniu (czytaj: utrzymywaniu się przy piłce), no i na bramce mający zawodnika ostrego jak wasabi. Newcastle raz wychodzi, raz nie wychodzi – coś jak potrawa z ryby, która nie zawsze okazuje się dostatecznie świeża. West Ham, i w ogóle drużyny Sama Allardyce’a, wiążę z bigosem, zaś Stoke z pierogami; obu dań staram się nie jeść zbyt często. Przy Hull szykuję kociołek z fondue i mnóstwo białego pieczywa, z nadzieją, że kiedyś zaokrąglę się jak Steve Bruce, albo chociaż Tom Huddlestone. Wino do posiłków? O winie opowiem innym razem; zresztą po alkohole sięgam zwykle po meczu, bo Premier League wymaga oglądania na trzeźwo.

No tak, wiem

1. No tak, wiem, że mówienie o wygrywaniu meczów w ostatnich minutach jako zjawisku cechującym mistrzów to jeden z piłkarskich komunałów, ale jeśli na koniec sezonu rzeczywiście zdarzy się tak, iż Chelsea sięgnie po mistrzostwo Anglii, to analizując przyczyny, będziemy wspominać raczej takie mecze jak wczorajszy z Evertonem, niż wszystkie te piękne pogromy Manchesteru City. Przy nieustających komplementach dla Evertonu, stanowiącego twardy orzech do zgryzienia dla każdego kolejnego rywala (czy z Tottenhamem np. nie było podobnie?), częściej utrzymującego się przy piłce i może nawet ładniej się prezentującego –  stara gwardia Chelsea wie, jak wygrywać. Myślę, że to nie przypadek, iż zwycięski gol był efektem podania Lamparda i wykończenia Terry’ego. Oni wiedzą.

2. No tak, wiem, że wielu z Was odlicza dni do momentu, w którym Arsenal spektakularnie się wywróci. Cierpliwie zauważę, że mamy koniec lutego, a nic podobnego się nie wydarzyło. „To tylko Sunderland”, powiecie, ale ja Wam przypomnę, jak dobrze radził sobie ten Sunderland w ostatnich tygodniach, zostając m.in. finalistą Pucharu Ligi. Lekko odświeżona przez Arsene’a Wengera drużyna w porównaniu do tej, która prawie godzinę musiała grać w dziesiątkę przeciwko Bayernowi, zagrała z rozmachem i na ludzie, odpoczynek od futbolu ewidentnie dobrze zrobił Olivierowi Giroud – może i Mesut Özil, dzięki odsunięciu od składu na to spotkanie, lepiej zniesie trudy kolejnych?

3. No tak, wiem, że Wayne Rooney zarabia skandaliczną kupę forsy (pisałem o tym dopiero co dla Sport.pl), ale czym innym są rozważania na temat klubowej polityki, a czym innym proste stwierdzenie faktu, iż kiedy gra, zwłaszcza w tym sezonie, jest zazwyczaj najlepszym piłkarzem Manchesteru United. Wczorajsza bramka na uczczenie nowego kontraktu i generalnie: bieganie po całym boisku Crystal Palace, znów pozwoliły Davidowi Moyesowi odetchnąć pełną piersią, zwłaszcza że po raz chyba pierwszy w tym sezonie mógł wystawić tak silną drużynę: obok Rooneya i van Persiego grali Mata i Januzaj, a za nimi Fellaini i Carrick. Przyznacie, że nie wyglądało to najgorzej.

4. No tak, wiem, że Liverpool ma fenomenalną ofensywę. To teraz wyobraźcie sobie, ile bramek ta ofensywa mogłaby strzelić… defensywie Liverpoolu. Żart zaczerpnięty z Twittera (jego autorem jest Graham MacAree) moim zdaniem podsumowuje kwestię rozmowy o ewentualnych mistrzowskich aspiracjach zespołu z Anfield Road. Choć oglądanie ich meczów bywa doświadczeniem orgiastycznym; choć kiedy mniej skuteczny jest Suarez, jego obowiązki z wielką swobodą przejmuje Sturridge (zaraz, ale przecież przejmuje je dlatego, że to on teraz gra na szpicy ofensywnego tercetu z Anfield Road – Suarez nie strzela, ale asystuje…); choć Jordan Henderson wreszcie uzasadnia nasze dawne zachwyty – to, co wyrabiają obrońcy, a czasem również bramkarz Liverpoolu, nakazuje być ostrożnym. Trzy gole wpuszczone ze Stoke, dwa z Aston Villą, trzy ze Swansea (podaję tylko wyniki tegoroczne)… Ciekawe, co na to Alan Hansen.

5. No tak, wiem, że Felix Magath uchodzi za tyrana, słyszałem wszystkie anegdotki o treningach z piłkami lekarskimi itd. Może dlatego na nowo zacząłem wierzyć w utrzymanie Fulham, a może zacząłem w nie wierzyć na nowo już w ostatnich tygodniach pracy Rene Meulensteena, zwłaszcza po wypożyczeniu do klubu Lewisa Holtby’ego. W żenujących okolicznościach Fulham żegnało się z poprzednikiem Magatha (a właściwie poprzednikami, bo polecieli także współpracownicy Meulensteena, w tym Ray Wilkins, oraz dyrektor Alan Curbishley), ale na boisku nie było znać śladów rzezi na klubowych szczytach. Walczyli, innymi słowy, i będą walczyć nadal.

