Afera kubeczkowa, czyli co z naszym światem robią media społecznościowe

Nie jesteśmy w dobrym miejscu, kochani, i wbrew pozorom nie mam tu na myśli tego uprawiającego biedafutbol biedaklubu, który dziwnym zrządzeniem losu zalicza się do najbogatszych na świecie, choć patrząc na boisko kompletnie byśmy tego nie powiedzieli. Nie kieruje mną frustracja z powodu kolejnych straconych punktów czy straconego gola w doliczonym czasie gry, i to w meczu, w którym gra ofensywna Tottenhamu zdradzała nawet jakieś oznaki poprawy. Nie chodzi mi o kolejną pomeczową awanturę między piłkarzami i kibicami, o kolejny tajemniczy komentarz Romero na temat odpowiedzialności tych, którzy zabierają głos jedynie wtedy, gdy wszystko wydaje się iść dobrze, ale nawet wówczas robią to tylko po to, żeby powiedzieć „parę kłamstw”.

Atmosfera wokół Thomasa Franka jest oczywiście fatalna, oczywiście były mecze (klęski derbowe z Chelsea czy Arsenalem, ale przede wszystkim ów noworoczny antyfutbolowy horror z Brentfordem), podczas których wydawało się, że owi doskonale opłacani zawodowcy zapomnieli o tym, jak się poprawnie przyjmuje piłkę, a następnie celnie ją podaje. „Niewymuszone błędy” to fraza klucz do ostatnich tygodni w Tottenhamie, bardziej jeszcze niż „przegrywane pojedynki” czy „kontuzje”, „gole oczekiwane” na poziomie 0,1 – i bardziej niż „stałe fragmenty”, bez których bylibyśmy pewnie w strefie spadkowej. Jeśli zważyć, że nie popełniają ich tylko młodziaki (Archie Gray z Forest…), ale liderzy: Vicario, Romero, Van de Ven, Bentancur czy Porro – problem wydaje się systemowy.

Ale nie jesteśmy w dobrym miejscu z powodów zupełnie innych. Jeśli spojrzycie na relacje z wczorajszego spotkania z Bournemouth, i to nie tylko w mediach społecznościowych, ale także tych, ekhem, tradycyjnych, głównym wątkiem będzie w nich tak zwana afera kubeczkowa. Na pomeczowej konferencji, wśród dziennikarzy i wśród postaci paradziennikarskich typu Fabrizio Romano, na portalach i w gazetach tematem numer jeden jest logo na jednorazowym naczyniu, z którego Thomas Frank po wyjściu z szatni dopijał swoje espresso.

Tak się składa, że poprzednim rywalem Bournemouth był Arsenal, którego ekipa musiała porzucić swoje kubeczki przy maszynie z kawą, tak się składa, że Frank nie popatrzył, z czego pije. I co? I nic, wydawałoby się. Nie zrobił tego specjalnie, nie chciał nic przez to powiedzieć, nie chciał nikogo sprowokować, dać ukrytego sygnału, zwrócić przeciwko sobie kibicowskiej bazy. To, że od wczoraj w mediach społecznościowych natrafiłem na tyle oburzonych głosów, z których wynika, że Duńczyka powinno się zwolnić z pracy z powodu trzymanego w rękach kawałka tektury, jest wyłącznie dowodem naszego postępującego zidiocenia pod wpływem tychże mediów. I to nie jest wyłącznie o naszym kibicowaniu. To jest o naszej konsumpcji kultury czy – zwłaszcza – polityki, której aktorzy dawno już przestali rozróżniać między rzeczywistością a rzeczywistością Twittera.

Dawno, dawno temu, za siedmioma klubami i przed siedemnastoma sezonami, kiedy władcą zbiorowej futbolowej wyobraźni był José Mourinho, mógłbym właściwie pomyśleć, że – gdyby to jego sfotografowano z kubeczkiem z logo Arsenalu – mam do czynienia z wyrafinowanym sposobem na przejęcie narracji: na odwrócenie przez Portugalczyka uwagi od trywialnych kłopotów z formą, taktyką, a zwłaszcza z wynikami prowadzonej przezeń drużyny. Dziś nie mam złudzeń. Czas wyrafinowania minął, o czym zresztą świadczą także trendy dominujące w świecie futbolowej taktyki. Zgłupieliśmy wszyscy; prawdę powiedziawszy kiedy zacząłem ten wpis, jego pierwsze bynajmniej nie brzmiały „nie jesteśmy w dobrym miejscu”, bo najpierw odruchowo napisałem: jesteśmy w dupie.

Jeden komentarz do “Afera kubeczkowa, czyli co z naszym światem robią media społecznościowe

  1. wodamineralna

    Wpis przemyślany i wyważony – dobrze się go czyta.Nieczęsto zdarza mi się wrócić do początku tekstu po przeczytaniu całości – tu wróciłem. Doceniam brak zbędnych ozdobników. Widać, że ktoś tu nie tylko pisze, ale też dogłębnie przemyślał temat.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *