Archiwum kategorii: Premier League

Coś pękło, coś się skończyło

Zbyt długo kibicuję tej drużynie, żeby nie wiedzieć, co się teraz może zdarzyć. Zbyt dobrze pamiętam kapitulację, która miała miejsce przed rokiem podczas meczu z Arsenalem i od której zaczęła się długa seria meczów bez zwycięstwa, by odpędzić atak paniki. Zbyt długo przeżywałem aferę z rzekomo nieświeżą lazanią albo majowy triumf Chelsea w Lidze Mistrzów, pozbawiający Tottenham prawa w tegorocznych rozgrywkach tejże. Zbyt długo trwa moja kibicowska przygoda, stanowczo zbyt długo.

Żebyż to jeszcze Tottenham przegrał w stylu, jaki zapowiadał pierwszy kwadrans meczu: dobry pressing Liverpoolu, Lucas pilnujący Bale’a, błędy w ustawieniu prowizorycznie skleconej drugiej linii (Parker i Livermore w środku, zastępujący kontuzjowanego Lennona Dembele po prawej, ale również szukający miejsca w centrum na tyle często, by Jose Enrique i Coutinho robili na skrzydle, co chcieli) i dużo miejsca, jakie wypracowywał sobie Suarez między obroną a nadmiernie zapuszczającym się do przodu Parkerem, w końcu także – jak zawsze w przypadku Tottenhamu – próby prostopadłych zagrań za plecy wysoko ustawionej obrony. Żebyż to jeszcze gospodarze potrafili wykorzystać fakt, że wyszli na prowadzenie, i szybko dobili nas z kontry, wykorzystując szybkość Suareza i Sturridge’a. Nic podobnego się przecież nie stało: to osłabiony kadrowo, grający trzeci arcyważny mecz w ciągu tygodnia Tottenham zaczął kontrolować grę i wypracowywać sobie sytuacje – szkoda, że Sigurdsson nie trafił około trzydziestej minuty, skądinąd po składnej, zespołowej akcji z udziałem Dembele i Bale’a, a nie jakimś tam stałym fragmencie. To Tottenham strzelił gola do szatni, potem wyszedł na prowadzenie wkrótce po rozpoczęciu drugiej połowy i zaczął stwarzać dobre okazje po kontratakach (Sigurdsson nie wykorzystał świetnego podania Bale’a w okolicach 60 minuty, a właściwie piłka po jego uderzeniu i bloku Carraghera trafiła w słupek)…

Mniej więcej w tej fazie spotkania zacząłem redagować esemesa do przyjaciela, że jeśli tym razem nam się uda, to rzeczywiście zacznę wierzyć w odmianę złego losu, zwłaszcza że przyjaciel ów nie mógł się nachwalić ukochanej mej drużyny po czwartkowym meczu z Interem i karcił mnie srodze za dotychczasowe czarnowidztwo. Wymiętolona koperta z zaproszeniem na jakiś wernisaż, której używałem do robienia notatek, pokrywała się uwagami na temat instynktów strzeleckich Vertonghena, dorównujących – jak widać – elegancji w grze obronnej, albo komplementami pod adresem Sigurdssona, który, choć znów pechowy przy wykańczaniu akcji, znakomicie potrafił wychodzić do piłki w każdą dziurę po Lucasie czy Gerrardzie. Owszem, przyznaję: oglądając drugą połowę pojedynku na Anfield byłem bliski zostania optymistą i nawet fakt, że Lennona mógłby w takim meczu zastąpić Andros Townsend (z pewnością widzieliście gola tego chłopaka dla QPR wczoraj – rzecz w tym, że wypożyczając go, zostaliśmy bez rezerwowego skrzydłowego) mnie jakoś nie martwił.

Zabawne, prawda? Szkoda, że nie tak zabawne, jak kilkudziesięciometrowe podanie Kyle’a Walkera w tył, po którym Hugo Lloris musiał popędzić w stronę piłki, by niefortunnie skierować ją pod nogi Stewarta Downinga. I nie tak zabawne, jak kolejne samobójcze zagranie zawodnika Tottenhamu – Jermaina Defoe, po którym Assou-Ekotto sfaulował w polu karnym przejmującego piłkę Suareza. Nie, właściwie w ogóle nie zabawne. Raczej cholernie irytujące. Irytujące, bo to nie Liverpool wygrał ten mecz, tylko piłkarze Tottenhamu sami oddali zwycięstwo.

To była najdłuższa seria bez porażki Tottenhamu w Premier League – poprzednim razem, w okolicznościach niemal równie kuriozalnych, bo tracąc dwa gole w ostatnich kilku minutach, również przegraliśmy nad rzeką Mersey, na Goodison Park. To było zarazem pierwsze zwycięstwo Liverpoolu nad drużyną z czołówki. W obu przypadkach coś pękło, coś się skończyło. Gdyby Sturridge i Coutinho wzmocnili drużynę Brendana Rodgersa pół roku wcześniej, Liverpool miałby coś do powiedzenia w walce o pierwszą czwórkę (wciąż jeszcze ma?). Jeśli idzie o Tottenham, nie mogę nie myśleć o fatalnym kalendarzu – mecze z MC, Chelsea, Evertonem wciąż przed nami, w dodatku taka Chelsea, niezależnie od kibicowskich bluzgów, spadających nieustannie na głowę Rafy Beniteza, musi po remisie na Old Trafford złapać wiatr w żagle.

Jeśli zaś chodzi o mnie – jamnika wychowanego pod szafą i w ostatnich miesiącach nieśmiało wystawiającego spod niej głowę – wracam na swoje miejsce: idę redagować teksty o  konklawe i tragedii na Broad Peak. Jeśli chcecie poczytać coś naprawdę ciekawego, kupcie sobie nowy „Tygodnik”, mnie zaś nie budźcie do czasu, jak Arsenal wróci na czwarte miejsce, a Gareth Bale odejdzie do Realu. Wtedy znowu poczuję się jak prawdziwy kibic.

Wayne? Nie kupuję

Czy świat odrobinkę nie zwariował? Świat medialny przynajmniej. Czy jedna decyzja, jedno posadzenie na ławce rezerwowych piłkarza – zgoda, w jednym z najważniejszych meczów sezonu, ale w drużynie, której menedżer od lat z całą bezwzględnością stosuje rotację piłkarzy i który zrobił to samo z tym dokładnie piłkarzem cztery lata wcześniej podczas pojedynku z Interem – uprawnia do ogłaszania, że latem Wayne Rooney odejdzie z Manchesteru United?
Zgoda, były precedensy. Odsyłani na ławkę w ważnych meczach Devid Beckham, Ruud van Nistelrooy czy Dymitar Berbatow prędzej czy później odchodzili z klubu. Zgoda, w przypadku samego Wayne’a Rooneya istnieją zaszłości między piłkarzem a menedżerem i klubem (patrz historia z 2010 r. o kuszeniu przez Manchester City, publicznie formułowane zastrzeżenia na temat ambicji właścicieli). Wiele razy sir Alex wykazywał się też  nadzwyczajnym nosem przy pozbywaniu się zawodników, o których wiedział wcześniej, niż ktokolwiek inny, że osiągnęli już szczyt możliwości. Rooney ma 27 lat i całkiem niemałą historię kontuzji…
Zanim jednak o tym, powtórzmy proste zdanie na temat samego meczu z Realem. Czerwone Diabły nie odpadły, bo sędziwy menedżer posadził na ławce jednego z najgroźniejszych i najofiarniej walczących zwykle piłkarzy. Ferguson posadził zawodnika powoli odzyskującego formę po infekcji; piłkarza, który w meczu na Santiago Bernabeu zawiódł w realizacji zadań defensywnych (najgroźniejsze akcje Królewskich poszły jego stroną). To raz. Dwa: w rewanżu Ryan Giggs zrobił wszystko to, czego przed dwoma tygodniami oczekiwano od Rooneya, i w ogóle zespół funkcjonował bez zarzutu. Robiono mi tu czasem w komentarzach uwagi, że Manchesteru United w tym sezonie nie doceniam – tym razem byłem pod wrażeniem. Kontrowersyjnej czerwonej kartki nie da się wpisać w przedmeczowe założenia, w osłabieniu trudno się bronić przeciwko znajdującym każdy centymetr wolnej przestrzeni na boisku Xabiemu Alonso, Modriciowi czy Ozilowi.
Powiedzmy i drugie proste zdanie. Z biografii napisanej przez Patricka Barclaya, ale i z wypowiedzi samego Fergusona wynika, że kluczem do jego sukcesów menedżerskich jest absolutne panowanie nad sytuacją, „kontrola”. W szatni zapełnianej przez multimilionerów Szkot jest panem i władcą – jeśli ktoś wymyka się spod kontroli, zaczyna np. marudzić coś po kątach, bywa oddawany katu.
Równocześnie jednak ten pan i władca potrafi być dla swoich piłkarzy zaskakująco ojcowski. Z upływem lat nauczył się temperować legendarne wybuchy złości. Samego Rooneya zawsze prowadził z ogromnym wyczuciem, pomagając przetrwać i obyczajowy skandal, i wspomnianą aferę wokół nieprzedłużania kontraktu. Wysłanie wówczas Anglika do wyspecjalizowanego ośrodka treningowego w USA okazało się doskonałym posunięciem – Rooney wrócił do wielkiej formy i odzyskał zaufanie kibiców. Jedyne pytanie, jakie warto sobie zadawać dziś – kiedy ta forma znów się gdzieś zagubiła, a porównania z równym mu niegdyś statusem Cristiano Ronaldo brzmią wyjątkowo boleśnie – czy podobną operację zdoła przeprowadzić ponownie?
Tak, świat medialny odrobinkę zwariował. Od rana czytam analizy na temat przyszłości „przygasającej gwiazdy” autorstwa ludzi, którzy jeszcze niedawno opisywali starcie Real-MU niemal wyłącznie w kategoriach konfrontacji Rooney-Ronaldo. Widzę, z jaką łatwością znajdują argumenty za odejściem (rekordowo wysoki kontrakt – to klub, urażona ambicja – to piłkarz), jak operują kwotami, które trzeba będzie za niego zapłacić. Jednodniowe dziennikarstwo.
Uważam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby Wayne Rooney zacisnął zęby jeszcze raz. Żeby wrócił do formy, której obniżki w mediach nie zauważono. Żeby zagrał w pierwszym składzie w weekend, żeby zdobył do lata parę bramek, pomagając klubowi odzyskać mistrzostwo kraju, żeby wrócił po wakacjach, a następnie przedłużył kontrakt (zapewne już z mniejszą tygodniówką, ale to inny temat). Żeby z upływem czasu dawał sir Alexowi jeszcze więcej możliwości, jeśli idzie o miejsce zajmowane na boisku.
W tym, co się stało we środę, nie ma żadnego spisku, demonicznej strategii i księgowych kalkulacji. Rooney nie zagrał w meczu z Realem, bo nie był w pełni formy na mecz z Realem, a Wellbeck czy Giggs lepiej pasowali do koncepcji Fergusona. Trzecie proste zdanie w tekście. I kropka.

Czy świat odrobinkę nie zwariował? Świat medialny przynajmniej. Czy jedna decyzja, jedno posadzenie na ławce rezerwowych piłkarza – zgoda, w jednym z najważniejszych meczów sezonu, ale w drużynie, której menedżer od lat z całą bezwzględnością stosuje rotację piłkarzy i który zrobił to samo z tym dokładnie piłkarzem cztery lata wcześniej podczas pojedynku z Interem – uprawnia do ogłaszania, że latem Wayne Rooney odejdzie z Manchesteru United?

Zgoda, były precedensy. Odsyłani na ławkę w ważnych meczach Devid Beckham, Ruud van Nistelrooy czy Dymitar Berbatow prędzej czy później odchodzili z klubu. Zgoda, w przypadku samego Wayne’a Rooneya istnieją zaszłości między piłkarzem a menedżerem i klubem (patrz historia z 2010 r. o kuszeniu przez Manchester City, publicznie formułowane zastrzeżenia na temat ambicji właścicieli). Wiele razy sir Alex wykazywał się też  nadzwyczajnym nosem przy pozbywaniu się zawodników, o których wiedział wcześniej, niż ktokolwiek inny, że osiągnęli już szczyt możliwości. Rooney ma 27 lat i całkiem niemałą historię kontuzji…

Zanim jednak o tym, powtórzmy proste zdanie na temat samego meczu z Realem. Czerwone Diabły nie odpadły, bo sędziwy menedżer posadził na ławce jednego z najgroźniejszych i najofiarniej walczących zwykle piłkarzy. Ferguson posadził zawodnika powoli odzyskującego formę po infekcji; piłkarza, który w meczu na Santiago Bernabeu zawiódł w realizacji zadań defensywnych (najgroźniejsze akcje Królewskich poszły jego stroną). To raz. Dwa: w rewanżu Ryan Giggs zrobił wszystko to, czego przed dwoma tygodniami oczekiwano od Rooneya, i w ogóle zespół funkcjonował bez zarzutu. Robiono mi tu czasem w komentarzach uwagi, że Manchesteru United w tym sezonie nie doceniam – tym razem byłem pod wrażeniem. Kontrowersyjnej czerwonej kartki nie da się wpisać w przedmeczowe założenia, w osłabieniu trudno się bronić przeciwko znajdującym każdy centymetr wolnej przestrzeni na boisku Xabiemu Alonso, Modriciowi czy Ozilowi.

Powiedzmy i drugie proste zdanie. Z biografii napisanej przez Patricka Barclaya, ale i z wypowiedzi samego Fergusona wynika, że kluczem do jego sukcesów menedżerskich jest absolutne panowanie nad sytuacją, „kontrola”. W szatni zapełnianej przez multimilionerów Szkot jest panem i władcą – jeśli ktoś wymyka się spod kontroli, zaczyna np. marudzić coś po kątach, bywa oddawany katu.

Równocześnie jednak ten pan i władca potrafi być dla swoich piłkarzy zaskakująco ojcowski. Z upływem lat nauczył się temperować legendarne wybuchy złości. Samego Rooneya zawsze prowadził z ogromnym wyczuciem, pomagając przetrwać i obyczajowy skandal, i wspomnianą aferę wokół nieprzedłużania kontraktu. Wysłanie wówczas Anglika do wyspecjalizowanego ośrodka treningowego w USA okazało się doskonałym posunięciem – Rooney wrócił do wielkiej formy i odzyskał zaufanie kibiców. Jedyne pytanie, jakie warto sobie zadawać dziś – kiedy ta forma znów się gdzieś zagubiła, a porównania z równym mu niegdyś statusem Cristiano Ronaldo brzmią wyjątkowo boleśnie – czy podobną operację zdoła przeprowadzić ponownie?