6. No tak, wiem, że kibicuję Tottenhamowi dwudziesty siódmy sezon i takich meczów, jak dzisiejszy z Norwich, obejrzałem już pewnie koło setki, o ile nie więcej. Powinienem się przyzwyczaić, przywdziać skorupę ironisty, przypomnieć, że nigdy w tego Sherwooda nie wierzyłem. Za każdym razem boli jednak, cholera: dziś np. sadzanie na ławce najbardziej kreatywnego pomocnika (Eriksena), nadmierne eksploatowanie młodzieńca, który był autorskim pomysłem trenera (Bentaleba, który z meczu na mecz jest coraz słabszy – dziś po jego stracie poszła kontra Norwich), wprowadzenie Chadliego zamiast Townsenda, kiedy kontuzji doznał Capoue, i w ogóle fakt, że drużyna niemal nie grała z pierwszej piłki, gremialnie zwalniając akcje, robiąc kółeczka, podając na boki i do tyłu. Walka o czwarte miejsce w Premier League? Państwo raczą żartować, widziałem niedawno mecz grającego w Championship Queens Park Rangers: poziom był zdecydowanie wyższy.

7. No tak, wiem, że po łebkach to wszystko zapisuję. Pewnie nie wypada tłumaczyć się na piłkarskim blogu okolicznościami niepiłkarskimi, ale jeżeli we środę zajrzycie do nowego numeru „Tygodnika Powszechnego”, może jednak uznacie mnie za usprawiedliwionego.

Wyjątkowy specjalista

Oto jeden z tych dni, w których życie dziennikarza piszącego o futbolu okazuje się naprawdę nieskomplikowane. Najpierw ogląda konferencję prasową Jose Mourinho, podczas której ten – zapytany o wypowiedziane nie całkiem serio i dość niewinne w sumie zdanie Arsene’a Wengera, że niewygranie ligi będzie porażką Chelsea, skoro to Chelsea jest liderem tabeli – odpowiedział tyradą pod adresem menedżera Kanonierów, nazywając go „specjalistą od porażek”. Potem wyciąga z archiwum zestawienie wszystkich prowokacji portugalskiego trenera wobec Wengera (a jeśli ma więcej miejsca: także wobec Beniteza, Guardioli czy Pellegriniego) i nabija kolejną wierszówkę spokojnie je przytaczając, w dodatku ze świadomością, że jego tekst będzie należał do najbardziej wyczytanych w gazecie, bo nic tak nie nakręca czyteników jak dobra pyskówka. Nie musi dywagować np., jak Jose Mourinho zestawi obronę na zbliżający się mecz z Manchesterem City pod nieobecność Terry’ego i Cahilla. Nie stawia kłopotliwych pytań o wypuszczone w ostatnich minutach prowadzenie Chelsea w meczu z West Bromwich. Nie mówi o formie napastników, których w tamtym spotkaniu kolejny raz musiał zastąpić Branislav Ivanović. Po prostu wypakowuje tekst smacznymi cytatami, w dodatku korzystając z tekstów, które już kiedyś napisał. W końcu jeśli idzie o meritum, czyli rolę wojen psychologicznych w warsztacie pracy Jose Mourinho, nic się nie zmieniło od lat.

Przyznam, że opierałem się przed dołączeniem do zespołu tańczących tak, jak zagra im portugalski grajek. Przecież cokolwiek zostanie napisane w jutrzejszej prasie, cokolwiek zostanie powiedziane w telewizji czy w radiu, efekt będzie dokładnie taki, jaki sobie zamierzył. Rywal upokorzony, on koncentruje na sobie całą uwagę, a jego piłkarze zyskują chwilę oddechu. Jak to niedawno powiedział? „Wszystko, co mówię i robię, to wojna psychologiczna. Wszystko jest wojną psychologiczną, z wyjątkiem rezultatów”. Tak należy czytać wypowiedź o źrebaku rywalizującym z dwójką koni, tak należy przyjąć frazę o dziewiętnastowiecznym rzekomo futbolu West Hamu, tak należy interpretować również wcześniejszą o parę tygodni tyradę o Wengerze, który „zawsze narzeka”. Nie, to nie jest tak, że Jose Mourinho puszczają nerwy – napięcia, o ile pamiętam, rzeczywiście nie wytrzymał tylko raz, kiedy ograny przez Barcelonę wsadził palec w oko Tito Vilanovy – po prostu ten prywatnie z pewnością ciepły i uroczy pan taką ma metodę pracy. A że ceną za jego „rezultaty” bywają kończący karierę z powodu pogróżek sędziowie? No cóż, z racji takiej błahostki nikt przecież nie uzna go za „specjalistę od porażek”.

Jose Mourinho, nawet jeśli nie zrewolucjonizował myśli taktycznej, nie stworzył autorskiego systemu gry itp., jest jednym z najwybitniejszych trenerów naszego czasu. Wolałbym jednak pisać o tym w kontekście takich spotkań jak to z Manchesterem City na Etihad, niż w kontekście takich konferencji prasowych, jak dzisiejsza. Jeśli się w ogóle odzywam, to po to jedynie, by stanąć w obronie Arsene’a Wengera i w poczuciu, że sukcesu w życiu trenerskim nie mierzy się wyłącznie liczbą medali.

