Archiwum kategorii: Bez kategorii

Niepiękna gra

Dziwny weekend, nieprawdaż? Arsenal odrabia dwubramkową stratę, zamiast – jak to drzewiej bywało – zaprzepaścić dwubramkowe prowadzenie. Alex Ferguson podejmuje złą decyzję w sprawie obsady bramki Manchesteru United (tak, wiem, że menedżer MU winę za utratę pierwszego gola w meczu z Liverpoolem przypisuje obrońcom, ale jest to wina z gatunku: nie upilnowali młodszego kolegi, kiedy musieli pilnować także rywali). Patrice Evra, niemiłosiernie lżony przez trybuny Anfield Road, podejmuje złą decyzję w sprawie krycia Dirka Kuyta. Andy Carroll pokazuje się z dobrej strony w Liverpoolu. Luka Modrić jest najsłabszy w Tottenhamie i zostaje zmieniony w 45. minucie… eee, to było jeszcze w piątek i Chorwat ponoć zmagał się z jakimś wirusem (dziwne skądinąd, że beznadziejnie grające Koguty zdołały wygrać z Watfordem; dziwne, że zdolny Scott Loach przepuścił strzał van der Vaarta…).

Dziwny weekend: przed spotkaniem QPR z Chelsea Football Association dokonała zmian w przedmeczowym rytuale, zubażając go o wprowadzony na początku sezonu 2008/09 obowiązkowy uścisk dłoni między rywalami. Mam ochotę napisać o tym parę słów, bo od tej decyzji minęło kilkadziesiąt godzin, a ja wciąż mam wątpliwości.

Jeśli bowiem działaczom FA chodziło o to, by obronić futbol i uniknąć powtórki z ubiegłorocznego spotkania Chelsea-MC, w którym Terry’emu ręki nie podał Wayne Bridge i wszyscy zamiast o piłce mówili o tym geście – nie udało się. Tematem dnia nie był mecz (choć prawdę mówiąc jedynym godnym wzmianki incydentem piłkarskim z tych 90 minut był karny, którego nie było), ale decyzja władz związku. Decyzja precedensowa, bo łatwo sobie wyobrazić, że z każdym tygodniem chętnych na niepodawanie ręki może być więcej i więcej.

Z drugiej strony rozumiem ludzi odpowiedzialnych za wizerunek „pięknej gry”, próbujących nie dopuścić do sytuacji, w której nie tylko Anton Ferdinand, ale cała drużyna QPR zostawia wyciągniętą rękę kapitana Chelsea w powietrzu. Rozumiem, że w efekcie takiego zachowania można się było spodziewać eskalacji napięcia na trybunach, a może i poza nimi – władze FA wiedziały zapewne, że jeszcze przed spotkaniem Ferdinand otrzymał pocztą kule i śmiertelne groźby, a i obelg pod adresem Terry’ego na Loftus Road nie brakowało. Rozumiem też, że decyzję podjęto z udziałem wszystkich zainteresowanych stron, to znaczy z udziałem przedstawicieli QPR i Chelsea.

Ze strony jeszcze innej: przecież wizerunku „pięknej gry” nie rujnuje fakt, że dorośli mężczyźni nie chcą podawać sobie rąk – jeśli już, to rujnują go rasistowskie obelgi (patrz także incydenty z wczorajszego meczu Liverpool-MU), brutalne faule bez piłki (patrz Balotelli sprzed tygodnia), akty pozaboiskowej przemocy lub gwałtu, w ślad za którymi idą aresztowania zawodników, a wreszcie fakt, że murowany kandydat na trenera reprezentacji Anglii zasiada na ławie oskarżonych w procesie o oszustwa podatkowe (do tej sprawy trzeba będzie wrócić, kiedy zapadnie wyrok – podobnie zresztą, jak o domniemanym rasizmie Terry’ego bezpieczniej będzie mówić, kiedy i w jego sprawie wypowie się sąd).

I z jeszcze innej strony: fakt, iż piłkarze QPR nie chcieli podać ręki Terry’emu, może świadczyć, że ów gest nie jest jedynie pustym rytuałem. Być może witający się przed meczem, podobnie jak dziękujący sobie za walkę po jego zakończeniu zawodnicy nie poddają się bezmyślnie celebracjom politycznej poprawności, ale myślą nad tym, co robią. Doprawdy: byłaby to interpretacja optymistyczna, bo jak słusznie zauważa menedżer QPR Mark Hughes, nieszczere podanie ręki jest niewiele warte.

Jeszcze Hughes: „Za moich czasów po prostu wybiegaliśmy na boisko i graliśmy mecz”. Warto na koniec zauważyć, że zarówno Terry, jak i Ferdinand zagrali przyzwoite spotkanie.