Tak, świat medialny odrobinkę zwariował. Od rana czytam analizy na temat przyszłości „przygasającej gwiazdy” autorstwa ludzi, którzy jeszcze niedawno opisywali starcie Real-MU niemal wyłącznie w kategoriach konfrontacji Rooney-Ronaldo. Widzę, z jaką łatwością znajdują argumenty za odejściem (rekordowo wysoki kontrakt – to klub, urażona ambicja – to piłkarz), jak operują kwotami, które trzeba będzie za niego zapłacić. Jednodniowe dziennikarstwo.

Uważam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby Wayne Rooney zacisnął zęby jeszcze raz. Żeby wrócił do formy, której obniżki w mediach nie zauważono. Żeby zagrał w pierwszym składzie w weekend, żeby zdobył do lata parę bramek, pomagając klubowi odzyskać mistrzostwo kraju, żeby wrócił po wakacjach, a następnie przedłużył kontrakt (zapewne już z mniejszą tygodniówką, ale to inny temat). Żeby z upływem czasu dawał sir Alexowi jeszcze więcej możliwości, jeśli idzie o miejsce zajmowane na boisku.

W tym, co się stało we środę, nie ma żadnego spisku, demonicznej strategii i księgowych kalkulacji. Rooney nie zagrał w meczu z Realem, bo nie był w pełni formy na mecz z Realem, a Wellbeck czy Giggs lepiej pasowali do koncepcji Fergusona. Trzecie proste zdanie w tekście. I kropka.

Zostało dziesięć

Nie, to nie jest Arcyważny Mecz o Wszystko, przekonywałem samego siebie przed derbami Londynu i w ich trakcie. To nie był Arcyważny Mecz o Wszystko, przekonuję także po nich: do końca zostaje dziesięć kolejek, wystarczająco wiele, by każdy z grających dziś zespołów spadł nawet na miejsce szóste albo awansował na drugie. Jednak znaczenie psychologiczne tego wyniku jest trudne do przecenienia. Ileż to razy widzieliśmy przecież, jak jakaś drużyna trwoni dwubramkowe prowadzenie, albo ile znaczy gol kontaktowy strzelony kilka minut po przerwie. Gdyby Arsenal wyrównał w końcówce, gdyby Tottenhamowi kolejny raz wymknęło się zwycięstwo, zadanie obu menedżerów na ostatnie 10 meczów sezonu byłoby kompletnie odmienne. Zwłaszcza zadanie Andre Villas-Boasa, przed którego piłkarzami nieporównanie cięższy kalendarz. Użyta przezeń na pomeczowej konferencji metafora spirali, na której wznoszący jest Tottenham, a zsuwający się w dół Arsenal, nie musi obowiązywać dłużej niż tydzień.

Sformułowaniem, którego używałem w trakcie spotkania najczęściej była „wysoka linia”, w domyśle: obrony. W pierwszej połowie stosowały ją obie drużyny, zagęszczając pole gry i ograniczając przestrzeń na rozgrywanie akcji do kilkunastu najwyżej metrów po obu stronach linii środkowej. Przyznam, że z początku miałem serce w gardle, patrząc jak kolejni pomocnicy Kanonierów próbują przebić piłkę za plecy Dawsona i Vertonghena, zwłaszcza że próby te poprzedzali skutecznym odbiorem. Tak: kluczem do radzenia sobie z drużyną grającą wysoko ustawioną linią obrony jest pressing, którego lekcję przez pierwszych kilkanaście minut dawali zawodnicy Arsenalu. Niektórzy spośród nas próbowali przypomnieć sobie, czy goście mieli już w tym sezonie taki popis gry na odbiór (Bale, którego się obawiali, w ciągu pierwszych 30 minut dostał piłkę zaledwie kilka razy…). Niektórzy zastanawiali się, co by było, gdyby na szpicy grał jednak Walcott, a nie dużo wolniejszy Giroud (był taki moment na początku spotkania, kiedy przez bramką Tottenhamu francuskiego napastnika dogonił, wybijając piłkę spod jego nóg, Vertonghen). Niektórzy, obdarzeni lepszą pamięcią, przypominali sobie również poprzedni sezon i mecz Arsenalu z Chelsea, trenowaną wówczas przez AVB – przegrany na Stamford Bridge 3:5 właśnie na skutek błędów w ustawieniu defensywy. Najwyraźniej w Tottenhamie Portugalczyk ma bardziej pojętnych uczniów, a przynajmniej uczniów, którzy rzadziej popełniają błędy elementarne.

Nie chcę się nad obroną Arsenalu nadmiernie pastwić, rozważając, który to raz w tym sezonie jej gapiostwo kosztowało drużynę punkty (bez wielkiego researchu przypominam sobie mecze z MC i Chelsea). Powiem tylko, że zanim Bale i Lennon w odstępie niecałych trzech minut potrafili znaleźć się za plecami wysoko ustawionej obrony gości, w przypadku obu akcji zawiodła asekuracja drugiej linii. I podającemu do Bale’a Sigurdssonowi, i odgrywającemu do Lennona Parkerowi nikt nie przeszkodził, ba: w momencie podania odległość między graczem Tottenhamu a najbliższym rywalem wynosiła co najmniej kilka metrów. Kiedy mówimy o meczu, w którym kluczowym elementem taktyki jest ograniczenie przeciwnikowi wolnego miejsca, kilka metrów oznacza hektary. To niewiarygodne, ale drużyna klasy Arsenalu nie ma w zasadzie defensywnego pomocnika; to niewiarygodne, że przed dwoma laty nie sięgnęła choćby po Scotta Parkera. Piłkarz ten po kontuzji nie gra tak dobrze, jak przed rokiem, ale i dzisiaj potrafił raz czy drugi rzucić się pod nogi Kanonierów, zatrzymując ich akcje (fakt, że zaliczył także asystę, uznaję raczej za eksces).

To musi być najbardziej frustrujące: mieć pomysł na grę, przez jedną trzecią spotkania skutecznie go realizować, a potem… Nie, przyjrzyjmy się jednak postawie stoperów Arsenalu w obu akcjach bramkowych: statycznemu Mertesackerowi i niepewnemu Vermaelenowi, który ani nie organizował pułapki ofsajdowej, ani nie zwracał uwagi na pozostałych nadbiegających rywali, wpatrując się jedynie w tego, który prowadzi piłkę. Oraz skomentujmy postawę Monreala przy golu numer dwa, kompletnie nieświadomego tego, co za jego plecami robi zawodnik, za którego odpowiada: Aaron Lennon, zbiegający do środka w stylu – że pognębię kanonierskich czytelników – Piresa czy Lljunberga.

Co się stało w ostatnich miesiącach z Vermaelenem? Kiedy przychodził do Arsenalu. Belg radził sobie przecież dużo lepiej i mam wrażenie, że błędy, które dziś popełnia, nie biorą się z jakichś braków technicznych. Dekoncentruje się? Czeka, aż ktoś inny przejmie odpowiedzialność? Nie lubi krzyczeć? Ale, do licha, jest przecież kapitanem drużyny. Przecież zastawianie pułapek ofsajdowych ćwiczy z nim na treningach Steve Bould – człowiek, który kilkanaście lat temu w tej drużynie był arcymistrzem łapania przeciwników na spalonym.

Owszem, był w derbach Londynu obrońca belgijski, który dał popis gry – obrońca, który skądinąd w reprezentacji swojego kraju musi zajmować miejsce po lewej stronie, bo środek jest zarezerwowany właśnie dla Vermaelena. Myślę o Vertonghenie, którego fani Tottenhamu nazywali dziś „Ledleyem Kingiem z dwoma kolanami”. Belg nawet nie musiał robić wślizgów – po prostu pięciokrotnie ustawił się na tyle dobrze, by uprzedzić szarżującego przeciwnika (zielone romby na załączonym obrazku). Przy całym gadaniu o tym, że Tottenham jest drużyną jednego piłkarza, warto powiedzieć, że to Jan Vertonghen był piłkarzem meczu, a pewny we własnym polu karnym Hugo Lloris niewiele mu ustępował – co skądinąd nie znaczy, że miał wiele do bronienia, imponował raczej szybkimi wyjściami, kasującymi potencjalne niebezpieczeństwa, ewentualnie wyskakiwał do dośrodkowań. Dzięki wysoko ustawionej linii obrony i udanym pułapkom ofsajdowym bramkarz Tottenhamu ma mniej strzałów do wyłapywania niż którykolwiek z jego kolegów z Premier League.

Zdanie, którego za czasów Harry’ego Redknappa i wszystkich poprzednich menedżerów Tottenhamu bym nie napisał: drużyna, której od ćwierćwiecza kibicuję, sprawiała wrażenie solidniejszej i lepiej zorganizowanej od drużyny kierowanej przez Arsene’a Wengera. Nie żeby zagrała rewelacyjny mecz – po prostu nie popełniła elementarnych błędów. Jak to powiedział kilka dni temu AVB, w tym spotkaniu decydująca nie okazała się taktyka, tylko emocje. Lepiej panowały nad nimi Koguty, nawet jeśli moglibyśmy mieć do nich pretensje za niewykorzystane okazje w drugiej połowie (Bale po pięknej akcji całego zespołu! Sigurdsson, niepotrzebnie szukający podania w znakomitej sytuacji! Defoe!).

Skądinąd zdanie portugalskiego menedżera Tottenhamu pokazuje, że lekcja, jaką odebrał w Chelsea – klubie, w którym wszyscy szkoleniowcy są tymczasowi – nie poszła na marne. Villas-Boas zawsze był mistrzem czytania gry, teraz jednak najwyraźniej potrafi również czytać graczy. Podkreślają to wszyscy piłkarze, a o jego byciu wobec nich fair świadczy (żeby nie powtarzać kolejny raz historii z Dawsonem, który miał odejść do QPR, ale został, doczekał się swojej szansy i dziś znów jest jednym z najlepszych obrońców Premier League) także to, że po poniedziałkowym golu Sigurdssona dziś postanowił dać mu szansę od pierwszej minuty. Rozpisywałem się na ten temat ostatnio, przywoływałem także obraz Bale’a tonącego w ramionach menedżera, więc chętnie odsyłam do tekstu Jonathana Liew, gdzie Villas-Boasa komplementują jego piłkarze. Zabawne: nikt z angielskich dziennikarzy nie powtarza już klisz o zimnym, wyniosłym i niezrozumiałym obsesjonacie taktyki – z kolejnych portretów dowiadujemy się raczej o jego dorównującym kompetencji poczuciu humoru i pasji. Menedżer Tottenhamu okazał się nagle głęboko ludzki.

W takiej sytuacji wypada zakończyć jakąś human story. Na przykład Martona Fulopa, którego katastrofalnemu występowi w bramce West Bromwich w ostatniej kolejce poprzedniego sezonu Arsenal zawdzięcza ostatecznie trzecie miejsce w ligowej tabeli – pisałem wtedy, że gdyby występował w polskiej lidze, z pewnością zostałby oskarżony o sprzedanie meczu: nie przypominam sobie dwóch tak niewiarygodnych błędów bramkarza w jednym spotkaniu Premier League. Dzisiejszy tekścik w, wybaczcie podrzędność źródła, „Daily Mirror”, pokazuje tamte dramatyczne wydarzenia z jego perspektywy. Od ośmiu miesięcy nie grał w żadnym meczu o punkty, jeszcze przed meczem z Arsenalem dowiedział się, że klub nie przedłuży z nim kontraktu, nie czuł się ani fizycznie, ani psychicznie przygotowany do gry. Żeby było jeszcze śmieszniej (albo żeby jeszcze łatwiej uzasadnić tezę o okrucieństwie futbolu): od dziecka był kibicem Tottenhamu i kilka sezonów spędził w tym klubie. Miał dziesiątki powodów, żeby dać z siebie wszystko. I zawalił.

Dziś Marton Fulop miał dobry dzień. Tej nocy prześladujący mnie czasem sen o jego maślanych rękach z pewnością nie przyjdzie. W końcu za mojego życia nie wygrywaliśmy z Arsenalem zbyt często 😉

Tymczasowy klub

Rafa Benitez ma oczywiście rację: Chelsea popełniła błąd dając mu tytuł tymczasowego menedżera. Ba, popełniła błąd zatrudniając go. Zwalniając Roberto di Matteo. Wyrzucając Andre Villas-Boasa. Rozstając się z Carlo Ancelottim. Mam ciągnąć wyliczankę? Proszę bardzo: wręczając wypowiedzenie Jose Mourinho. Podpisując umowy o pracę z panami Scolarim czy Emenalo. Pozwalając piłkarzom na bezpośrednie kontakty z właścicielem, ponad głowami kolejnych szkoleniowców.

Rafa Benitez ma oczywiście rację: Chelsea to klub w stanie przejściowym. Wiedzieliśmy to już w ostatnich miesiącach pracy Ancelottiego, wiedzieliśmy, kiedy zaczynał Villas-Boas i kiedy di Matteo z powodzeniem zatrzymał na chwilę nieunikniony proces. Ustawienie, styl gry i skład personalny, którego trzon wykuwał się jeszcze za czasów Jose Mourinho dożywają swoich dni. Nie można czynić menedżerowi zarzutu z tego, że zdarza mu się sadzać na ławce Lamparda, Terry’ego czy Cole’a – trzeba mu pozwolić na szukanie nowych rozwiązań. Ustawiając jako punkt odniesienia w ocenie jego pracy nie arcyszczęśliwą wygraną w Lidze Mistrzów, tylko szóste miejsce na koniec poprzedniego sezonu Premier League.

Rafa Benitez ma oczywiście rację: kibice zajmujący się ubliżaniem trenerowi nie pomagają ani klubowi, ani drużynie (patrz stosunkowo najświeższe przykłady Alexa McLeisha w AV i Steve’a Keana w Blackburn). Zwłaszcza że prawdziwy adresat ich wściekłości jest dokładnie ten sam, co jego. I tymczasowy menedżer, i fani Chelsea nie mają odwagi powiedzieć wprost: klub, z którym się związali i który uważają za swój, to zabawka w ręku kogoś innego. Zabawka kosztowna, zabawka, dzięki której także oni mają co jakiś czas wiele radości (czy byłyby mistrzostwa i puchary, gdyby nie pieniądze Romana Abramowicza?), ale jednak zabawka. Rzecz jasna trudno się spodziewać, że kibice będą gryźć rękę, która ich karmi – pisałem już kiedyś, że powstrzymując się od krytykowania właściciela klubu zachowują się bardziej odpowiedzialnie niż on sam. Znajdują więc kozła ofiarnego i wypominają temu kozłowi jakieś mityczne wypowiedzi z czasów pracy w Liverpoolu, pomijając masę okoliczności łagodzących, np. taką, że to nie on przygotowywał tę drużynę do sezonu i nie on kupował do niej zawodników.

Rafa Benitez nie ma oczywiście racji, czyniąc pierwszą z podniesionych przez siebie kwestii przedmiotem publicznych rozważań. Podpisał kontrakt, dostaje niemałą pensję, więc powinien nadal robić swoje, nie dzieląc się frustracją z dziennikarzami. „Uważam, że moi szefowie zrobili ogromny błąd” – w jakiej firmie wypowiedzenie takich słów nie oznacza automatycznej dymisji?