Tak, wiem, o tej argumentacji również można powiedzieć, że jest „dziewiętnastowieczna” (ale czy równie „dziewiętnastowieczni” nie okazali się zwierzchnicy Manchesteru United, a wcześniej Barcelony, rezygnując z zatrudnienia Jose Mourinho na posadzie trenera?). Sięgam po nią jednak w poczuciu, że w łatwiźnie wyliczania lat bez trofeum pewne kwestie mogą umknąć: miarą osiągnięć menedżera Arsenalu nie są jedynie tytuły mistrzowskie i puchary, i tak czyniące go jednym z najbardziej utytułowanych szkoleniowców we współczesnej piłce. Dodajmy do nich styl, w jakim potrafił je osiągnąć – od lat podziwiany przez innych trenerów, piłkarzy i kibiców. Dodajmy oko do ludzi (Anelka, Henry, Vieira, van Persie, Cole, Fabregas i inni, ostatnio np. Aaron Ramsey – wszyscy oni są przecież jednym wielkim sukcesem Wengera). Dodajmy umiejętność stawiania czoła przeciwnościom: odbudowywania drużyny rozbitej przez agresywną politykę transferową rywali, pracującej z ograniczonym budżetem itp. Ileż to razy w ciągu ostatnich lat porównywano inwestycje Arsenalu do zakupów City, Chelsea, MU, Liverpoolu czy Tottenhamu, z poczuciem, że tym razem na pewno się nie uda i Kanonierzy skończą sezon poza pierwszą czwórką. Iluż to ekspertów przed rozpoczęciem tego sezonu położyło krzyżyk na Kanonierach. Iluż to fachowców wróżyło, że Arsenal wywróci się w trakcie rywalizacji w „grupie śmierci” Ligi Mistrzów, zwłaszcza po porażce u siebie z Borussią Dortmund, że straci nerwy po klęsce z Manchesterem City, że nie podniesie się po przegranej z Liverpoolem itd. W gruncie rzeczy także to, że Mourinho nazwał go „specjalistą od porażek”, można uznać za sukces Wengera: gdyby trener Chelsea nie uważał go za groźnego rywala, nie traciłby dziś czasu na całą tę przemowę.

Szanujmy wspomnienia

Za moich czasów, panie, to były mecze z Arsenalem – mógłby powiedzieć sir Alex Ferguson. Zresztą właściwie powiedział – w autobiografii, gdzie rywalizacji z Arsenem Wengerem poświęcił cały rozdział. Siedzący w loży na Emirates obok m.in. Darrena Fletchera i Danny’ego Welbecka emerytowany menedżer MU po raz kolejny musiał cierpieć w milczeniu, patrząc jak spotkanie będące niegdyś klasykiem osuwa się w przeciętność.

Nie to, że nie miał tym razem choć kilku powodów do zadowolenia: wymieńmy przede wszystkim czyste konto bramkarza i defensywy United, dobry występ zaciągającej hamulce w środku pola dwójki Carrick-Cleverley, długie minuty udanego pressingu na połowie Kanonierów i ewidentnie lepsze okazje do strzelenia bramki: ta z pierwszej minuty wprawdzie po błędzie Artety, niewykorzystana przez van Persiego, druga zakończona uderzeniem Holendra, kapitalnie sparowanym przez Szczęsnego na poprzeczkę. W normalnych okolicznościach z punktu na Emirates można by pewnie być zadowolonym, gdyby nie fakt, że po dzisiejszym spotkaniu strata do czwartego miejsca wynosi już jedenaście punktów, które trzeba by odrobić w trakcie dwunastu spotkań. Dobry moment, żeby to powiedzieć publicznie: dzisiejszej nocy straciłem wiarę w awans MU do Ligi Mistrzów; wiarę podtrzymywaną jeszcze przez jakiś czas po transferze Maty.

Kusi mnie, żeby zamiast opowiadać to spotkanie, odprawić dziady po wielkich przecież piłkarzach. Nemanja Vidić przegrywający kolejne pojedynki w powietrzu z Olivierem Giroud (jeden, po rzucie rożnym w pierwszej połowie, powinien przynieść gola gospodarzom). Wspomniany Juan Mata plątający się bezproduktywnie gdzieś na lewym skrzydle. Niemal niewspółpracujący z van Persiem Rooney, widoczny tylko podczas pyskówek z arbitrem. Ponure to w sumie, jeśli dodać ewidentnie tkwiące gdzieś w głowach przykazanie: po pierwsze, nie przegrać. Z punktu widzenia gospodarzy wyglądało to zresztą podobnie, co szczerze po meczu przyznał Arsene Wenger, mówiący o nerwowości, jaka wkradła się w drużynę po klęsce z Liverpoolem. Ale że temat Arsenalu załatwiam gruntownie na portalu Sport.pl, gdzie przyglądałem się grze Mesuta Özila, tu pozwolę sobie postawić kropkę i pójść spać.

Owszem, coś zapamiętamy z tego wieczora. Podanie Gerrarda, błędy obrońców Liverpoolu i kopniak Suareza w twarz Sketelenburga podczas meczu z Fulham. Bramkę Chadliego dla Tottenhamu i statystyki Adebayora (dziesięć meczów przyniosło osiem goli i dwie asysty) po meczu z Newcastle. Ulewę i wichurę w Manchesterze. Wszystko to z dala od Emirates – jeśli chodzi o rywalizację MU z Arsenalem pozostają wspomnienia.

Nauczyciel Brendan

Zostawiam Wam opisanie dzisiejszych potworności z White Hart Lane i Old Trafford – spodziewając się najgorszego po meczu Tottenham-Everton, zdezerterowałem w góry, rezerwując sobie na dzisiejszy wieczór temat nieporównanie przyjemniejszy, a związany z sobotnim meczem na Anfield Road.

Spokojna głowa: nie zamierzam na podstawie dwudziestu minut przekreślać całego sezonu Arsenalu, zwłaszcza że Kanonierzy notowali już w jego trakcie wpadki (zwłaszcza z Manchesterem City na wyjeździe i z Borussią Dortmund u siebie), za każdym razem potrafiąc się z nich podnosić. Owszem: akurat ta porażka nie przyszła w najlepszym momencie, bo zespół Arsene’a Wengera rozpoczął właśnie wyjątkowo wymagającą serię spotkań, i owszem: mecz z Liverpoolem pokazał alarmujący spadek formy Mesuta Ozila, ale zamiast kolejny raz przyglądać się Arsenalowi, wypada raczej oddać sprawiedliwość gospodarzom.