PS 1 O de Gei: czy nie jest tak, że młody bramkarz MU jest odpowiedzialny lub współodpowiedzialny za utratę trzech bramek w dwóch meczach z MC, dwóch bramek w meczu z Blackburn i pojedynczych goli z Arsenalem, Benficą, FC Basel i WBA? Trochę dużo, jak na pół sezonu…

PS 2 Na szczęście jest jeszcze Fraizer Campbell: chłopak, który wrócił do składu Sunderlandu po 17 miesiącach leczenia kontuzji i strzelił bramkę. Pamiętam go z Tottenhamu, ale nie tylko dlatego miałbym ochotę podać mu rękę, co ja mówię: serdecznie go wyściskać.

Superniedziela jest co tydzień

Wszystko rozumiem: spotkanie z liderem, kiedy traci się do niego pięć punktów, ma swoje znaczenie, ale nazywać to „najważniejszym meczem od 51 lat” albo mówić – jak Rafael van der Vaart – że wszystko zależy od tego pojedynku? No owszem, zależy, ale w tym sensie, jaki przywoływał wczoraj Kenny Dalglish, wściekły na swoich piłkarzy za to, że przeszli obok meczu z Boltonem: w piłce nożnej, zwłaszcza tej angielskiej, wszystko i zawsze zależy od najbliższych 90 minut. To nie jest Hiszpania, gdzie o tytule faktycznie może – choć nie musi – rozstrzygnąć wynik El Clasico. Tu mistrzem kraju nie zostaje się dlatego, że będąc w wielkiej formie i grając oszałamiający futbol gromi się mocnego rywala pięcioma bramkami. Mistrzem, jeżeli już szukać jakiegoś uogólnienia, zostaje się wygrywając na wyjeździe 0:1 ze słabeuszem i robiąc to wtedy, kiedy ewidentnie nie ma się swojego dnia – coś jak zrobiło MC w poniedziałek z Wigan. Nieważne, jak rewelacyjnie zagrała Chelsea z MC jakiś czas temu – ważne, że wczoraj nie zwyciężyła na Carrow Road. Przykłady mógłbym mnożyć.
Niezależnie więc od tego, że od świtu nadrabiałem zaległości w pracy, aby móc we względnym komforcie oddać się oglądaniu piłki po południu, nie kupiłem całej tej atmosfery „superniedzieli”. Do licha: jesteśmy ledwo co za połową sezonu, a różnice w czołówce wciąż pozostają niewielkie – pamiętam jak w sezonie 1995/6 Newcastle nie zostało mistrzem Anglii, choć na trzy miesiące przed końcem sezonu miało 12 punktów przewagi. Dopiero uwzględniwszy tę perspektywę można spokojnie rozmawiać o dzisiejszych wydarzeniach.
A rozmawiać jest o czym, bo sama druga połowa meczu Manchesteru City z Tottenhamem obfitowała w momenty niezwykłe i kontrowersyjne. Kiedy wydawało się, że jedno genialne podanie Silvy do Nasriego przesądza sprawę zwycięstwa gospodarzy, którego rozmiary miał pieczętować gol Lescotta po rzucie rożnym, katastrofalny błąd Savicia pozwolił Jermainowi Defoe przejąć piłkę, objechać Harta i wrócić Tottenhamowi do gry. Kiedy zaś Gareth Bale fantastycznym strzałem zza pola karnego przyniósł wyrównanie, wydawało się że w zasięgu gości jest nawet zwycięstwo – i rzeczywiście w 91. minucie po akcji strzelców obu bramek Defoe był o włos od zdobycia kolejnej. Moment najbardziej kontrowersyjny miał wprawdzie miejsce kilka minut wcześniej, kiedy Balotelli nadepnął na głowę Parkera (w przekonaniu przytłaczającej większości obserwatorów zasługiwało to na czerwoną karkę, a więc w 94. minucie King nie miałby kogo faulować w polu karnym gości – i nie byłoby również wykonawcy karnego…), ale chwila moim zdaniem kluczowa miała dopiero nadejść. Była 93. minuta, City zagrało niecelną piłkę na prawe skrzydło, a Benoit Assou-Ekotto (jeden z naszych ulubieńców, czyż nie?) zamiast pozwolić jej wyjść na aut, zarobić parę sekund, a potem rozegrać spokojnie na własnej połowie i doczekać do gwizdka, wykopał ją gdzieś pomiędzy obrońców MC, którzy natychmiast wyekspediowali ją z powrotem i trzydzieści sekund później King przewrócił Balotellego. Otóż tak właśnie: zamiast krytykować Defoe’a za zmarnowaną okazję albo pastwić się nad sędzią za niewyrzucenie Balotellego, złoszczę się na Assou-Ekotto, bo decyzji o wykopaniu piłki na oślep nie podejmował pod czyjąkolwiek presją. Nade wszystko jednak: zamiast zżymać się na okoliczności porażki albo zastanawiać się nad tym, czy nie okażą się demoralizujące, powtarzam sobie – sobie, ale też fanom Arsenalu, Chelsea, Liverpoolu itd. – że „najważniejszy mecz od 51 lat” przyjdzie rozegrać za tydzień. A potem kolejny. I tak dalej.
PS Na miejscu fanów Arsenalu trochę bym się jednak martwił. Nie tyle nawet faktem, że Arsene Wenger dokonując – jak mówił po meczu – pięćdziesięciotysięcznej zmiany w swojej trenerskiej karierze ewidentnie zmienił na niekorzyść losy spotkania (oddajmy mu jednak, że wcześniej zmienił je na korzyść, wprowadzając Yennarisa za Djorou…), co faktem, że zmianę tę, Oxlade-Chamberlaina na Arszawina, oprotestowali nie tylko kibice Kanonierów, ale także Robin van Persie. Zwykle bronię się przed utożsamianiem losów jakiejkolwiek drużyny z jednym piłkarzem, tu jednak nie sposób zamknąć oczu na statystyki. No chyba że Wenger, hmm, myśli o powrocie Iana Wrighta.