Podejrzewam jednak, że Rafa Benitez wie, co robi. Że jego relacje z piłkarzami stały się w międzyczasie tak napięte (w ostatnich paru dniach plotki o awanturze w ośrodku treningowym dementowano co najmniej kilka razy…), iż uznał, że nie ma nic do stracenia. Nie miał wprawdzie karteczki, jak podczas słynnej liverpoolskiej konferencji na temat rywalizacji z MU, ale postanowił uprzedzić nieuniknione i sam pokierować scenariuszem swojego odejścia. Wiem, że piłka nożna jest zaludniona przez maniaków, ambicjonerów i frustratów, ale nie mieści mi się w głowie, że można dać się sprowokować hałaśliwej grupie z trybun, skandującej hasło nie tak znów obraźliwe. Klucza do wczorajszej tyrady upatruję więc raczej w zdaniu „Lubię trenować piłkarzy, nie nazwiska”.

Scenariusze na najbliższe godziny są zaiste fascynujące, zwłaszcza że będą miały wielkie znaczenie dla walki o pierwszą czwórkę. Realistyczne są moim zdaniem trzy. Pierwszy, mimo wszystko najbardziej prawdopodobny: Benitez, jak planowano, zostaje do końca sezonu; drużyna bez chemii i autorytetu gra w kratkę, doczłapując się do Ligi Mistrzów, bo inni mają jeszcze gorzej. Drugi: na parę miesięcy przychodzi Awram Grant. Wszyscy się z Chelsea nabijają, ale i w tym przypadku drużyna awansuje do Champions League. Trzeci, najbardziej wariacki, ale przecież w tym klubie od dawna mnóstwo rzeczy jest postawionych na głowie: tymczasowym menedżerem zostaje John Terry. Niektórzy się z Chelsea nabijają, niektórzy dopatrują się w tym wyborze jedynego logicznego. Czy dżentelmen ów będzie potrafił spełnić powierzone mu zadanie, nie próbuję nawet zgadywać.

Chelsea. Kiedyś to był bardzo fajny klub.

Gareth i inne chłopaki

Zasypiającym podczas meczu sezonu

Analogia z Robinem van Persiem, niemal samodzielnie wciągającym ubiegłoroczny Arsenal na trzecie miejsce w angielskiej ekstraklasie, narzuca się sama. „Nie chodzi o mnie, chodzi o drużynę” – mówił jednak przed kamerami Sky Sports Gareth Bale chwilę po wczorajszym meczu z West Hamem, w którym o zwycięstwie Tottenhamu zdecydowało jego fenomenalne uderzenie zza pola karnego. Godzinę później pisał na Twitterze, że to był „świetny występ chłopaków”, o sobie skromnie dodając: „zawsze miło strzelić zwycięskiego gola w derbach”. A zaraz po tym golu – co, nie ukrywam, ucieszyło mnie najbardziej – popędził w stronę ławki rezerwowych i wpadł w ramiona Andre Villas-Boasa. Pytanie o przyszłość Bale’a w świetle tego, czego dokonał w ciągu ostatnich tygodni, staje się pytaniem numer jeden wśród dziennikarzy piszących o angielskim futbolu. Dokąd odejdzie? Za ile? Zabawne: nikt się nie zastanawia, czy może zostać na jeszcze jeden sezon, jeżeli Tottenhamowi uda się awansować do Ligi Mistrzów.

Walijczyk jest oczywiście w życiowej formie, osiem goli w sześciu ostatnich meczach (piętnaście od początku sezonu) mówi samo za siebie, zwłaszcza że co bramka, to piękniejsza. Warto się jednak chwilę zatrzymać przy jego geście wykonanym w stronę menedżera. To Andre Villas-Boas w przerwie meczu z Norwich znalazł Bale’owi nową pozycję na boisku (nie na lewym skrzydle, tylko w środku), obdarzając w dodatku niezbędną swobodą taktyczną. Wczoraj Bale zaczynał jako drugi napastnik i do przerwy, mimo gola dającego prowadzenie, często bywał odcięty od piłki, później jednak cofnął się bliżej linii środkowej i stamtąd inicjował akcje, na które piłkarze West Hamu nie mieli pomysłu (zobaczcie, gdzie dostawał podania). Przy wysoko ustawionej linii obrony, grze toczącej się na niewielkiej przestrzeni i ruchliwości samego Bale’a, koledzy – mówiąc bardzo po prostu – mają do niego bliżej: może dostawać podania nie tylko od lewego obrońcy czy defensywnego pomocnika. W kontekście wybuchających z nową siłą spekulacji o możliwym odejściu walijskiej megagwiazdy znakomicie rzecz całą klaruje dziś Jonathan Wilson: jeśli mówimy o ustawieniu na boisku, Bale nie znajdzie klubu bardziej mu odpowiadającego niż dzisiejszy Tottenham.

Inna sprawa, że Bale’a można zatrzymać także na nowej pozycji. We czwartek w Lyonie Walijczyk próbował atakować zarówno z lewej, jak i grając w środku, Francuzi jednak „zamknęli okiennice i zaryglowali drzwi wejściowe” – nie tyle pilnowali jego samego, co ograniczyli teren, na którym mógł się rozpędzić.

W tym miejscu, jak widzicie, zaczyna się uruchamiać tradycyjny pesymizm kibica Tottenhamu. Owszem, gol Bale’a w ostatniej minucie meczu z West Hamem – gol fenomenalny, jeden z kandydatów do bramki sezonu – wprawił mnie w ekstazę, owszem groźnie strzelał jeszcze parę razy, a szans wykreował (także dzięki dobrze wykonywanym rzutom rożnym, zobaczcie) aż sześć, ale niemal natychmiast znów zacząłem się martwić. Po pierwsze, kalendarzem: bezpośredni rywale, Chelsea i Arsenal, mają zdecydowanie łatwiejszych rywali do końca sezonu. Po drugie, słabymi punktami drużyny.

Bo rzeczywiście wypada się z Balem zgodzić: nie chodzi o niego, chodzi o drużynę.
Jej najsłabsze ogniwo to dziś środek pomocy. Nie atak, z kontuzjowanym Defoem i wciąż niemogącym wejść w sezon Adebayorem (kiepski sezon przygotowawczy, kontuzje, czerwona kartka z Arsenalem, Puchar Narodów Afryki…), a druga linia po kontuzji Sandro. Brazylijczyk, jak pamiętamy, nie tylko rozbijał akcje rywali jak żaden z jego kolegów, ale umiał szybko pozbyć się piłki. Teraz koło zamachowe rozkręca się powoli. Podania Parkera pozostawiają wiele do życzenia zarówno jeśli idzie o precyzję, jak niebanalność, a i z wślizgami jest jakby gorzej (patrz wczorajszy rzut karny dla WHU). Dembele z kolei próbuje dryblingu, robi kółeczko i czasem nawet uwalnia się spod opieki rywala, ale wtedy pozostali są już na pozycjach, strefa obronna jest zamknięta i Tottenhamowi pozostaje wymiana piłki po obwodzie. W meczu z Lyonem było parę momentów, w których daremnie czekający na podanie Bale wściekał się zbyt wolnych kolegów.

Odpowiedzią na ten problem może być Lewis Holtby. Niemiec jako jedyny z pomocników próbuje grać z pierwszej piłki, umie też znaleźć miejsce między liniami. Byle tylko przełamał się Adebayor, wciąż niepotrafiący przekonać do siebie kibiców i dziennikarzy. Ci ostatni domagają się do niego goli, powtarzają klisze o piłkarzu grającym rzekomo tylko do czasu wywalczenia intratnego kontraktu, ja jednak miałbym ochotę go bronić, bo i bez goli bywa z niego pożytek. W meczu z Lyonem to od niego wyszły dwa kluczowe podania, po których znakomite okazje marnowali Bale i Dempsey. Wczoraj oczywiście sam spudłował w wymarzonej okazji, dobijając uderzenie Sigurdssona, ale jego współpraca z kolegami, wyciąganie obrońców, schodzenie do skrzydeł, wyglądały coraz lepiej.

Są oczywiście również niekwestionowane jasne punkty. Po pierwsze (inaczej niż w Chelsea, gdzie AVB poległ między innymi na tym problemie), obrońcy okazali się chętni do nauki. Wysoko ustawiona linia funkcjonuje niemal bez zarzutu (z Lyonem nawet w ostatniej minucie udawało się łapać na spalonym desperacko próbujących strzelić drugą bramkę Francuzów, wczoraj przy golu Joe Cole’a zagapił się wprawdzie Vertonghen, ale można usprawiedliwić go faktem, że nie grał na swojej pozycji). A jak nie funkcjonuje, ma za plecami błyskawicznie ruszającego na spotkanie rywali Llorisa, ubiegającego ich nawet kilkanaście metrów przed polem karnym. Podczas meczu z West Hamem wybiegając naprzeciw Taylora Francuz uratował drużynę przed utratą trzeciej bramki – a chwilę później było już 2:2; bez problemu wyłapywał też dośrodkowania i dobrze współpracował z kryjącymi strefą kolegami przy rzutach rożnych. O tym, że obrońcy są chętni do nauki, świadczy także przypadek Dawsona: w sierpniu o włos od sprzedania do QPR, dziś lider defensywy i pierwszy na liście do przedłużenia kontraktu.

Po drugie, chłopaki nie pękają. Od straszliwego meczu w grudniu, kiedy w kilku ostatnich minutach stracili dwa gole na Goodison Park i zamiast zwyciężyć, zeszli z boiska jako pokonani, podobne przypadki się nie powtarzają, ba: teraz to Tottenham zdobywa bramki i punkty w końcówce meczu. Po porażce z Evertonem Villas-Boas mówił, że kompletnie zmienił strukturę treningów – teraz ćwiczenia wymagające największej koncentracji serwuje drużynie pod sam koniec zajęć. Najwyraźniej działa, bo i w Lyonie, i w Londynie podczas derbów, i wcześniej z MU, gole dla Tottenhamu padały na kilkadziesiąt sekund przed końcem.

Po trzecie, chłopaki są elastyczne. 4-2-3-1, 4-4-2, 4-4-1-1, przez dobrych kilka minut w Lidze Europejskiej także gra trójką środkowych obrońców (z Assou-Ekotto przesuniętym na skrzydło) – drużyna bez większych problemów przystosowuje się do oczekiwań trenera. Zmieniający pozycję Bale, Dempsey i Sigurdsson jako fałszywi skrzydłowi, przemieszczający się między liniami Holtby, Lennon biegający także po prawej, napastnik wracający do linii środkowej i schodzący na skrzydła, by zrobić miejsce dla wbiegających z głębi pola kolegów – wszystko to już widzieliśmy i zapewne zobaczymy jeszcze więcej.

Oczywiście nie miałbym nic przeciwko temu, żebyśmy zobaczyli więcej bramek Garetha Bale’a. Ale nie tylko jego miałem ochotę wczoraj uściskać.

Błędne koło

1 . „Dlaczego kilkanaście godzin po pucharowej porażce z Blackburn mielibyśmy ochotę zaprowadzić menedżera Kanonierów do psychoterapeuty?” – pytałem w niedzielne popołudnie. No to już znamy odpowiedź – niezależnie od wyniku dzisiejszego meczu z Bayernem, w którym jego Arsenal został po prostu zdeklasowany – udzielił jej sam Arsene Wenger na wczorajszej konferencji prasowej. Mielibyśmy ochotę zaprowadzić go do psychoterapeuty, bo naprawdę tego potrzebuje. Bo nie radzi sobie z nagromadzeniem emocji, związanych z nierówną formą swoich podopiecznych, z osłabieniami, które spotkały klub w ostatnich latach, z idącym w ślad za nimi brakiem wyników i niesprawiedliwą krytyką mediów. Bo nie wytrzymuje presji wpisanej w zawód, który wykonuje. Bo (to problem najpoważniejszy) osłabia w ten sposób drużynę: od dawna jestem przekonany, że jeden z kluczy do zdarzających się coraz częściej niepowodzeń Arsenalu leży w fakcie, iż piłkarze czują za plecami osobowość coraz wrażliwszą, coraz bardziej niepewną siebie, coraz bardziej neurotyczną.

Strach powiedzieć: to już nie jest ten lekko zdystansowany wykładowca z dyskretnym poczuciem humoru, stający przed gromadą mocno przeciętnych uczniów, przyjazny i nieskończenie cierpliwy wobec ich kolejnych pomyłek przy tablicy. To człowiek, który psychicznie cierpi i który sam przyznaje, że problem Arsenalu leży w sferze psychiki: że w drugich połowach meczów forma jego zawodników jest wprawdzie mistrzowska, ale na pierwsze 45 minut wychodzą z dziwnie spętanymi nogami. Problem w tym, że najwyraźniej nie potrafi udzielić odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się dzieje – dlaczego dziś zdarzyło po raz kolejny. A nie udzielając odpowiedzi, naraża się na konfrontację z ludźmi, którzy – coż za smutny paradoks – daliby bardzo wiele za to, żeby nadal móc szanować go tak, jak go szanowali przez minionych 16 lat.

2. Jak zauważył Sam Wallace, prędzej spodziewalibyśmy się, że Arsene Wenger przyniesie swoim piłkarzom chipsy i piwo, niż wejdzie w ostre zwarcie z dziennikarzami. „Dlaczego na mnie patrzysz?” – pytanie zadane wczoraj dziennikarzowi „Daily Mail” Neilowi Ashtonowi, i riposta tego ostatniego („Bo to twoja konferencja prasowa…”) będą odtąd niepomijalnym epizodem w każdej książce biograficznej o obecnym – pytanie, jak długo jeszcze – menedżerze Arsenalu, podobnie jak zawoalowane oskarżenie, że to Ashton wyniósł (do konkurencyjnej gazety?!) informacje o rzekomych negocjacjach na temat przedłużenia kontraktu Wengera. Epizodem otwierającym? Kulminacyjnym? Kluczowym? To oczywiście zależy od tego, jak dla Kanonierów zakończy się ten sezon. Niezależnie od tego, co wydarzyło się dzisiaj na Emirates, powtórzę to, co napisałem dwa dni temu: jeśli Arsenal wywalczy awans do kolejnej edycji Ligi Mistrzów („Puchar czwartego miejsca”, jak to ładnie nazwał Michał Zachodny), jeśli menedżer przedstawi sensowny plan wzmocnień i dobrze rozpocznie następne rozgrywki – przedłużenie kontraktu, wokół którego wybuchła burza na wczorajszej konferencji, mimo wszystko nie powinno być trudne. Temat ten przyjdzie rozwinąć, najpierw warto powiedzieć rzeczy elementarne.