W świetle miejsca, które zajmuje dziś w tabeli Liverpool, a bardziej jeszcze w świetle stylu, jaki prezentuje, chciałbym zacząć od przypomnienia wydarzeń z maja 2012 roku i poszukiwań nowego szkoleniowca dla drużyny, którą prowadził dotąd Kenny Dalglish. Pamiętacie, jak do Stanów jeździł na rozmowy z Johnem W. Henrym Roberto Martinez? To, że amerykański właściciel Liverpoolu zdecydował się ostatecznie na zatrudnienie Brendana Rodgersa (zresztą chowając do kieszeni własną dumę, bo wcześniej szkoleniowiec Swansea odmówił uczestnictwa w przesłuchaniach kandydatów jako jeden z wielu, a nie ten jedyny) wydaje się dziś błogosławioną decyzją.

Nie była to przecież decyzja oczywista. Swansea Rodgersa, owszem, prezentowała fantastyczną piłkę, ale on sam nie pracował nigdy samodzielnie w tak wielkim klubie, nie miał do czynienia z tak wielkim budżetem i grupą tak wielkich piłkarskich ego. W Premier League pracował zaledwie rok; największym osiągnięciem w jego trenerskim CV było wywalczenie awansu do ekstraklasy, i to w play-offach – a miał pracować z piłkarzami, mającymi w karierze triumf w Lidze Mistrzów. Ileż to razy w podobnych sytuacjach progi okazywały się za wysokie? Zwłaszcza, że debiutancki sezon Rodgersa w Liverpoolu na kolana nie rzucił: w tabeli ligowej postęp o jedną zaledwie pozycję, w Lidze Europejskiej bez sukcesu, w Pucharze Anglii wpadka z trzecioligowym Oldham już na poziomie czwartej rundy, sukcesy transferowe dyskusyjne (Sahin, Borini, Aspas…), a do tego jeszcze kiepski pomysł z klubowym reality show i kłopot z Luisem Suarezem po kolejnej dyskwalifikacji Urugwajczyka.

Rodgers dopiero co skończył 40 lat – wciąż jeszcze się uczy niuansów zawodu menedżera, zwłaszcza tych dotyczących psychologicznej relacji z piłkarzami. Sam mówi otwarcie, ile pewności siebie dało mu przeprowadzenie drużyny suchą nogą przez wakacyjną sagę transferową z Suarezem: Urugwajczyka zatrzymał i potrafił skłonić do ciężkiej pracy dla drużyny. Z niespotykaną delikatnością zarządza również problemem miejsca w wyjściowej jedenastce starzejącego się Stevena Gerrarda (porównanie do Pirlo, nawet jeśli w sposób oczywisty na wyrost, pozwoliło kapitanowi pogodzić się ze stopniowym schodzeniem na drugi plan) i rozwija umiejętności piłkarzy, których talent wcześniej kwestionowano, np. Sturridge’a i Hendersona.

Taktycznie również okazał się nieporównanie bardziej elastyczny niż inny z dawnych uczniów Mourinho, Andre Villas-Boas: w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy Liverpool skutecznie wdrożył więcej boiskowych ustawień, niż jakakolwiek inna drużyna z Premier League, grając zarówno trójką środkowych obrońców, jak klasycznym 4-2-3-1 i jego wariantami, oraz formacją z dwójką skrzydłowych i dwójką środkowych napastników. W meczu z Arsenalem Rodgers zaskoczył po raz kolejny, na szpicy ustawiając szybkiego Sturridge’a, a nie Suareza (grał głównie po prawej stronie, czyli tam, gdzie spodziewano się raczej – kolejna niespodzianka – ustawionego tym razem po lewej Sterlinga). Stałe fragmenty gry, którymi podciął skrzydła Arsenalu w pierwszej fazie meczu, o metodyczności jego pracy na treningach również mówią niejedno.

Sam Brendan Rodgers uważa, że Liverpool nie liczy się w walce o mistrzostwo Anglii (pamiętajmy zresztą, że pogromcy Arsenalu całkiem niedawno nie byli w stanie wygrać z West Bromwich Albion, a ich bramkarz i obrońcy nadal popełniają błędy), jego głównym zadaniem jest więc wywalczenie na powrót awansu do Ligi Mistrzów. Przy nienajlepszej w ostatnich trzech meczach formie Tottenhamu, i przy szokującej różnicy w stosunku bramek między tymi drużynami, a także przy szczupłości kadrowej Evertonu i degrengoladzie MU, nie wydaje się to trudne – ale warto też dodać, że ponieważ Chelsea i MC muszą jeszcze przyjechać na Anfield, Liverpool będzie miał ogromny wpływ na ostateczny kształt tabeli.

Najbardziej oczywiście imponuje mi ewolucja stylu, jaki prezentuje ta drużyna. W Swansea mieliśmy do czynienia z walijską tiki-taką, w Liverpoolu Rodgers zaczął podobnie, stawiając na grę w posiadaniu piłki i sprowadzając w tym celu jednego z „metronomów” Swansea, Joe Allena. Fascynujące było słuchanie opowieści kapitana Walijczyków (dziś skądinąd ich tymczasowego menedżera) Gary’ego Monka, mówiącego, że o ile w normalnym klubie podczas sesji treningowych piłkarze zaliczają ok. 200-300 kontaktów z piłką, w Swansea robili to w tym samym czasie ok. 600-700 razy. Ale dziś Liverpool posiadania piłki nie fetyszyzuje, niszcząc rywali w szybkim ataku i grając dużo więcej prostopadłych podań. Ci zawodnicy, którzy nie okazali się wystarczająco uniwersalni, albo nie potrafili myśleć zbyt szybko (Shelvey, Downing, Carroll) już w klubie nie grają, inni (Flanagan, Sterling czy wspomniany już Henderson) fantastycznie się rozwinęli.