Arsene’a Wengera wyprowadził z równowagi zmyślony – podkreślam, zmyślony – artykuł na temat jego przyszłości. Z tego, co mówił dziennikarzom, możemy wnosić, iż odebrał tekst jednego z brukowców jako próbę wbicia klina między niego a zarząd i właścicieli Arsenalu oraz uruchomienia dodatkowych pokładów frustracji w kibicach, przeżuwających jeszcze gorycz porażki z Blackburn („Źle mu idzie, a te cymbały chcą jeszcze przedłużać z nim umowę?!”). Niewykluczone, że miał rację. Problem w tym, że emocje, które odsłonił przy okazji, po dzisiejszej klęsce obrócą się przeciwko niemu ze zdwojoną siłą. „Wenger goni w piętkę” – nawet najbardziej szanujący go dziennikarze w takim duchu opisują wydarzenia, a ci nieszanujący problem już zdefiniowali z dużo większą ostrością: Wenger ma zbyt bezpieczną posadę, nie czuje presji, może wszystko, nic go nie obchodzi i stąd kiepskie wyniki.

To ostatnie jest oczywiście bzdurą. Owszem, Wenger dał przez lata wystarczająco wiele powodów, by zarząd i właściciele klubu traktowali go z pełnym zaufaniem, wiele też wskazuje na to, że niejedna decyzja związana z wydawaniem, a zwłaszcza niewydawaniem pieniędzy, zapadła nad jego głową. Pisanie jednak, że nie czuje presji ktoś, kto podczas każdego spotkania zwija się w kłębek na ławce rezerwowych, przegrywa heroiczny bój z zamkiem błyskawicznym swojej malowniczej skądinąd kurtki i ciska o murawę butelkami, wydaje mi się kuriozalne. Menedżera Kanonierów presja po prostu zżera. Gdyby tak nie było, nie dałby się wyprowadzić z równowagi bredniom jednej bulwarówki.

3. Jest 19 lutego 2013 roku, Arsenal przegrał mecz w Lidze Mistrzów z drużyną zaliczaną do faworytów rozgrywek, bezkonkurencyjną zarówno we własnej lidze, jak w dotychczasowym marszu przez Europę. Odpadnięcie z drużyną Neuera, Schweinsteigera, Javiego Martineza (cóż za spotkanie rozegrał dzisiaj, ależ przydałby się Arsenalowi ten zawodnik, obserwowany zresztą kiedyś przez Wengera, ale będący poza budżetowymi możliwościami Kanonierów…), Müllera, Ribery’ego i Mandżukicia nie byłoby dyshonorem dla żadnej z angielskich drużyn. Podejrzewam, że Mancini i Benitez nie mieliby nic przeciwko, żeby dzisiaj być na miejscu Wengera – przynajmniej w chwili, gdy wyprowadzał drużynę na mecz przy dźwiękach „Zadok the Priest”.

Zważmy również, zostawiając na boku osławioną kwestię ośmiu lat bez tytułu („Dziękuję za to pytanie, dawno go nie słyszałem” – ironizował wczoraj menedżer Arsenalu, gdy padła po raz kolejny): w ubiegłym sezonie, mimo utraty Fabregasa i Nasriego oraz wielomiesięcznej kontuzji Wilshere’a, Arsenal zajął trzecie miejsce w angielskiej ekstraklasie. W tym sezonie jest na razie na miejscu piątym, z niewielką, łatwą do odrobienia stratą. Za 10 dni derby Londynu, wymarzona okazja, żeby z czterech punktów zrobił się punkt.

Próbuję, jak widzicie, obronić tezę z poprzedniego wpisu: osiem lat w piłce to epoka. Bazując na aktualnych możliwościach, fani Arsenalu i opisujący go dziennikarze nie powinni mówić o wygrywaniu Ligi Mistrzów, sięganiu po mistrzostwo czy zdobywaniu krajowych pucharów: zadanie na ten sezon jest jedno, dokładnie takie samo jak w przypadku Tottenhamu. Awansować do Ligi Mistrzów po raz kolejny. Nie dać się wyprzedzić rywalowi z dzielnicy. I zacząć budowę jeszcze raz, w oparciu o grono młodych Brytyjczyków, którzy podpisali właśnie wieloletnie kontakty.

Z dystansu lepiej widać: Jupp Heynckes mówił wczoraj, że wyjąwszy mecz z Blackburn, Arsenal ma całkiem dobry sezon. Całkiem dobry sezon całkiem dobrej drużyny – tylko że ta całkiem dobra drużyna musiała dziś grać z drużyną wybitną.

4. Oddając sprawiedliwość Bayernowi za koncert gry w pierwszej połowie (lepszej drużyny na angielskich boiskach w tym sezonie nie oglądaliśmy), zachwycając się Martinezem, Kroosem czy Lahmem, zgadzając się, że Chelsea czy MC też by Bawarczykom nie podskoczyły i zastanawiając się nad tym, co właściwie Guardiola mógłby jeszcze poprawić w ich grze, nie powinniśmy jednak stawiać w tym miejscu kropki. Klasa rywala jest niekwestionowana, ale błędy przy wyprowadzaniu piłki nie były jej skutkiem. Szczęsny czy Koscielny nie musieli wykopywać jej w aut, a Mertesacker pod nogi Martineza, za każdym razem wytracając impet Arsenalu i czyniąc jego zadanie jeszcze trudniejszym. Ramsey, Vermaelen, Mertesacker, Sagna i Szczęsny mogli lepiej się ustawiać i szybciej reagować przy akcjach bramkowych (zwłaszcza odpuszczone krycie Müllera przez o głowę wyższego Mertesackera musi boleć kibiców i trenerów Arsenalu, ze Stevem Bouldem na pierwszym miejscu). Lahm nie musiał mieć tyle wolnego miejsca podczas swoich rajdów, gdyby wracali za nim Podolski czy Cazorla.

Są też problemy poważniejsze, od lat je wymieniam na tym blogu. Liderzy drużyny. Piłkarze tacy jak niegdyś Partick Vieira czy Tony Adams. Organizatorzy w defensywie, potrafiący potrząsnąć kolegami z przodu. Charaktery z pewnością silniejsze niż ci, których oglądamy dziś w koszulkach z armatką. „Ten zespół jest lepszy niż uważacie”, powtarza Wenger swoją mantrę. Piłkarsko z pewnością ten zespół nie jest zły – swoją klasę w ostatnich miesiącach potwierdzali Cazorla, Walcott, Giroud czy Arteta, czasami także Podolski i Oxlade-Chamberlin, nawet dziś w pierwszych minutach szybki Walcott zakręcił ociężałym van Buytenem, a po akcji Rosicky-Walcott-Giroud w drugiej połowie było blisko wyrównania – piłkarsko, powiadam, bo charakterologicznie… Jack Wilshere jest zbyt młody, by samemu udźwignąć odpowiedzialność, z Wojciecha Szczęsnego po kilku błędach (w gruncie rzeczy może po nieudanym Euro) zeszło powietrze, kapitan Vermaelen jest wśród mylących się najczęściej, Arteta z łatwością mógł dziś dostać czerwoną kartkę. Czy w miejsce Ramseya nie powinien grać Diaby? Nie za późno weszli Rosicky i Giroud? Zostawmy te pytania na rzecz bardziej generalnych.

5. Niewykluczone, że Arsene Wenger próbował wczoraj zachować się jak Jose Mourinho: wzbudzić zamieszanie wokół siebie, zdejmując presję z piłkarzy, zintegrować swoich podopiecznych, próbując im wmówić, że cały świat jest przeciwko nim, zamknąć drużynę w oblężonej twierdzy i natchnąć do walki… Jeśli tak, to się nie udało. Piłkarze z północnego Londynu znów wyszli na mecz dziwnie spięci, błyskawicznie stracili pierwszą bramkę i stosunkowo szybko drugą, a podnieść się spróbowali dopiero po przerwie – dokładnie tak, jak to opisywał Wenger. Dodajmy, że ów powrót po przerwie ułatwił im błąd sędziów (Arsenal zdobył bramkę po rogu, którego nie było), i że Bawarczycy wcale się tym błędem nie przejęli. „Mamy wewnętrzny spokój i cierpliwość” – mówił na przedmeczowej konferencji Bastien Schweinsteiger. Wszystko można powiedzieć o dzisiejszej ekipie Arsenalu, ale nie to.

Znamy logikę mediów. Zegar tyka, pewnych słów się nie zapomina, taka porażka to idealny pretekst, żeby uderzyć w Wengera po raz kolejny. Szkopuł w tym, że jesteśmy w błędnym kole. Równie dobrze można powtarzać: pozwólcie tej drużynie wygrać parę meczów w lidze i odzyskać pewność siebie, a potem wzmocnijcie ją liderem defensywy i naprawdę solidnym defensywnym pomocnikiem. Nie wpadajcie w histerię z powodu wpadki w pucharze krajowym, nie dziwcie się klęską w starciu z arcyrywalem w pucharze kontynentalnym, nie żądajcie od menedżera rzeczy ewidentnie niemożliwych. Zaczekajcie do maja.

„Będzie wam mnie brakowało” – zakończył wczorajszą konferencję prasową Arsene Wenger.

Bale! Bale! Bale!

Zrobiłem szybki przegląd swoich zapisków na tym blogu i okazało się, że od listopada 2010, kiedy Gareth Bale przedstawił się światu w dwumeczu z Interem, w zasadzie nie zajmowałem się szerzej jego grą (no, może poza powracającymi co jakiś czas wyrazami niesmaku, z jakim przyjmowałem wszystkie te momenty, w których tarzał się po ziemi udając sfaulowanego). Zastanowiło mnie, dlaczego, i uświadomiłem sobie, że chodzi o uczucie lęku, związane z przekonaniem, że jak tylko nadmiernie się z nim utożsamię, jak tylko sprawię sobie koszulkę z jego numerem na plecach, jak tylko zacznę się puszyć, jakiegoż to gościa mamy – odejdzie sobie do Realu czy innej Barcelony. No trudno, dłużej się tak nie da. W ciągu ostatnich tygodni Walijczyk niemal samodzielnie ciągnie Tottenham w kierunku Ligi Mistrzów. Dziewięć goli w dwunastu meczach ligowych, cztery w ostatnich trzech plus gol w meczu reprezentacji, do znudzenia powtarzane przez menedżerów rywali, ekspertów i dziennikarzy słowo „unplayable”, namolne zgłaszanie do tytułu piłkarza roku obok van Persiego, Suareza czy Michu – wszystko to zmusza do zabrania głosu.

Nie żebym zamierzał pozostać na poziomie jałowych zachwytów. Piszę o Bale’u przede wszystkim dlatego, że zaimponowała mi decyzja Andre Villas-Boasa o wystawianiu go w środku pola i pozostawieniu taktycznej swobody. Supergwiazda Tottenhamu nie biega już na lewym skrzydle, kończąc swoje akcje dośrodkowaniami i nie zmienia się w trakcie spotkań pozycją z Aaronem Lennonem. Szczęśliwie jego portugalski menedżer znalazł rozwiązanie najpoważniejszego jak dotąd problemu, mogącego skomplikować walkę drużyny o miejsce w pierwszej czwórce: kontuzji Sandro. Brazylijczyk imponował wszak nie tylko statystykami wślizgów i przejęć piłki – kiedy już ją odebrał, potrafił bardzo szybko zainicjować akcję Tottenhamu. Gdy jego miejsce na boisku zajął Scott Parker, koła zaczęły buksować: zarówno wracający po wielomiesięcznej przerwie reprezentant Anglii, jak partnerujący mu Moussa Dembele zwalniali grę, owszem – piłka krążyła od nogi do nogi (choć celność podań Parkera pozostawia ostatnio wiele do życzenia), ale zanim docierała w pole karne przeciwnika, ten zdążył już zastawić szyki obronne, Bale natomiast bywał poza grą – pieczołowicie pilnowany przez bocznego obrońcę do spółki z którymś z kolegów z drugiej linii. Wszystko zaczęło się w drugiej połowie meczu z Norwich i było kontynuowane w meczu z West Bromwich – o czym przed tygodniem wspominałem – ale z Newcastle zadziałało w sposób najbardziej widowiskowy. Nie byłoby zwycięskiego gola dla Tottenhamu, gdyby nie ta zmiana pozycji: Bale nie zabrałby się z akcją po zgraniu Adebayora, bo prawdopodobnie byłby schowany gdzieś za plecami kolegi, podobnie jak nie byłoby kolejnych jego okazji w końcówce.

Nie zamierzam pozostać na poziomie jałowych zachwytów także dlatego, że Gareth Bale wciąż sprawia wrażenie, jakby chodził nogami po ziemi. Owszem, strzelił pięknego gola z wolnego, ale to dlatego, że od lat pracował nad tym na treningu (a i Perch w murze nie podskoczył). Owszem, był rad ze strzelonych bramek, ale zwycięstwo drużyny jest ważniejsze, a i z faktu, że zmarnował kolejne okazje (zobaczcie załączony obrazek) nie jest zadowolony – zwłaszcza tę najłatwiejszą, którą próbował wykończyć w końcówce słabszą, prawą nogą. Wniosek: musi się jeszcze dużo uczyć, więcej trenować, ciężej pracować. O swojej przyszłości miał długą rozmowę z trenerem, przekonanym, że obaj mogą zrealizować swoje ambicje podbijania Ligi Mistrzów z Tottenhamem. No naprawdę, jeszcze parę takich wywiadów i dam się nabrać, że nie zostanie następnym Modriciem (skądinąd, jak tam Modriciowi idzie?).

Faktem jest, że w ostatnich kilku meczach rywale nie mieli pomysłu na zatrzymanie Garetha Bale’a. Że jest w niebywałej formie, że nowa pozycja na boisku mu służy, że koledzy potrafią go uruchomić (zobaczcie podania, które otrzymał – warto zauważyć, że najczęściej dostawał piłkę od dobrze wprowadzającego się do drużyny Lewisa Holtby’ego i że często było to w okolicach linii środkowej, skąd zaczynał się rozpędzać), a on sam – zwłaszcza kiedy wszyscy na boisku wydają się podmęczeni – wrzuca wtedy piąty bieg. Pamiętacie jedną z akcji w doliczonym czasie gry, kiedy niedbałym ruchem stopy przyjął długie podanie Assou-Ekotto, dwoma kolejnymi pozbył się dwóch usiłujących mu przeszkodzić rywali, a czwarty ruch stopy zmusił Tima Krula do fenomenalnej interwencji?