Być może kluczem do tego rozwoju jest jedna z fraz, które Brendan Rodgers wygłosił swego czasu do dziennikarzy, pytany o swój styl szkolenia piłkarzy: „Szkolić można psy, ja wolę uczyć”. A o tym, ile z tej nauki odbywa się na poziomie rozmów indywidualnych, powiedzą sami piłkarze w wywiadach: Gerrard o przedsezonowym dialogu z menedżerem na temat zmiany pozycji, która ma umożliwić mu także przedłużenie kariery, Henderson na temat tego, czy przyjąć propozycję przenosin do Fulham. To także na skutek takich rozmów rodzi się zespół, w którym każdy zna swoją rolę albo potrafi się przystosować do nowej. Weźmy Sterlinga, nie tylko błyskotliwego w dryblingach, nie tylko skutecznego, ale także walczącego o odbiór piłki już na połowie rywala. Weźmy Hendersona i Coutinho, których pressing zmusił wczoraj do błędów samego Mesuta Ozila…

„Właściwy człowiek na właściwym miejscu we właściwym czasie” – pisałem dwadzieścia miesięcy temu i dziś z wielką przyjemnością te słowa powtarzam. Liverpool zasłużył na lepszą przyszłość niż ta z ostatnich kilku sezonów.

Wio, koniku

Że niby ten mecz jeszcze o niczym nie decyduje? Że tyle jeszcze kolejek do końca, tyle okazji do zgubienia punktów, a w wyścigu trzech koni, liczy się przecież jeszcze ten trzeci – w tabeli nadal pierwszy? Wszystko to prawda niby, z drugiej strony jednak znaczenie tego wyniku, nazwijmy je „pozapunktowym”, w dalszej rywalizacji będzie nie do przecenienia. Pomijając wszystkie te informacje o przerwanych seriach MC, pierwszym meczu bez gola od października 2010 itd., było to przecież spotkanie, z którego w szkołach trenerskich powinno się bronić dysertacji; spotkanie, które w wystarczająco bogatej biografii trenerskiej Jose Mourinho może być początkiem ważnego rozdziału, udowadniającego, że można dwa razy wejść do tej samej rzeki.

Owszem, nie dowiemy się nigdy, co by było, gdyby w drużynie gospodarzy mogli grać Fernardinho i Aguero. Zastępujący pierwszego z nich w środku pomocy Demichelis radził sobie z Willianem tylko przez kilkanaście minut, z przodu z kolei para Dżeko-Negredo zachowywała się zbyt podobnie, by narobić kłopotu duetowi Terry-Cahill. Owszem, wypada też zauważyć, że zanim maszyna Chelsea zaczęła funkcjonować, Manchester City stworzył dwie dobre okazje – zwłaszcza tę pierwszą, z dziesiątej minuty, Yaya Toure powinien wykończyć, dokładając nogę do dośrodkowania Kolarova (drugiej nie wykorzystał David Silva). Nie wiem jednak, czy nie będzie to ostatnia uwaga na temat występu MC w tym tekście: reszta jest milczeniem, a właściwie jest hymnem pochwalnym ku czci zawodników i trenera Chelsea.

Jeśliby szukać obrazka podsumowującego ich występ, nie byłaby nim zapewne kontra z pierwszej połowy, kiedy goście błyskawicznie znaleźli się pod bramką Joe Harta, choć mieli wówczas przewagę czterech na jednego, a Ramires mógł doprawdy lepiej uderzyć. Nie będzie nim gol Ivanovicia, choć przypominając go sobie, warto zwrócić uwagę, że obrońca Chelsea uderzał lewą nogą, a mnóstwo miejsca wypracowanego mu przez Ramiresa i Hazarda, było efektem zaniedbań Davida Silvy w grze defensywnej (bez złudzeń i na korzyść Jose Mourinho trzeba tu dodać, że Juan Mata pewnie zachowałby się podobnie jak jego rodak, w odróżnieniu np. od Williana czy Hazarda, którzy z pewnością nadążyliby za „swoim” bocznym obrońcą). Nie będzie nim także żadne z trzech uderzeń zawodników Chelsea w poprzeczkę i słupek – choć kusi to trochę, zwłaszcza w przypadku grającego po raz pierwszy od początku w Chelsea Maticia. Myślę raczej o tym momencie z 92. minuty, kiedy fenomenalny dziś Eden Hazard zdołał po raz kolejny wrócić na własną połowę i wślizgiem przerwać akcję Pablo Zabalety. Mówimy wszak o piłkarzu, który nabiegał się jak mało który i o piłkarzu, w którego statystykach znajdujemy dziś aż  szesnaście dryblingów. Oto „nowa” (no, trochę stara…) Chelsea Mourinho: doskonale zorganizowana jako kolektyw, ale złożona z jednostek świadomych swojej odpowiedzialności i ani na chwilę się nie dekoncentrujących.

Jose Mourinho wiedział, co oznacza gra przez MC dwójką napastników – i oczywiście skorzystał też z faktu, że żaden z nich nie kwapił się do popracowania w drugiej linii. Wiedział, że w tej strefie boiska o wywalczenie przewagi będzie najłatwiej. Miał dwójkę nieprawdopodobnie zaangażowanych, dobrze się uzupełniających – inaczej, niż po drugiej stronie – defensywnych pomocników (o: jeszcze jeden symboliczny moment meczu: Nemanja Matić odbierający piłkę Yayi Toure tuż przed polem karnym MC), miał ruchliwego Ramiresa, który schodził we wspomnianą lukę po prawej stronie, miał Hazarda i Williana, których mobilność przed polem karnym co i rusz zmuszała któregoś ze stoperów do opuszczenia strefy obronnej (przeanalizujcie zachowanie Nastasicia przed golem dla Chelsea), żeby Demichelisa nie zostawiać tak przeraźliwie osamotnionym – miał, innymi słowy, pomysł na rozciągnięcie szyków rywala i wykorzystanie wolnej przestrzeni. Równocześnie zaś (wracający za bocznymi obrońcami piłkarze przedniej formacji) niemal całkowicie podciął skrzydła gospodarzy – zresztą nieliczne dośrodkowania były tylko okazją dla Terry’ego i Cahilla do wykazania się, że i oni przed tym spotkaniem solidnie odrobili zadania domowe (wyobrażacie sobie, że dwójka stoperów Chelsea mogłaby zaatakować tę samą piłkę, jak Nastasić i Kompany na początku spotkania?). Podobnie zresztą, jak Petr Czech.

Tak, to był mecz, który o niczym jeszcze nie decydował. Oprócz może mistrzostwa Anglii, które jak przed sezonem odważyłem się przyznawać Chelsea, tak nadal skłonny jestem złożyć w jej ręce. Skoro od lat wszyscy wiemy, że Jose Mourinho nas nabiera, nie dajmy się nabrać także wtedy, gdy mówi o wygrywaniu ligi dopiero w przyszłym roku. Jeżeli po meczu, pytany o wyścig trzech koni, robi skromną minę i mówi, że konie są dwa, trzeci zaś to jeszcze źrebak, który wciąż potrzebuje matczynego mleka (byłżeby on sam, Jose Mario dos Santos Mourinho Felix, strach powiedzieć głośno… kobyłą?) i nauki skakania przez przeszkody, odpowiadamy mu po prostu: wio, koniku.

Sieroty po Fergusonie

Jedna z najlepszych porad zawodowych, jakie kiedykolwiek otrzymałem, była – jak to często bywa – poradą pierwszą. Pracujący wówczas w „Tygodniku Powszechnym” Adam Szostkiewicz spojrzał poważnie zza okularów na długowłosego chudzielca i zalecił mu czytanie książek. No więc siedzę i czytam po raz kolejny autobiografię sir Aleksa Fergusona, a zdania dotąd pomijane nabierają nowych sensów.

„W obronie był kompletny bajzel” – wspomina Szkot na przykład swój ostatni mecz na ławce Manchesteru United, 19 maja ubiegłego roku przeciwko West Bromwich. „Kiedy prowadziliśmy 5:2, mogło to się skończyć 20:2 dla nas, kiedy było 5:5, mogło się skończyć 20:5 dla nich”. Taką drużynę zostawiał – a stronę wcześniej opowiadał, jak przyglądał się grającym w tym spotkaniu piłkarzom ze świadomością, że wielu z nich nie znało nigdy innego menedżera. Obserwując z tygodnia na tydzień przejścia sierot po Fergusonie zapominamy może o perspektywie tamtego dnia. Podobnie jak zaciera się w nas stopniowo, również przez niego opisywana, jednomyślność klubowego zarządu podczas podejmowania decyzji na temat następcy.

Jesteśmy na pierwszych stronach książki, dokładniej: w jej pierwszym rozdziale. Zanim Ferguson zechce opowiedzieć o swoim życiu, ze szczególnym uwzględnieniem manchesterskich sukcesów, zdąży przypomnieć o momencie przełomowym, opisywanym już kilka razy na tym blogu meczu pucharowym z Nottingham Forest, kiedy po PONAD TRZECH LATACH bez sukcesów Szkot był o włos od zwolnienia z pracy. Później zaś zadeklaruje: „Kiedy patrzę wstecz, skupiam się nie tylko na zwycięstwach, ale także na porażkach”. I skrupulatnie wyliczy: trzy przegrane w finale Pucharu Anglii (z Evertonem, Arsenalem i Chelsea), trzy w finale Pucharu Ligi (z Sheffield Wednesday, Aston Villą i Liverpoolem) i dwa w finale Ligi Mistrzów (obie z Barceloną). „To jedna z nici, tworzących manchesterską tkaninę: zdolność do podnoszenia się po klęskach. Zawsze pamiętałem, że jest jeszcze coś, oprócz zwycięstw i triumfalnych przejazdów przez miasto w otwartym autobusie”.

Miejmy nadzieję, że stronę trzynastą autobiografii poprzednika David Moyes przeczytał ze szczególną uwagą – cały akapit o klęsce jako niezbywalnym elemencie ludzkiej egzystencji, o przekuwaniu porażek w sukces i pokazywaniu siły w momentach trudnych, może być dla niego nieoczekiwanym źródłem wsparcia. Oby przyjął do wiadomości także i to memento: „Jeśli pozwolisz, by porażka osłabiła twojego ducha, spodziewaj się kolejnych”. Zdaniem Fergusona bowiem, z porażek można się wiele nauczyć. Kiedy ich doświadczał, natychmiast myślał o tym, co można poprawić i jak odbudować zespół. Mówił, że to jedna z jego zalet: dokonywanie szybkiej analizy w chwilach, kiedy inni się załamują.

Oto dlaczego trochę zmartwiły mnie wczorajsze tłumaczenia nowego menedżera MU po porażce ze Stoke. O pechu to może mówić trener Norwich po meczu z Cardiff, na który złożyła się dobra pierwsza połowa, dwa proste błędy na początku drugiej, i fantastyczna końcówka, w której zwycięstwo Walijczyków uratował Marshall do spółki ze słupkiem, poprzeczką i wybijającym piłkę z bramki Bellamym. Mistrzowie Anglii nie powinni znać pojęcia „pech”, podobnie jak całej masy innych zresztą, typu „sędziowska pomyłka” na przykład. Na rykoszet, kontuzje i sędziowski błąd, powinni umieć odpowiedzieć, zwłaszcza mając na boisku taki tercet, jak van Persie, Mata i Rooney, a za nimi Carricka, zaś rywalem nie jest żadna z drużyn z pierwszej czwórki. Umówmy się: poza fenomenalnym uderzeniem Rooneya z rzutu wolnego w samej końcówce, zbyt wielu okazji Manchester United w meczu ze Stoke nie miał. Przypadkowo stracona bramka, a nawet dwie – czy takiego MU nie znaliśmy już z czasów Aleksa Fergusona?