Jestem kibicem Tottenhamu, co oznacza, że zawsze mam złe przeczucia. Pamiętam, że przed rokiem o tej porze również wygraliśmy z Newcastle i mieliśmy niezłą pozycję do walki o trzecie, a może nawet drugie miejsce. Martwię się kontuzją Jermaina Defoe i tym, że nie kupiliśmy w styczniu napastnika. Z drugiej strony widzę, że wrócił Adebayor, że w drużynę wkomponował się Holtby, że przed Balem skuteczny był Dempsey. Słyszę, że jutro wznowi treningi Kaboul, a Defoe może wykuruje się do kluczowego meczu z Arsenalem. Jest chemia między piłkarzami a menedżerem. Jest rozpęd i wiara w siebie. Są wyniki. O kryzysie mówią ostatnio raczej w kontekście Manchesteru City, Chelsea czy Arsenalu. Nie zamierzam się tym martwić.

PS Oprócz Bale’a zajmowałem się w ten weekend Borucem. Darujcie wpis pomijający wszystko inne – nadrobimy w tygodniu. Obecny dziś na Old Trafford Jose Mourinho narobił mi smaka na blogowanie całą środę.

PS 2 A poza tym uważam, że trzeba przedłużyć kontrakt z Frankiem Lampardem.

A poza tym uważam

Dwa dni, dwa świetne mecze, a pomiędzy nimi jeszcze wyjazdowe zwycięstwo Tottenhamu. W zasadzie, gdyby redakcyjne obowiązki pozwalały, mógłbym pisać o tym cały wieczór. Niestety nie pozwalają, a w dodatku fakt, że są w tym kraju lepsi fachowcy od Chelsea, doradza ostrożność w rozpisywaniu się na jej temat.

Przyznaję: próbowałem obejrzeć mecz Newcastle-Chelsea na chłodno, tak jakbym patrzył na obie drużyny po raz pierwszy – bez świadomości wszystkich korowodów, wywoływanych podczas ostatnich kilku sezonów przez Romana Abramowicza. W przypadku Newcastle zresztą nie było aż tak trudno: odszedł Demba Ba, za to w zespole pojawiły się nowe twarze, a na trybunach – nowy duch, tchnięty przez kibiców w paryskich trykotach. „Małej Francji” nad rzeką Tyne zrobiło się tak dużo, że obrońca Steven Taylor opowiada o otrzymanych w prezencie od ojca płytach CD z kursem języka francuskiego – do słuchania w samochodzie… Dziesięciu piłkarzy z kadry pierwszego zespołu to Francuzi, dla kolejnych czterech francuski to pierwszy język, w wyjściowej jedenastce oprócz Cabaye’a pojawili się sprowadzeni dopiero co Debuchy, Gouffran i oczywiście Moussa Sissoko – zawodnik, który kosztował zaledwie 1,8 mln funtów (ta cena, wraz w porównywalnymi kwotami zapłaconymi za Michu i Lewisa Holtby’ego, to oszałamiający przykład, że dobry skauting czyni cuda…). Sprowadzony z Tuluzy pomocnik jest szybki, silny, ma zarówno ciąg na bramkę, jak oko na kolegów biegających przy liniach bocznych; dynamika jego rajdów przypomina trochę Essiena z najlepszych czasów, a trochę Yaya Toure. Ale skupianie się na nim byłoby niesprawiedliwe: operujący za jego plecami Gouffran i Cabaye świetnie ograniczali przestrzeń dla pomocników Chelsea i umieli dobrze zainicjować kontrę.

Po kolei jednak. Pierwsza połowa zdominowana przez gospodarzy, z niezłym pressingiem i marnym wykończeniem akcji (albo dobrymi interwencjami Petra Cecha).
Wreszcie, na pięć minut przed przerwą, piłka wędrująca na lewą stronę, dośrodkowanie Santona, zagubieni Terry i Cahill w środku, główkujący Gutierrez – prowadzenie Newcastle. Mimo całej przewagi prowadzenie szczęśliwe, bo po przypadkowym kopniaku w twarz Demby Ba przez Colocciniego gościom należał się rzut karny.

Chelsea, co zrozumiałe, zaatakowała od początku drugiej połowy, zdobywając dwie piękne bramki: pierwszą po firmowym uderzeniu Lamparda z dystansu, drugą po przytomnym odegraniu Torresa do Maty (poza tą asystą napastnik gości w zasadzie nie istniał). Przy wszystkich komplementach dla strzelców, były to jednak momenty indywidualnego geniuszu, nie pracy zespołowej – choć i tej znalazłoby się parę przykładów, w kombinacjach Mata-Cole czy Lampard-Mata. Prawdziwie zdumiewające było jednak to, że po objęciu prowadzenia piłkarze Beniteza nie byli w stanie kontrolować gry i zostawili rywalom tyle wolnej przestrzeni dla szybkiego ataku. I tym razem można było odczuć brak Mikela i Luiza – cokolwiek by mówić o Lampardzie i Ramiresie, rola defensywnego pomocnika nie jest naturalna dla żadnego z nich: obaj zapędzają się pod bramkę, zostawiając za sobą mnóstwo przestrzeni. Wielu dziennikarzy fundamentalnie skrytykowało Terry’ego za nieudany wślizg podczas akcji zakończonej drugim golem dla Newcastle – problem w tym, że próbę przecięcia kontrataku powinien w tym sektorze boiska podjąć raczej defensywny pomocnik.

Kolejny problem Chelsa – zrozumiały, zważywszy na liczbę meczów i podróży w ostatnich miesiącach, to zmęczenie. Piłkarzom Beniteza znów zabrakło sił w końcówce; skądinąd: czy Hiszpan wkrótce po przejęciu drużyny nie narzekał na jej przygotowanie kondycyjne do sezonu? Ale problem kluczowy, myślę, leży nie we wszystkich dotąd wymienionych, mniej lub bardziej obiektywnych, nie w nierównej formie Torresa, przymusowej absencji Hazarda po czerwonej kartce i nie w wyjazdach na Puchar Narodów Afryki.

Najtrudniejsze w zadaniu Beniteza nie jest poukładanie rozsypujących się ciągle klocków. Po tym, jak wyglądają ostatnie tygodnie, cała szatnia już wie: nie ma ludzkiej siły, żeby Hiszpan pracował dłużej niż do maja. A skoro szatnia wie, to szatnia robi swoje. Puszcza mimo uszu, nie całkiem się przykłada, ogląda się raczej na swoich liderów. Słowem: powtarza się sytuacja, którą braliśmy na Stamford Bridge i w Cobham wystarczająco wiele razy. „Dłużej klasztora niż przeora”, mruczał do siebie i kolegów John Terry, kiedy Andre Villas-Boas chciał, żeby grali wysoką linią obrony, i mruczy także tym razem, kiedy Rafa Benitez domaga się, żeby zaczęli więcej biegać.

Demoralizacja, to jest słowo, którego szukam. Tymczasowość trenerów, stabilizacja świetnie opłacanych piłkarzy (poza Frankiem Lampardem, z którym władze klubu postanowiły nie przedłużyć kontraktu – ceterum censeo, powinny ten kontrakt
przedłużyć), niekompetencja zarządu… Żeby nie wiem jak dobrym trenerem był Rafa Benitez, pewnych rzeczy nie przeskoczy.

W kontekście jego osiągnięć na Stamford Bridge w innym świetle można widzieć ubiegłoroczne postępy Andre Villas-Boasa, nieprawdaż? W Premier League Portugalczyk nie przegrał od 9 grudnia, z dwóch tegotygodniowych wyjazdów przywiózł 4 punkty, a po tym, co jego piłkarze pokazali dzisiaj, uwierzyłem, że kiepska pierwsza połowa z Norwich była rzeczywiście konsekwencją silnego wiatru, pod który musieli grać.

Wiele jest powodów, dla których mógłbym komplementować AVB – o tym, jak pod jego okiem rozwinęli się najpierw Defoe, a później Lennon, już zresztą pisałem, podobnie jak o genialnym przed kontuzją Sandro i o sprawiedliwym osądzie każdego zawodnika (o tym, że się nie uprzedza, świadczy powrót Dawsona do pierwszego składu). W przerwie meczu z Norwich Villas-Boas podjął jeszcze jedną decyzję; decyzję, której trzymał się także dziś – o przesunięciu Garetha Bale’a ze skrzydła do środka pola, i wydelegowaniu bliżej linii bocznej Dempseya. Bale znów jest w życiowej formie, bramki w obu meczach były fenomenalne, ale na tym rzecz się nie kończy: o ile w kilku spotkaniach po kontuzji Sandro i powrocie do gry Parkera problemem było szybkie przechodzenie z obrony do ataku, „buksowanie kół” w środku pola, wygląda na to, że dzięki temu manewrowi sprawę udało się rozwiązać. Po pierwsze, dzięki szybkości Bale’a, po drugie dzięki talentowi Dempseya do gry między liniami, po trzecie dzięki pojawieniu się w drużynie Lewisa Holtby’ego. Już w meczu z Norwich Niemiec błyskawicznie pozbywał się piłki – będąc przy tym niezwykle precyzyjny; tym razem było podobnie.

Oczywiście były także momenty niepewności – WBA grało podobnie jak Norwich, długą piłką na wysokich napastników, którzy z łatwością przeskakiwali Dawsona i Vertonghena, i próbą złamania wysokiej linii obrony. Szczęśliwie w pierwszej połowie Long zmarnował dwie dobre okazje, a i Lloris pokazał, że kluczowym elementem gry bramkarza w takim ustawieniu jest błyskawiczne wyjście przed pole karne. Kiedy zaś po przerwie czerwoną kartkę za plucie w kierunku Walkera otrzymał Popow (brawo dla prawego obrońcy Tottenhamu, który nie dał się sprowokować, i brawo dla Steve’a Clarke’a, że nie próbował chamstwa bronić), stało się jasne, że najgorszym, co może spotkać Tottenham, jest bezbramkowy remis. 70 proc. posiadania piłki, 91 proc. celnych podań, płynność, zaangażowanie w grę wszystkich zawodników – dawno już nie miałem takiej przyjemności patrząc na grę piłką ukochanej mej drużyny. Pal licho nawet bramkę – zobaczcie, ile podań trzeba było wymienić, żeby piłka wpadła do siatki.

O szansach Tottenhamu na Ligę Mistrzów wciąż nie myślę się wypowiadać, choć niektórzy zdają się uważać, że w takiej formie Gareth Bale wywalczy ją klubowi jednoosobowo. Żarty na bok: niewiadomych jest dużo, kluczową jest dyspozycja, a raczej zdrowie napastników: dziś wypadł Defoe, obawiam się, że raczej na dłużej niż krócej; Adebayor wraca wprawdzie z Pucharu Narodów Afryki, ale do tej pory jakoś nie mógł wejść w sezon. W odróżnieniu od Chelsea jednak: tu piłkarze nie kwestionują roboty menedżera, wręcz przeciwnie: wierzą, że może ich czegoś nauczyć.

Tak jak zaczął uczyć Sturride’a. Skoro komplementujemy Villas-Boasa: Marcin Napiórkowski zauważył na Twitterze, że to Portugalczyk zaczął dawać szanse młodemu Anglikowi, który dziś w barwach Liverpoolu był jednym z najlepszych na boisku i świetnie współpracował z Luisem Suarezem – zobaczcie, ile podań między sobą wymienili.

Nad Liverpoolem unosi się wprawdzie klątwa niewygranego meczu z którymkolwiek z zespołów z górnej połówki tabeli, ale w tym przypadku wygraną odebrał mu własny bramkarz. Henry Winter, którego wiele sądów szczegółowych traktuję z dystansem (proangielska i proliverpoolska stronniczość bije po oczach), napisał dobre zdanie, że spotkanie na Etihad miało wszystko z wyjątkiem zwycięzcy: fantastyczne bramki (Aguero, Gerrard, Sturridge), znakomitą grę poszczególnych piłkarzy (Gerrard, Silva, Sturridge, Milner), ale też symulacje (Sturridge, niestety), błędy bramkarzy (Reina przy golu Aguero, ale też Hart w pierwszej połowie), taktyczne przegrupowania (przegrywający MC na 3-5-2), a w końcu – potwierdzenie starej prawdy, że grać należy do gwizdka (MC czekało na interwencję sędziego przy kontuzji Dżeko, kiedy Sturridge zdobywał bramkę wyrównującą). Warto odnotować gola Bośniaka i w ogóle docenić Edina Dżeko za cały ten niełatwy czas siedzenia na ławce, w cieniu głośniejszych rywali do miejsca w ataku. Pisałem o powodach, dla których nikt nie będzie w Manchesterze płakał za Balotellim – właściwie powinienem zacząć od powodu z dziesiątką na koszulce.

A skoro już cytuję Wintera, to uczciwie oddam mu puentę. Zdanie, że mecz MC-Liverpool nie miał zwycięzcy, nie było do końca prawdziwe. Zwycięzca nazywa się Alex Ferguson.

Poza tym uważam (jak powiedzieliby Kato Starszy i Czado Sarszy), że kontrakt z Frankiem Lampardem powinien być przedłużony.

Najdłuższy dzień w roku

08.15

No to zaczynamy, po raz nie liczę już który w historii tego bloga, całodzienne towarzyszenie zamykaniu okienka transferowego w Premier League. Szaleństwo plotek w internecie, rozgorączkowani dziennikarze, Harry Redknapp w oknie samochodu, tłumy kibiców przed ośrodkami treningowymi, filmowane w tle dziennikarzy Sky Sports, prezes Levy próbujący znaleźć jakiegoś napastnika na przecenie o 23.30 i przyznający się do porażki kilkadziesiąt minut później, psujące się faksy w siedzibie władz Premier League… Wszystko to braliśmy. Chociaż tyle dobrze, że nie ma śniegu – transfer Arszawina przed czterema laty (wtedy też blogowaliśmy…) potwierdzono prawie z dobowym opóźnieniem bodaj właśnie z powodu nagłego ataku zimy.

08.30

Zaczynamy, nie nastawiając się na żadne sensacje. Widmo finansowego fair play, a i ogólny kryzys w świecie ekonomii, ograniczyły jednak szaleństwo zakupowe klubów. Nawet w Manchesterze City nie rozglądają się nadmiernie za następcą Balotellego. Generalnie – jak zwykle zresztą w styczniu – kupować będą ci, którzy mają nóż na gardle, zwłaszcza Queens Park Rangers, i ci, którzy lubią hazard. Ale nawet w przypadku tych ostatnich (piję do Tottenhamu), nie obejdzie się bez myślenia o bilansie – jeśli w klubie pojawi się jakiś niedrogi zmiennik Adebayora i Defoe’a (w przyjście Leandro Diamao już teraz, zimą, kompletnie nie wierzę, wbrew doniesieniom „Timesa”), to równocześnie odejdą zawodnicy, których wysokie kontrakty obciążają klubowy budżet bez wyraźnego zysku sportowego. O przejściu Jenasa i Bentleya (oraz wypożyczeniu Townsenda) do QPR ćwierka się od wczoraj, podobnie jak o odejściu Huddlestone’a do Fulham.

W przypadku angielskiego pomocnika ten nowy początek leży w interesie wszystkich stron. Andre Villas-Boas chciałby, żeby jego druga linia grała szybką piłkę, opartą na wymienności pozycji i intensywnym pressingu – coś takiego potrafi Dembele, coś takiego pokazał wczoraj Lewis Holtby (na dwadzieścia kilka podań, które odnotował po wejściu na boisku bodaj 90 proc. było bez przyjęcia – świetna zmiana), coś takiego robił także Sandro. Huddlestone, z jego brakami szybkościowymi, nie bardzo tu pasuje, a po kontuzji nie wróciła mu jakoś precyzja długich podań, z których słynął. Martin Jol zna go i lubi; myślę, że będzie potrafił mu pomóc wrócić do formy, a zarazem ustawić taktykę pod jego silne strony.

09.00

Pisząc o dzisiejszych transferach, będziemy mieć w tyle głowy wczorajsze mecze. O Tottenhamie, który przywiózł remis z Norwich już wspomniałem. Okropna pierwsza połowa, grana pod silny wiatr, uniemożliwiający obrońcom i bramkarzowi przewidzenie toru lotu piłki, szeroka gra Norwich, długie piłki za plecy wysoko ustawionej defensywy i agresywna gra na Parkera i Dembele w środku pola – Chris Hughton okazał się jednym z tych menedżerów, którzy odrobili lekcję i wiedzieli, jak sprawić problemy drużynie Villas-Boasa. Wiele w ostatnich dniach napisano (i wiele napisze się dzisiaj) o ryzyku, jakim jest posiadanie w kadrze tylko dwóch nominalnych napastników, ale to Sandro brakuje przede wszystkim Tottenhamowi: szybkiego, zdecydowanego, agresywnego, ale bezbłędnego w odbiorze i szybko pozbywającego się piłek. Zaprawdę: dopiero po wejściu Holtby’ego to był ten Tottenham, który może mieć szansę na pierwszą czwórkę: grający z tempem i rozmachem na połowie rywala. Dobrym ruchem było też dokonane w przerwie przesunięcie Bale’a ze skrzydła za plecy Defoe’a i wydelegowanie Dempseya na lewo – Amerykanin i tak schodził do środka, który wreszcie udało się zdominować, a Walijczyk ze środka właśnie przeprowadził rajd zakończony golem. Przy okazji: warto docenić, że choć w pierwszej fazie akcji był faulowany, nie wywrócił się, tylko dalej pędził na bramkę. Opłaciło się…

09.15

Oczywiście obejrzeliśmy wczoraj jeszcze lepszych piłkarzy niż Bale. Nie byłoby remisu Arsenalu bez doskonałej gry Jacka Wilshere’a. To, co Kanonierzy wyprawiali w obronie, było po prostu straszne: chaosu i pomyłek było tyle, że w zasadzie dwubramkowe prowadzenie Liverpoolu po godzinie gry można uznać za najniższy wymiar kary (jeśli dziś jest ostatni dzień okienka, Arsene Wenger powinien poszukać przede wszystkim drugiego lewego obrońcy, bo Gibbs znów złapał kontuzję, a Andre Santos etykiety pośmiewiska angielskich boisk nie pozbędzie się chyba nigdy; oraz pomocnika, który potrafiłby asekurować grę defensywy i napędzać akcje ofensywne – „destroyera” w stylu młodego Vieiry). Ileż miejsca mieli goście, jak statyczni byli obrońcy… nie chcę się nadmiernie pastwić nad Kanonierami; Tottenham przez 45 minut też grał wczoraj okropnie – powtórzę tylko jeszcze raz tych pięć nazwisk: Dixon, Adams (Bould), Keown, Winterburn. Nawet Arsene Wenger powinien pamiętać, że kiedyś jego obrona była wzorem organizacji dla całego kontynentu.

Jak to zwykle w przypadku tej drużyny: kiedy atakują, wygląda to fantastycznie. Wilshere ma wizję i determinację, Cazorla wizję do kwadratu, Walcott szybkość, Giroud – wreszcie – pewność siebie, co widać po statystykach ostatnich miesięcy; szkoda, że wczoraj prócz gola i asysty miał też żółtą kartkę za nurkowanie. Rozumiem też, że niełatwo gra się na Suareza. Nie sądzę jednak, żeby nawet najbardziej oddani kibice Arsenalu chcieli się ze mną spierać o wczorajsze popisy Santosa, Sagni, Mertesackera czy Vermaelena. No i skąd się bierze ta niewiara w siebie, pętająca nogi tej drużynie w pierwszej fazie meczu? We wczorajszym programie meczowym pokazano, jak wyglądałaby tabela Premier League, gdyby spotkania kończyły się po 45. minutach – Arsenal był w niej dwunasty… „Neurotyczny”, słowo, którego użyła wczoraj Amy Lawrence na określenie gry tej drużyny, jest słowem, którego właśnie szukałem… Co się zaś tyczy Liverpoolu: w przeszłości poświęciłem na tym blogu jeden czy dwa pochlebne akapity o Hendersonie; nie sądzicie, że ostatnie tygodnie pokazują, iż miałem rację? Że Sturridge, którego za występy w Chelsea często krytykowano, bardzo dobrze wkomponował się w drużynę? Że skoro jeszcze przyszedł Coutinho z Interu, to włączenie się jej do walki o pierwszą czwórkę jest nadal możliwe?

09.30

Sporządzam listę zakupów Harry’ego Redknappa na podstawie dzisiejszych mediów. Przy piętnastym nazwisku mówię stop i zabieram się do lektury mistrzowskiego absolutnie wpisu na mistrzowskim absolutnie blogu o „Anatomii transferowej sagi”. Spróbujcie nie użyć dzisiaj żadnego ze słów wyróżnionych tam kursywą i złotym kolorem.

09.50

Czyhający cichutko za plecami Tottenhamu Everton znowu wygrał. Wygląda na to, że jeden z bohaterów meczu Leighton Baines i tym razem nigdzie się nie wybierze (oj przydałby się w Arsenalu, przydałby się w Manchesterze United taki lewy obrońca…), podobnie jak Fellaini. To też rodzaj wzmocnienia, choć kibice woleliby pewnie, żeby kolano Leroya Fera było w lepszym stanie (transfer pomocnika Twente został anulowany po badaniach medycznych: Everton chciał się zabezpieczyć na wypadek, gdyby uraz miał się odnowić i zaproponował zmianę formy płatności – ponoć strony mają wrócić do rozmów w lecie).

10.05

Harry Redknapp wie nie tylko, jak utrzymać drużynę w Premier League. Wie także, co to znaczy, kiedy drużyna dzięki jego zakupom stacza się na finansowe dno. Czasem utrzymanie jest wszystkim, można więc zrozumieć Tony’ego Fernandesa, że choć już w wakacje kupił Markowi Hughesowi mnóstwo piłkarzy (i zgodził się im płacić bajeczne kontrakty; Redknapp odsuwając Bosingwę od składu i zabierając mu dwie tygodniówki za odmowę zajęcia miejsca na ławce rezerwowych, wyznał, że w Tottenhamie nawet największe gwiazdy nie zarabiają tyle, co portugalski obrońca), teraz sięga po kolejnych. Pytanie tylko, co dalej. Loic Remy przyszedł tu, nie do Newcastle, bo świetnie mu zapłacono. Wracający z Rosji Christopher Samba ma dostawać 100 tysięcy funtów tygodniowo i kosztować ponad 10 milionów funtów. Nie ma ludzkiej siły, żeby klub o takiej pojemności stadionu, o takiej bazie kibiców i takich możliwościach komercyjnych, był w stanie pokryć podobne wydatki. Wszystko wisi na panu Fernandesie. Jeśli mu się znudzi, kibice QPR przeżyją horror znany z Portsmouth czy Leeds.

Przed pojawieniem się Remy’ego i Samby na pensje w Queens Parku szło 150 proc. obrotów klubu, po ich przyjściu strach te proporcje liczyć. Ze zdrowym rozsądkiem, z rachunkiem ekonomicznym, z finansowym fair play, nie ma to oczywiście nic wspólnego.

10.17

Harry Redknapp w oknie samochodu. Naprawdę to widzę. Naprawdę słyszę klaksony aut, które przyblokował.

10.30

Chelsea chyba nikogo dziś nie kupi. Chyba że – przeżuwam w ustach suchara, miałem tego nie robić – kupi nowego menedżera. Patrzę na skrót meczu z Reading, czytam zaprzyjaźnionego bloga o taktyce walczącego o utrzymanie klubu i próbuję zrozumieć. Wypuścić dwubramkowe prowadzenie w ciągu ostatnich paru minut meczu? Nie umieć zareagować na niezaskakujące skądinąd zmiany (że wejdzie Le Fondre wiedzieliśmy nie od godziny, tylko od tygodni, w których wchodził i strzelał; brawo dla McDermotta także za wpuszczenie Akpana, który asystował jak w podobnej sytuacji w meczu z Newcastle)? Nie przeciąć w porę akcji (Mikel, wróć!)? Dać się nabrać na parę długich piłek? Nie umieć przetrzymać piłki w końcówce? Próbuję zrozumieć i nie rozumiem, jak można nie wygrać meczu, w którym – patrząc na skrót i statystyki, zastrzegam – miało się taką przewagę i takie okazje na podwyższenie wyniku, w którym do pierwszego strzału Le Fondre’a bramkarz Chelsea nie miał nic do roboty. Ktoś mi to wytłumaczy?

10.50

To się nie zdarzy, mamy już Holtby’ego, ale ciekawe: Porto odkupiło część praw do Joao Moutinho od jednej ze stron, których nadmiar uniemożliwił sfinalizowanie jego trnsferu do Tottenhamu latem. Może jakiś inny klient się zgłosi? Podobnie jak po Lukę Modricia: przy odrobinie determinacji półroczne wypożyczenie służyłoby pewnie wszystkim zainteresowanym.

I jeszcze z ciekawostek: jak to się właściwie odbywa. Wysłanie faksu jest zwyczajnie szybsze niż skanowanie wszystkich dokumentów i przesyłanie ich mailem.

11.05

Liczby, które za chwilę będą nieaktualne (za Deloittem): do tej pory kluby Premier League wydały w styczniu ok. 85 milionów funtów. Rok temu ostatniego dnia okienka suma wszystkich wydatków wzrosła z 30 do 60 milionów – w zasadzie nic się nie działo. Dwa lata temu, kiedy kluby zmieniali Fernando Torres i Andy Carroll rano mówiliśmy o wydanych 90 milionach, ale wieczorem już o 225. Przy okazji: dwa lata to bardzo dużo na aklimatyzację, Fernando…

11.30

O tym już wspomnieliśmy, ale napiszmy wprost: Daniel Levy wie, jak robić interesy. Modrić i Berbatow sprzedani za ponad 30 milionów to przykłady najgłośniejsze, ale znalazłoby się więcej. Holtby, któremu kończył się kontrakt, sprowadzony za (w zależności od źródeł) 1-1,5 miliona funtów, to może być – zdaniem „Guardiana” – transfer stulecia. Jeśli w tych samych okolicznościach uda mu się jeszcze sprzedać Jenasa i Bentleya, każdego za większe kwoty, niż wydał na Niemca… Od czasu klapy z Rebrowem, na wczesnym etapie zarządzania klubem, Levy zarabiał prawie w każdej sytuacji, nawet na piłkarzach, którym w Anglii się nie powiodło, jak Giovani dos Santos. W ostatnich wynikach klubu wykazano wprawdzie kilkumilionową stratę, ale dotyczyły okresu przed sprzedaniem Modricia. Jak na brak dochodów z Ligi Mistrzów i tylko 36-tysięczny stadion, prezesowi idzie wybornie.

Oczywiście Levy wie już, że aby klub się rozwijał – także finansowo – musi znów przebić się do Ligi Mistrzów, a potem rozbudować stadion. Jakie są granice ryzyka, które rozważa w takim dniu, jak dzisiejszy: napiąć budżet jeszcze raz i wzmocnić drużynę, żeby obroniła czwarte miejsce, czy utrzymać klub na poziomie ekonomicznej racjonalności niezależnie od tego, jak skończy sezon? Pewne jest, że jeśli usłyszy o piłkarzy wartym, powiedzmy, 10 milionów, który jest do wzięcia za 5 milionów, bo akurat jego macierzysty klub ma kłopoty, potrzebuje gotówki itd., sprowadzi go bez wahania. Nawet bez Harry’ego Redknappa, nasłuchujcie dziś wieści o Tottenhamie.

12.00

O legii cudzoziemskiej w Newcastle wszędzie już czytaliście. Pozwolę sobie więc tylko przypomnieć tekst, w którym rozpisałem się szerzej o szefie skautów tej drużyny, Grahamie Carrze. Facet, którego – niestety – wypuścił przed laty mój Tottenham, wyszperał i zarekomendował sprowadzenie nad rzekę Tyne m.in. Cheikha Tiote, Hatema ben Arfy czy Yohana Cabaye, doradzał kupno Demby Ba, potem Papissa Cisse. Przy czym warto dodać, że tego ostatniego obserwował przez pięć lat, a Tiote – cztery, w obu przypadkach czekając, aż wzrost umiejętności piłkarza korzystnie zbilansuje się z jego ceną (Cisse wyceniany był na 15 milionów funtów, kiedy pierwszy raz o niego pytali, 12 za drugim razem, a ostatecznie kupili go za 8,5 miliona; wartość Cabaye szacowano na 10 milionów, ale miał klauzulę w kontrakcie, dzięki której Newcastle zapłaciło tylko 4,5 miliona). Dziś przywiózł znad Sekwany kolejnych świetnych Francuzów, którzy pomogą drużynie wrócić na ubiegłoroczne ścieżki, a sam wydaje się najbardziej udanym tegorocznym transferem klubu – w lecie przedłużył z nim umowę na kolejne osiem lat. „Nie sądzę, byśmy wygrali z Aston Villą, gdyby nie transfer Sissoko” – mówił po ostatnim meczu menedżer „Le Toon” Alan Pardew, przedstawiając kolejnego w tym klubie zawodnika sprowadzonego prawie za darmo. Za pięciu importowanych z Francji piłkarzy Newcastle zapłaciło zaledwie 18 milionów – nic, tylko zazdrościć.

12.20

I to jest wreszcie jakaś wiadomość, pocieszmy się nią. David Beckham, który jeszcze parę dni temu pracował nad własną kondycją z pierwszym składem Arsenalu, przechodzi do Paris Saint Germain. Ściskam kciuki. Przyznam, że imponuje mi facet, który miał i ma wszystko, a wciąż jest głodny sportowych sukcesów. Kontrakt kontraktem, niewątpliwe korzyści wizerunkowe klubu niewątpliwymi korzyściami, ale dla mnie Beckham pozostaje wciąż najbardziej niedocenionym piłkarzem świata – może przez to że przez lata był piłkarzem najbardziej przecenianym.