David Moyes nie wygląda dobrze i, jak widać, już nie bardzo wie, co mówić. Z lektury autobiografii poprzednika powinien jednak wynieść jeszcze coś: sir Alex już nie wróci, żeby go zastąpić, jest więc zdany na samego siebie. Czy da radę? „Wielu Szkotów ma w sobie upór i silną wolę – pisze sir Alex. – Kiedy opuszczają kraj, mają tylko jeden cel. Odnieść sukces. Oni nie wyjeżdżają, by uciec od przeszłości. Wyjeżdżają, by stać się lepsi – możecie to zobaczyć na całym świecie, przede wszystkim w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych”. Dalej jest mowa o determinacji; woli postawienia na swoim i osiągnięcia celu – determinacji i woli, które, zdaniem autora, Davida Moyesa cechuje w równym stopniu, co jego samego.

Kibice MU, powiedzcie sami: czy sir Alex mógł się aż tak pomylić?

Czas nieodnaleziony

Miałem tego nie robić, miałem nie ulec zbiorowej gorączce z powodów, które wyłuszczyłem na portalu Sport.pl (zobaczcie, jak szybko weryfikują się negatywnie wszystkie wróżby: właściwie jedną z najbardziej interesujących aktywności 31 stycznia mogłoby być wykreślanie z listy transferów zapowiadanych jako „pewne” tych, które nigdy nie dojdą do skutku), ale wpadam na chwilę posmucić się z Wami, bo na tę transakcję akurat po cichu liczyłem.

Nie żeby stało się coś niezgodnego z tym, co napisałem wczoraj wieczorem. „Okoliczności nieprzewidziane”, brzmi jeden ze śródtytułów tekstu, a poniżej mowa o kontuzjach, które wyeliminowały na cały sezon Walcotta, Błaszczykowskiego czy Falcao. Właśnie tego ostatniego ma zastąpić w Monaco Dymitar Berbatow i jego transfer jest w najlepszym interesie wszystkich stron: francuski klub potrzebuje krótkoterminowego zastępstwa za Kolumbijczyka, a 33-letni już Bułgar może pokazać się pod słońcem południa, w otoczeniu nieco mniej wymagającym niż Premier League, znacząco powiększając przy tym swoje emerytalne oszczędności.

Tottenham, oczywiście, porównywalnego kontraktu nie mógł mu zaoferować i – mimo rychłego odejścia Defoe’a do Toronto – nie mógł mu również, poza jednym czy dwoma meczami Ligi Europejskiej, zagwarantować zbyt wielu okazji do występów w pierwszym składzie. Trzeba być sentymentalnym durniem albo notorycznym graczem w Football Managera, żeby tego nie zauważać.

Rzecz w tym, że jestem i jednym, i drugim. Co więcej: jestem też człowiekim, który w marcu 2007 roku, w 90. minucie słynnych derbów z West Hamem, kiedy rywale prowadzili jeszcze 3:2, a Berbatow szykował się do wykonania rzutu wolnego, ku zdziwieniu całej rodziny ukląkł przed monitorem i zaczął wygłaszać inwokację do bułgarskiego księcia, który przecież potrafi wszystko, nawet przerzucić piłkę nad murem.

Berbatow trafił. I wtedy (chwilę później bramkę zdobył również Stalteri, a Tottenham wygrał ostatecznie 3:4), i jeszcze wiele razy – na przykład z karnego w finale Pucharu Ligi z Chelsea. Jego występ w lutym 2007 r. z Boltonem, kiedy piłkarze Martina Jola od 35. minuty w dziesiątkę bronili prowadzenia, a Bułgar całymi minutami utrzymywał się przy piłce, wybijając przeciwników z uderzenia, był może najlepszym, jaki widziałem w życiu, występem zawodnika grającego jako jedyny napastnik. Inna sprawa, że także niektóre mecze w duecie z Robbiem Keane’em (pamiętam, jak wspólnie dostawali nagrodę piłkarza miesiąca…) domagałyby się wzmianki; nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej i później obaj osiągnęli lepszy poziom sportowy.

Niestety, nocy z 31 sierpnia na 1 września 2008 też długo nie mogłem zapomnieć. I długo nie mogłem wyprzeć z pamięci tego, co wydarzyło się w dniach ją poprzedzających: tego, jak Berbatow usiłował wymusić wymarzony (i rekordowy ostatecznie) transfer do Manchesteru United przez odmowę gry w meczach Tottenhamu. Skomplikowanych uczuć, jakich doświadczałem następnie obserwując Bułgara w czerwonej koszulce, nie upraszczał fakt, że nie wszystko szło mu jak z płatka. On sam mówił o presji rekordowego transferu, o nieprzespanych nocach i bólu, z jakim przyjmował miejsce poza składem w finałach Ligi Mistrzów. Chemii, jaką wyczuwaliśmy między Berbatowem a Keane’em, z Rooneyem nie udało się wytworzyć, w końcu na Old Trafford pojawił się van Persie i czteroletni pobyt Bułgara w Manchesterze oceniać musimy w kategoriach niespełnienia.

W Fulham były już tylko momenty: najpiękniejsze przyjęcia piłki świata, podania i bramki, strzelane niemal od niechcenia (pamiętacie słynny T-shirt z napisem „Keep calm and pass me the ball”, który zaprezentował po zdobyciu jednej z nich?) i kierujące moje w myśli w stronę Swanna. Owszem: patrzyłem na Dymitara Berbatowa i słyszałem frazy Marcela Prousta, nie tylko ze względu na wrodzoną, by tak rzec, dandysowatość bułgarskiego napastnika, ale także na jego osobność i dystans do blichtru angielskiej ekstraklasy. Niestety jednak, choć francuski kierunek przeprowadzki wydaje się ułatwiać ciągnięcie tej analogii, ja już nie jestem zainteresowany. Chciałem, żeby Dymitar Berbatow wrócił do Tottenhamu nie dlatego, że – jak napisał niedawno na Twitterze Rafał Stec – mamy do czynienia z klubem biblijnym, który z otwartymi ramionami przyjął już niejednego syna marnotrawnego (oprócz Keane’a do klubu wracali Klinsmann, Sheringham czy Defoe…). Myślałem raczej, że jeśli jeszcze raz zobaczę go na White Hart Lane, założę ponownie koszulkę z jego nazwiskiem na plecach i odzyskam własne wspomnienia ze straconego czasu.