Szokująca uwaga? Argumentację rozwijałem dwa lata temu: wszystkie te opowieści o kontraktach reklamowych, fryzurach i tatuażach, pomniku z czekolady albo figurce w świątyni buddyjskiej, przesłaniały prostą prawdę, że Beckham umie grać w piłkę i że na boisku nie ma w sobie nic z gwiazdora. Kiedy oglądam czasem jakieś mecze z jego udziałem, wciąż widzę, jak wraca za swoim obrońcą, jak odbiera piłki, jak podaje, jak mobilizuje kolegów, jak strzela. Owszem, wolałbym nie wiedzieć, że jacyś zwariowani Japończycy robili sobie operacje plastyczne, żeby wyglądać tak jak on. Ale, do licha, czy z takiego powodu przestaje się być dobrym piłkarzem?

Fajnie, że wiosną będę mógł pokazać dzieciakom, jak gra w Lidze Mistrzów. Nawet jeśli będzie wchodził na ostatni kwadrans rzucić jedną-dwie piłki do Ibrahimovicia – może zapamiętają.

12.50

Podczas przerwy na lunch przeczytajcie Wilsona o Pucharze Narodów Afryki. Wczoraj znów działy się rzeczy niepoczytalne, a sędziowanie było jeszcze gorsze od stanu boiska. Ale Adebayor awansował do ćwierćfinału i Tottenham (patrz wpisy powyżej) ma do dyspozycji tylko jednego, nie w pełni zdrowego napastnika…

12.55

Albo przeczytajcie raz jeszcze, jak to się robi. Tak Leon Best przechodził z Coventry do Newcastle.

13.00

Ze wszystkich odpowiedzi na pytanie o klapę Chelsea, zadane o 10.30, na razie do przekonania trafia mi jedna: bohaterowie są zmęczeni. Za dużo zamieszania wokół klubu, za dużo zmian, za dużo niepewności (także związanej z losem klubowej ikony, Franka Lamparda), za dużo skandali (także związanych z losem klubowej ikony, Johna Terry’ego), za dużo podróży – także na klubowe mistrzostwa świata. 41 spotkań od początku sezonu, 20 w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Można zrozumieć, że czasem w końcówce schodzi z nich powietrze. Można?

13.30

Temat do odstąpienia: transfery z Hiszpanii, na której się nie znam. Kryzys finansowy, dotykający tamte kluby i zmuszający je do sprzedawania swoich piłkarzy. Przykład największego w tym roku sukcesu (zważywszy stosunek ceny do jakości, van Persiego zostawmy na boku), czyli Michu, ale też Pablo Hernandeza, Jonathana de Guzmana, Chico Floresa, który przyszedł do Swansea przez Genuę. Dobrze zna hiszpański rynek nowy menedżer Southamptonu Mauriccio Pochettino. Everton zastanawia się nad ściągnięciem Negredo z Sewilli, ale nie zapłaci 20 milionów euro. Ciąg dalszy nastąpi.

13.50

Ze sprowadzenia Huddlestone’a zdaje się nic nie wyjdzie, ale wśród swoich dawnych piłkarzy Martin Jol znalazł – i wypożyczył do końca sezonu Urby’ego Emanuelsona z Milanu. Szybki i zwrotny reprezentant Holandii czytał zapewne napis na koszulce Berbatowa „Keep Calm and Pass Me the Ball” – zdaje sobie sprawę, po co przychodzi. A jego trener zwiększa sobie możliwości manewru: w Ajaxie wystawiał go na lewej obronie i na lewej pomocy, w Milanie obserwował biegającego za napastnikami. Tylko Pirlo, Xavi, Moutinho i Farfan mieli więcej kluczowych podań w Lidze Mistrzów – podaje WhoScored.com… Fulham po cichu robi swoje.

14.10

„Dzień, gdy solidaryzuję się z Arsenem Wengerem” – napisał na Twitterze Przemek Adamowicz. Chodzi oczywiście o – podzielaną skądinąd przez wielu innych menedżerów – niechęć do okienka transferowego. Sky Sports rozmawiała dziś z psychologiem, który analizował negatywny wpływ takich wydarzeń na psychikę piłkarzy. Łatwo sobie wyobrazić niepewność i rozkojarzenie, które jest ich udziałem, kiedy czekają na telefon od agenta. Jeszcze jedna przeprowadzka? Jeszcze jeden nowy menedżer ze wszystkimi swoimi dziwactwami? Jeszcze jedna szansa? Nadzieja na podwyżkę? Na zamieszkanie w fajniejszym mieście niż ostatnio (patrz pod żona Petera Croucha i Stoke…)?

Inna sprawa, że Arsene Wenger również parę razy czekał do końca z zakupami, desperat.

14.30

Harry Redknapp w oknie samochodu po raz drugi tego dnia. Czekamy na hat trick.

14.45

Kiedy cztery lata temu publikowałem Dziesięć tez na zamknięcie okienka transferowego, najważniejsza brzmiała: „Zimą kupują desperaci” – drużyny, którym idzie, drużyny poukładane albo takie, które nie zmieniły w trakcie sezonu trenera, zachowują spokój. Oto, dlaczego najaktywniejszy jest dziś Harry Redknapp; oto dlaczego dziwię się, że nie kupuje Paul Lambert. Kibice AV marzą nawet o Maloudzie i łowią informacje o Yacoubie Sylli, defensywnym pomocniku z drugoligowego Clermont Foot. Druga linia to najsłabsze ogniwo drużyny; wątpię, czy jeden transfer, w dodatku zawodnika młodego i nieogranego w ekstraklasie wystarczy. Temat do odstąpienia: władanie Aston Villą przez Randy’ego Lernera, stracone złudzenia i zakręcony kurek z pieniędzmi Amerykanina. Pytanie na resztę sezonu: czy Bent i Benteke mogą grać razem?

15.00

Zaglądam do Rafała i natrafiam na zdanie, że „królem – sułtanem? – zimowych zakupów został oczywiście Ünal Aysal, majętny prezes Galatasaray Stambuł, który zafundował sobie triumfatorów Ligi Mistrzów Wesleya Sneijdera i Didiera Drogbę”. A czytelnik na Twitterze zwraca uwagę na inne transakcje Interu, który pożegnał się ze Sneijderem: o Schelotto, Kuzmanoviciu i Kovaciciu (za 11-15 mln euro!, podkreśla). No ale na tym, to już się kompletnie nie znam – chętnie natomiast wysłucham Waszego zdania.

Martin O’Neill sprowadził tymczasem Danny’ego Grahama, zbyt drągalowatego dla Swansea, w sam raz dla Sunderlandu. Żeby było śmieszniej, napastnika, który kibicuje Newcastle i był z tego powodu na Stadium of Light wybuczany…

15.15

Powtarzam: nie wierzę w ściągnięcie przez Tottenham Leandro Damiao. Piszcie sobie wszyscy, co chcecie, nie będę się napalał.

15.35

Jeszcze a propos negatywnego wpływu okienka na zawodników (wpis z 14.10): rzecz dotyczy nie tylko zawodników, którzy są obiektem plotek, lecz także – może przede wszystkim – tych, których nowosprowadzani mogliby zastąpić. Siedzi sobie teraz Jermain Defoe przed telewizorem, masuje kontuzjowane biodro, zakleja plasterkiem miejsce po igle, którą przetaczano mu krew, i czyta, że jego klub ściąga Leandro Damiao. Brał to już zresztą w Tottenhamie parę razy: regularnie w pierwszym składzie, regularny strzelec, nagle musi zrobić miejsce komuś innemu. Wczoraj poszło mu niespecjalnie, w ogóle od jakiegoś czasu nie strzelił gola, a tu takie wieści. „Niech to się wreszcie skończy”, mruczy pod nosem, ale nie zmienia kanału.

16.10

Jack Butland, ceniony młody bramkarz, kolejna nadzieja Anglii, w Stoke. W Stoke, gdzie gra przecież jeden z najlepszych fachowców w kraju, rozchwytywany na transferowej giełdzie, Asmir Begović. Myślcie o tym, co chcecie – ja myślę, że w perpspektywie najbliższego roku Butland będzie chciał grać, a nie wysiadywać ławkę w Premier League. Gdzie pójdzie Begović? To daleki strzał, wiem, ale w Manchesterze United znów ostatnio narzekali na bramkarza…

16.20

Twitter padł. Faksy się przegrzewają. Przez Beckhama? Przez Croucha, o którego zabiega Harry Redknapp na zmianę z zabieganiem o Petera Odemwingie? Przez Damiao, o którym Villas-Boas powiedział, uwaga, uwaga, „nieprawdopodobne, ale nie niemożliwe”? Ze wszystkich tych powodów na raz? Jak to dobrze, że blog działa.

16.40

Dlaczego nie wierzę w transfer Damiao? Bo (sprawdziłem) 30 proc. praw do piłkarza ma ktoś inny niż macierzysty klub. Bo załatwienie tego przez ocean w tak krótkim czasie jest niemożliwe. Bo skomplikowane negocjacje z tyloma stronami, w przypadku zawodnika już będącego megagwiazdą, muszą potrwać – raczej dni niż godziny. Nie wchodzę w ogóle w kwestie finansowe: czy klub ma te pieniądze. Raczej ma, w dodatku mówimy o zawodniku z ogromnym potencjałem odsprzedania dalej – za takimi Daniel Levy rozgląda się w drugiej kolejności, po tych „na wyprzedaży”. Zabraknie czasu, jak zwykle.

16.55

Jeszcze drobiazg via Twitter. Pieniądze, które QPR zapłaci Sambie i jego poprzedniemu klubowi to więcej niż cały budżet płacowy Swansea. Lubimy Swansea.

17.10

Polski akcent, Bartosz Salamon w Milanie. Tu też ktoś mógłby mnie oświecić. Konferencja Beckhama się opóźnia. Twitter odzyskał sprawność. Redknapp nie odzyskał Croucha, ale wciąż czeka na Jenasa, Bentleya i Townsenda z Tottenhamu oraz Odemwingiego z WBA. Tak ze siedem godzin jeszcze to potrwa plus tradycyjne opóźnienia. Czas na kawę (i Beckhama).

17.20

Willaina oglądałem pilnie, wiedząc o zainteresowaniu Tottenhamu. Oglądałem i podziwiałem, zresztą jak pół drużyny Szachtara. Ale 34 miliony funtów? Do Machaczkały? Konferencja Beckhama wciąż się jeszcze nie zaczęła. Twitter utracił sprawność. Nikt nikogo nie kupuje. Może jest embargo na czas konferencji Beckhama. Kawa wystygła.

17.40

Cała prawda o ostatnim dniu okienka polega na tym, że przed długie godziny nic się dzieje: jesteśmy jak bramkarze, których drużyna bez przerwy atakuje i którzy muszą utrzymać koncentrację na najwyższym poziomie, mimo iż samemu nie mają nic do roboty. Konferencja Beckhama jest w tym sensie znakomitym andidotum na pustkę przelewających się wolno godzin, a przy okazji jaką lekcją piaru i dyplomacji… Owszem, był rozchwytywany, owszem, miał propozycje, ale np. w Anglii nie mógłby grać dla żadnego innego klubu poza Manchesterem United. Miał szczęście pracować z najlepszymi menedżerami świata, a Carlo Ancelotti jest jednym z nich. Nie oczekuje miejsca w wyjściowej jedenastce, ale chce je sobie wywalczyć. Przychodzi na pięć miesięcy, rodzina zostaje w Londynie, ale to nic nie zmienia: gdziekolwiek jest, angażuje się na 150 procent. Czuje się częścią tego klubu, chce pomóc się rozwijać zarówno jemu, jak całej francuskiej lidze. Nie bierze pieniędzy z PSG: jego wynagrodzenie idzie na działalność charatywną, wspierającą dzieci. Ambasador. Imponujące. Serio. Pokażcie mi takiego polskiego celebrytę.

18.10

Zmiana komputera. Z godzinkę mi zajmie. Świr wpatrzony w telefon na krakowskich ulicach to ja.

19.00

Wy też słyszeliście, że Arsenal próbuje kupić lewego obrońcę (patrz wpis z 09.15)? Nacho Monreal z Malagi (kolega Cazorli) pasuje do zapotrzebowania: i gola potrafi strzelić, i asystę zaliczyć, jest szybki, komfortowo czuje się z piłką podczas akcji ofensywnych i dobrze się ustawia w defensywie. Z drugiej strony słyszałem, że Bayern przyglądał mu się przed rokiem i nie zdecydował się na transfer. Z trzeciej: trudno sobie wyobrazić, że mógłby być słabszy niż Santos – zdaje się, że przyjdzie za niego zapłacić tyle samo, co za Brazylijczyka, który w tej sytuacji więcej w Arsenalu nie zagra. Tyle się mówi, że Wenger oszczędnie wydaje – ale sprowadzenie Santosa czy Chamakha (osąd Gervinho wciąż zawieszamy) pokazują, że czasem wydaje bez sensu… Z czwartej strony: co z defensywnym pomocnikiem?

19.25

W związku z Bartoszem Salamonem w Milanie zaobserwowałem u siebie wzmożenie patriotyczne. Zaobserwowałem też, że jak wielu robiących karierę za granicą Polaków trudno go uznać w pełni za produkt polskiej myśli szkoleniowej: za granicę wyjechał bardzo wcześnie, jak Glik, Szczęsny i Krychowiak. Czołówki na portalach zasłużone: dawno nie mieliśmy rodaka w klubie tej klasy…

19.45

Usłyszałem, że powinny tu paść również nazwiska Moury, Pato, Rossiego, M’Vili i Perisicia. Więc padają. Z własnej nieprzymuszonej woli dodaję również Wilfrieda Zahę, przyszłe wzmocnienie Manchesteru United. O Coutinho w Liverpoolu wspominałem rano, podobnie jak o francuskim zaciągu w Newcastle. W Niemczech, Francji, Hiszpanii i we Włoszech już pozamykane albo się zamyka.

20.00

Taki dzień jak dzisiejszy jest również dniem weryfikacji budżetu płacowego na drugie półrocze. Menedżerowie wiedzą już, z kogo na pewno nie skorzystają, agenci piłkarzy są poinformowani i robią swoje. Wielu wielkich transferów do końca dnia już pewnie nie doczekamy, za to wypożyczeń i odejść zawodników grzejących ławę albo się na niej niemieszczących będzie cała masa. Z tej kategorii: Jermaine Jenas z Tottenhamu do QPR, Alexander Doni z Liverpoolu do Botafogo i Dani Pacheco z Liverpoolu do Hueski, Alejandro Faurlin z QPR do Palermo. Ciąg dalszy nastąpi niewątpliwie.

20.10

Jeszcze a propos wczorajszego wpisu o Balotellim: we Włoszech wybory, w których Berlusconi bardzo chce zamieszać. Interpretacja politycznych korzyści głośnego transferu niewykluczona.