Horror, horror

Przynajmniej się dziś wyśpię. Nie będę przecież rozpisywał się na temat takiego meczu szerzej, skoro zanim jeszcze cokolwiek zostało w nim ostatecznie rozstrzygnięte, ostateczne rozstrzygnięcie wziął na siebie sędzia. Była pięćdziesiąta minuta, Manchester City prowadził na White Hart Lane 1:0, Tim Sherwood dopiero co przegrupował drużynę, w miejsce nieprzekonującego Moussy Dembele wprowadzając Etienne’a Capoue, gospodarze otrząsnęli się z szoku pierwszego kwadransa, podczas którego zostali dosłownie zmiażdżeni przez szybkich i fenomenalnie znajdujących wolne sektory boiska zawodników gości, zaczęli wymieniać piłkę na ich połowie, zagrażali bramce Joe Harta ze stałych fragmentów gry, ba: zdołali nawet wyrównać po tym, jak Dawson wepchnął piłkę do siatki po rzucie wolnym Eriksena, sędzia nie uznał jednak gola, bo na spalonym był próbujący uczestniczyć w akcji Adebayor. Była więc pięćdziesiąta minuta, wszystko jeszcze było możliwe, nim stało się tak, jak gdyby nigdy nic nie było: jeden z najlepszych w pierwszej połowie piłkarzy Tottenhamu Danny Rose znalazł się tuż za Edinem Dżeko i uznał, że skoro tyle razy w pierwszej połowie mu się udało, i tym razem powinien ratować drużynę wślizgiem.

Rzecz w tym, że w pięćdziesiątej minucie Rose trafił w piłkę, a napastnik gości dopiero ułamek sekundy później zawadził o jego nogi, a właściwie położył się na nich kolanami (Państwo zresztą zobaczą sami, żeby nie było, że jestem nieobiektywny). Sędzia poradził się asystenta, odgwizdał karnego, a że uznał, iż obrońca był ostatni i pozbawiał rywala oczywistej okazji bramkowej, pokazał mu czerwoną kartkę. Było 0:2, co oznaczało faktyczny koniec meczu, a właściwie otwierało jedno tylko pytanie: ile jeszcze bramek strzelą zawodnicy Manchesteru City.

Ostatecznie strzelili pięć, a mogli pewnie więcej niż dziesięć, bo jeszcze w pierwszej połowie sam Aguero oprócz bramki, zdobytej po pięknym podaniu Silvy, trafił w słupek, zmusił Llorisa do nieprawdopodobnej interwencji, a jeden z jego strzałów z linii bramkowej wybił wspomniany już Rose. Partner z ataku kontuzjowanego w końcówce pierwszej połowy Argentyńczyka (to, że zszedł z boiska, było jeszcze jednym powodem umiarkowanego optymizmu kibiców Tottenhamu przed rozpoczęciem drugiej), Edin Dżeko, strzelał w tym meczu bodaj dziesięciokrotnie. Oczywiście, oczywiście (wydobywam z siebie resztki obiektywizmu): nawet kiedy grali jedenastu na jedenastu, Manchester City  był o klasę lepszy, a gra Davida Silvy na całej szerokości boiska, między liniami Tottenhamu, była czymś niebywałym (Państwo zobaczą zresztą jego podania w tej strefie). I oczywiście: Tim Sherwood mylił się w swoim przedmeczowym wyznaniu niewiary w defensywnych pomocników (decyzja o wprowadzeniu Capoue była pośrednim przyznaniem się do winy), ale zapewne nie mylił się mówiąc, że Manchester City ma jednak słabe punkty, tyle że tego zweryfikować już nie mogliśmy, poza może – przyznajmy: siejącymi zamieszanie – stałymi fragmentami gry. Kwestię, czy się mylił także po meczu, mówiąc dziennikarzom, iż MC jest obecnie najlepszą drużyną na świecie, pozostawiam otwartą.

Część z goli, które padły po czerwonej kartce Rose’a, City zawdzięcza rykoszetom, ale nie miejmy złudzeń: jak nie te, wpadłyby inne. David Silva i Sergio Aguero nie biegali po boisku, oni się nad nim unosili. W jakimś sensie może nawet wdzięczny jestem sędziemu za tę czerwoną kartkę, bo pozwala jakoś przejść do porządku dziennego nad bezradnością i chaosem, jaki obserwowaliśmy wśród gospodarzy w ciągu pierwszej fazy spotkania, a w pomeczowej narracji znaleźć także miejsce na pochwałę siły charakteru i pasji, którą dziesięciu wściekłych ludzi pokazało dążąc do strzelenia choćby honorowego gola.

Napisałem dziś dla Sport.pl o Arsenalu, pytając, czy będzie w stanie wytrzymać tempo do końca sezonu, zwłaszcza z takim kalendarzem gier, jaki ma w ciągu najbliższych dwóch miesięcy. Gdybym jednak miał okazję porównać jego wczorajszy występ na St. Mary’s Stadium z tym, co pokazał dziś Manchester City, pytałbym raczej, czy to piłkarze Manuela Pellegriniego zechcą jeszcze łaskawie zwolnić tempo. Poza wszystkim: mówimy o drużynie, która w dwudziestu trzech spotkaniach ligowych strzeliła sześćdziesiąt osiem bramek, nie wykorzystując mnóstwa okazji do zdobycia kolejnych. „Horror, horror”, wyszeptał oszalały Kurtz i poszedł spać.