20.50

Temat do odstąpienia: menedżerowie kupujący swoich dawnych piłkarzy albo piłkarzy z rynków, które spenetrowali. Redknapp – niezależnie od Odemwingiego – wciąż stara się o Jenasa i Townsenda, a próbował też z Crouchem. Zgoda: Harry to przypadek ekstremalny, ale Martin Jol ściągnął Emanuelsona, próbował z Huddlestone’em, a teraz jeszcze kupił prawego obrońcę PSV, Bułgara Stanisława Manolewa. Temat do odstąpienia numer dwa: piłkarze, zachwalający swoje kluby kolegom; Manolew to kumpel Berbatowa, podobnie jak Monreal to kumpel Cazorli (może, ehm, Sandro namawiał Damiao podczas igrzysk w Londynie, może zresztą nie trzeba go namawiać, bo Tottenham zabiega o niego od trzech lat – kłopot w tym, że klub wciąż nie chce go puścić).

21.00

Jest awantura: West Bromwich oświadcza, że nie wyraziło zgody na rozmowy Odemwingiego z QPR i że kluby nie doszły do porozumienia. Rzecz w tym, że napastnika WBA właśnie sfilmowano na Loftus Road – w siedzibie QPR. Czy to Harry Redknapp nie mówił czasem o „wojnie gangów”, w kontekście roli, jaką podczas okienka transferowego odgrywają piłkarscy agenci? Sam pracuje dla szkółki niedzielnej, jak widać.

Temat do odstąpienia: notoryczne naruszanie zakazu dogadywania się z piłkarzami, wcześniejszego uzgadniania kontraktów itd., bez zgody ich dotychczasowego pracodawcy. Wszyscy to robią, obawiam się. W świecie biznesu można to nawet elegancko nazwać: due dilligence.

21.15

Ręka w górę, kto nigdy nie spędził tych kilkunastu minut około północy ostatniego dnia sierpnia bądź stycznia, kompulsywnie klikając „odśwież” przy stronie internetowej ukochanego klubu? Wiem, że opowiadałem już tę historię parę razy, ale opowiem jeszcze raz ku przestrodze: czasami nie wystarczy doczekać północy. Poszedłem kiedyś spać w przekonaniu, że wszystko, co ważne, już się wydarzyło, a obudziłem się jako kibic Grzegorza Rasiaka: informację o jego przejściu do Tottenhamu podano dopiero nad ranem. Wyraz twarzy, jaki miałem, gdy lekko nieprzytomny wpatrywałem się we włączony dopiero co komputer, jest przedmiotem domowych legend.

21.20

Nasz cytat (z twitterowego konta FC United of Manchester): „W dniu, w którym wydano miliony na transfery, warto podkreślić korzyści z posiadania klubu przez kibiców. Istnieje inna droga”. Co mi przypomina filmy Loacha, historię AFC Wimbledon i (zachowując proporcje) książkę, którą w maju mam wydać w Czarnem. O ile pamiętam, całkiem sporo o tym napisałem.

21.40

Było o faksach, to będzie o wifi. Transfer Kasamiego z Fulham do Pescary upadł z powodu… niedziałającej sieci bezprzewodowej w mediolańskim hotelu – okienko we Włoszech zamknęło się, zanim transakcję sfinalizowano. Superagent piłkarza, Mino Raiola, wściekł się, jak nie przymierzając premier.

22.10

Tak. Myślę, że w ciągu najbliższych dwóch godzin Arsenal będzie miał nowego lewego obrońcę i że dwóch kolejnych piłkarzy zasili QPR. Reszta będzie (patrz notka z godziny 20.00) czyszczeniem ławek i szatni – głównie zresztą za pomocą wypożyczeń. Wiele hałasu o nic. Beckham i Willain, owszem, Samba z nieco innych powodów, ale poza tym? Graham, Emanuelson, Becchio, Shea – żaden nie będzie objawieniem na miarę Michu.

22.30

Nie wiem, kto doradzał Odemwingiemu, ale źle mu doradził. Napastnik WBA nie zmienia klubu, transakcja z QPR nie dochodzi do skutku, tymczasem cała Anglia widziała w Sky Sports, jak pojawia się na Loftus Road. Ciężko będzie miał po powrocie do macierzystego klubu. Sądząc po komentarzach, jakie pojawiają się na angielskich portalach, kibice tak łatwo nie zapomną – a media nie zapomną z całą pewnością. Zdolny skądinąd, choć zbyt często łapiący kontuzje napastnik dołącza do Pennanta, który zapomniał, że zostawił brykę w Hiszpanii, i Liama Ridgewella, który opublikował w sieci fotkę, na której podciera się pieniędzmi. Twarze (tyłki?) współczesnej piłki.

Czternaście godzin blogowania. Zaczynam rymować.

23.20

John Stones, młodziak z Barnsley i angielskiej młodzieżówki, przechodzi do Evertonu. Znając Davida Moyesa to będzie hit, nawet jeśli jeszcze nie w tym roku. Koniec epoki: Rory Delap odchodzi ze Stoke do Barnsley (nawiasem mówiąc: zauważyliście, jak daleko potrafi wyrzucić piłkę z autu niejaki Gareth Bale?). Wciąż bez potwierdzenia transfery Monreala i Jenasa, ale w zasadzie jestem pewien, że dojdą do skutku. Jermaine Jenas… ulubieniec Bobby’ego Robsona w Newcastle, gdzie czuł się – wedle jego własnych słów – jak złota rybka w szklanym kloszu. Wciąż pamiętam jego rzut wolny na Old Trafford, w październiku 2005. Kiedyż to było? W ciągu ostatnich czterech lat bardziej nie grał niż grał. Nie sądzę, żeby akurat on pomógł QPR w utrzymaniu.

23.45

Kwadrans do końca. Teraz już idzie minuta po minucie. Raczej potwierdzenia tego, o czym mówiono wcześniej (Jenas, Butland z Birmingham do Stoke, ale do końca sezonu będzie grał w Birmingham, Upson do Brighton). Plus Newcastle rozwiązujące kontrakt z Xisco – pamiętacie go jeszcze? Eyong Enoh wypożyczony przez Fulham z Ajaxu – trzeci kontakt Jola; trzeba będzie to Fulham obejrzeć w najbliższym czasie, bo wygląda na to, że się wzmocniło jako jeden z nielicznych klubów Premier League.

23.48

Dobre. Alex Oxlade-Chamberlain oferuje (via Twitter) nocleg Odemwingiemu. Ależ napastnik – jeszcze – WBA zrobił z siebie pośmiewisko tą samowolną wyprawą do Londynu. Powrót może być długi i pod wiatr.

23.50

Jeśli wierzyć Redknappowi, ściąga na Loftus Road (kupuje? podejrzewam raczej, że wypożycza) także Androsa Townsenda z Tottenhamu. Chłopak świetnie drybluje, dobrze strzela, może grać na obu skrzydłach, z pewnością da dobrą zmianę w końcówce – taką, co to może odmienić losy spotkania. Same odejścia z tego Tottenhamu dzisiaj, no chyba że w ciągu najbliższych 10 minut…

00.00

Okienko zamknięte. Twitter padł. Arsenal nie kupił lewego obrońcy, a Tottenham środkowego napastnika. Ale Arsenal kupi, spokojna głowa (Tottenham raczej nie). Na innych frontach Cuenca w Ajaxie, no i nie wiem, jak z wicemarszałkiem Sejmu.

Słusznie: w Szkocji jeszcze można handlować godzinę. Nie wiem, czy tyle wytrzymam, może raczej, jak by powiedział Dariusz Szpakowski, podsumuję.

00.05

Arsenal kupił. Jest na plusie w tym okienku. Podobnie jak Liverpool (Sturridge i Coutinho – solidne wzmocnienia wyjściowej jedenastki, może jeszcze zamieszać w walce o Top Four), Fulham (trzy fajne wypożyczenia), Newcastle (pięciu Francuzów kupionych, Xisco odprawiony do domu – Xisco, za którego zapłacono 6 milionów i który zagrał 11 meczów), Chelsea (Demba Ba robi lepsze wrażenie od Sturridge’a) i Tottenham (Holtby zabłyśnie, co do tego nie mam żadnych wątpliwości, poza tym szatnię udało się przewietrzyć – owszem, jeszcze jeden napastnik by się przydał, ale można grać tymi, którzy zostali; spodziewam się, że po przyjściu Niemca AVB wróci do ustawienia z jednym napastnikiem – raczej zresztą Adebayorem niż Defoem). QPR jest, oczywiście, poza kategoriami, z fortuną wydaną na Remy’ego i Sambę. Wysokość kontraktu tego ostatniego, obok Beckhama w Paryżu, Odemwingiego na ziemi niczyjej i – że okażę się patriotą – Salamona w Milanie, to dla mnie cztery kluczowe punkty tego spokojnego w sumie dnia. W walce o mistrzostwo i pierwszą czwórkę status quo w miarę utrzymane.

Było miło jak zwykle. Ależ się tu naklikaliście. Jeszcze stąd nie znikam, ale już dziękuję. 4750 słów, 16 godzin i parę zaledwie transferów, ale i tak dobrze się bawiłem – mam nadzieję, że Wy także.

Dlaczego zawsze on

Odejście Mario Balotellego z Manchesteru City i przyznanie się Roberto Manciniego do wychowawczej porażki jest smutne z wielu powodów. Na przykład z tego, że nikt poza dziennikarzami tabloidów nie będzie tęsknił za włoskim napastnikiem. W historii jego występów w Anglii informacje o rozbitych samochodach, pożarze wywołanym przez pokaz sztucznych ogni we własnej łazience, rzutkach ciskanych w jednego z juniorów, niezliczonych awanturach z trenerem i z kolegami (o kartki, o błazeńskie popisy zamiast strzału na bramkę w meczu z Los Angeles Galaxy w 2011 r., o scysję z Richardsem na treningu, w końcu o niebezpieczne wejście w Scotta Sinclaira po kolejnych zajęciach – zdjęcia późniejszej szarpaniny z Mancinim przedostały się do prasy przed paroma tygodniami), zdarzały się przecież nieporównanie częściej niż wiadomości o fenomenalnych występach. W jakimś sensie symbolicznym momentem jego trzyletniej kariery w Manchesterze City było niezauważone przez sędziego nadepnięcie na głowę Scotta Parkera w ubiegłorocznym meczu z Tottenhamem. Gdyby Włoch wyleciał wtedy z boiska, nie wywalczyłby i nie wykorzystałby karnego w ostatniej minucie i mecz nie skończyłby się wygraną gospodarzy – może nie byłoby mistrzostwa MC, może Tottenham zająłby miejsce w pierwszej trójce na koniec sezonu. Balotelli w centrum wydarzeń, ale niekoniecznie ze sportowych powodów… Nawet mecz, w którym strzelił pierwsze gole na Wyspach (z WBA, w październiku 2010 r.), był równocześnie meczem, w którym po raz pierwszy wyleciał z boiska – za kopnięcie Jusufa Mulumbu.

Z perspektywy dojrzałego kibica MC, ale też dojrzałego piłkarza czy dojrzałego menedżera tego klubu, słowem: z perspektywy kogoś, kto ceni zarówno umiejętności sportowe, jak przewidywalność, pracowitość, lojalność, umiejętność współpracy z kolegami, grę fair itp. – było to nieustające życie na krawędzi. „Na boisku to chuligan, poza boiskiem pyskaty buntownik, na treningach niereformowalny leń. Rywali złośliwie fauluje, prowokuje, wyzywa” – pisał o nim Rafał Stec. Nawet świetny występ w derbach zakończonych sensacyjnym 1:6 na Old Trafford czy gole podczas półfinału Euro 2012 nie potrafią zmienić tej opinii. Jak zauważył po wczorajszym remisie MC z QPR Barney Ronay, jeżeli czyjejś obecności brakowało drużynie mistrza Anglii, to raczej Yayi Toure.

Jest jednak w tej historii jakiś rys tragiczny. Pomieszanie agresji ze słabością charakteru, które stworzyło obserwowaną przez nas w ostatnich latach mieszankę wybuchową zwaną Mario Balotelli, skądś się przecież wzięło.

22-letni piłkarz jest dzieckiem imigrantów z Ghany, porzuconym przez nich w wieku niemowlęcym (w szpitalu, który przez rok próbował wyleczyć jego chore jelita), a następnie adoptowanym przez włoską rodzinę. Jest chłopcem, któremu zdolności piłkarskie pozwoliły wypłynąć na szerokie wody i który dzięki nim błyskawicznie się wzbogacił, ale któremu nigdy nie pozwolono się poczuć (albo który sam nie potrafił się poczuć) członkiem żadnej wspólnoty. O tym, że podczas wyjazdów z drużyną był ciągle sam, że unikał sensownego towarzystwa poza klubem, że trenerzy bezskutecznie namawiali go nawet na bliższy kontakt z własnym dzieckiem, napisano w ostatnim czasie mnóstwo. Pytanie tylko, ile razy został odrzucony, zanim sam zaczął odrzucać. Wyobrażam sobie czasem, co musiał przeżywać młodziutki zawodnik, słysząc z trybun kolejnych stadionów Serie A „Czarni Włosi nie istnieją” albo „Jeśli podskoczysz, Balotelli umrze”. Świat piłki potrafi być okrutny…

Oczywiście to nie jest tak, że nie dawano mu szans. Jose Mourinho, który zawsze uchodził za mistrza relacji z zawodnikami, zrobił wiele, by pomóc chłopakowi nie tylko w piłkarskim rozwoju, ale też w integracji z drużyną – aż w końcu się poddał. Roberto Mancini mówi wprost, że Mario był dla niego jak jeszcze jedno z własnych dzieci. Balotelli debiutował u niego w Interze, a kiedy atmosfera wokół krnąbrnego napastnika stała się we Włoszech nie do zniesienia, dał mu kolejną szansę w Manchesterze i przez minione trzy lata próbował chyba wszystkiego, licząc na to, że chłopak wreszcie się ustatkuje: hołubił i karał, wystawiał w pierwszym składzie i sadzał na ławce, rozmawiał, perswadował, tłumaczył. Daremnie.

Jest mi smutno, bo myślę, że powrót do Włoch niczego mu nie ułatwi. Po pierwsze, wraca do miasta, w którym raz już grał – dla największego rywala obecnego pracodawcy. Po drugie, Silvio Berlusconi – właściciel jego nowego klubu – już raz nazwał go zatrutym jabłkiem. Po trzecie, problem rasizmu na włoskich trybunach nie zmniejszył się przez lata jego nieobecności. Po czwarte, może najważniejsze: nie wraca z angielskiej eskapady z tarczą. Nowego początku nie będzie: media, które nakręcały cyrk wokół niego tak samo na Wyspach, jak na Półwyspie, mają aż nadto amunicji.

Jest mi smutno, bo myślę, że nigdy nie zobaczę, na co naprawdę stać Mario Balotellego-piłkarza.

PS Jutro dzień zamknięcia okienka transferowego. Będę blogował cały dzień.