Walijska tiki-taka

„Najfajniejsze drużyny Premier League, a pochodzą z innych wszechświatów. Swansea to poezja, Stoke to proza (o wdzięku instrukcji obsługi)” – nie pierwszy już raz inspirację do pisania zawdzięczam Rafałowi (a w dodatku inspiracja ta mieści się w 140 znakach…). A może właściwie inspirację przynieśli sami piłkarze Swansea, którzy w niedzielę pokonali Arsenal jego własną bronią?

Otóż właśnie: tym razem nie było tak, że poetów Wengera stłamsili brutalni prozaicy, spece od dalekich wyrzutów piłki z autu, górnych piłek, zdecydowanych wejść i ordynarnych fauli, na które przymykali oko niekompetentni sędziowie. Tym razem to rywale Arsenalu częściej byli przy piłce, lepiej i szybciej wymieniali podania, zgrabniej i ładniej dla oka grali do przodu (te trójkąty, w których rozgrywali, ta umiejętność znalezienia wolnego pola – czy nie były dotąd znakiem firmowym Kanonierów?) oraz okazali się skuteczniejsi w pressingu. A skoro tak, to w tym pisaniu wypada zostawić Arsenal i skupić się na drużynie, co do której byłem przed sezonem przekonany, że nie zdoła utrzymać się w ekstraklasie. Nie ja jeden srodze się myliłem.

Początki były zresztą trudne: pogrom z MC (tylko rewelacyjny Vorm w bramce uchronił zespół przed wynikiem gorszym niż 4:0), potem remisy u siebie z dołującymi Wigan i Sunderlandem, klęska w Pucharze Ligi ze Shrewsbury – pierwsze zwycięstwo przyszło dopiero w drugiej połowie września. Czasami dobrze startować z pozycji, w której nikt na ciebie nie stawia, nie wywiera presji na menedżera, nie domaga się jego zmiany. W Walii wciąż pamiętają, że 9 lat temu to Arsenal był na czubku, a Swansea na samym dnie złożonej z 92 drużyn ligowej piramidy, a i sam Brendan Rodgers przed sezonem mówił półżartem, że prędzej Elvis zmartwychwstanie niż jego piłkarze utrzymają się w Premier League.

Oglądajcie Swansea. Patrzcie na niewysokiego Vorma w bramce (czy MU kupił przed sezonem nie tego bramkarza co trzeba?), solidnego Caulkera w obronie (będziemy mieli z niego pociechę w przyszłym sezonie – facet jest przecież wypożyczony z Tottenhamu…), finezyjnego Brittona w środku pomocy (statystyki celnych podań mówią, że jest, ehm, lepszy niż Xavi: 93 proc. oznacza, że facet w zasadzie nie traci piłki), szybkiego Dyera na skrzydle (angielscy dziennikarze coraz głośniej domagają się, by Fabio Capello zechciał go sprawdzić jeszcze przed mistrzostwami Europy) albo pracowitego Grahama w ataku. Oglądajcie Swansea, bo zasilił je właśnie Josh McEeachran z Chelsea, który – że napiszę najbardziej kontrowersyjne zdanie tego tekstu – doszedł chyba do wniosku, że przy Brittonie nauczy się więcej niż przy Lampardzie. Oglądajcie Swansea, bo nic się tu nie przecież nie zgadza: trzon drużyny to Brytyjczycy, mający w dodatku za sobą grę w Championship i niższych ligach (przytłaczająca większość składu, który pokonał Arsenal, awansowała ze Swansea do ekstraklasy), a przecież czują techniczny futbol jakby byli Hiszpanami – przywołane tu już statystyki mówią, że są na szóstym miejscu wśród najlepiej podających klubów Europy). Jak to możliwe, że grając w takim stylu zdołali się przebić do ekstraklasy, zamiast dać się wykosić równo z trawą? Jak to możliwe, że w połowie sezonu maleńki jak na standardy Premier League klub, którego formalnymi współwłaścicielami są kibice, jest w górnej połowie tabeli?

Nie wszystkie zasługi należy przypisać Brendanowi Rodgersowi: wszak całkiem niedawno klub prowadził (i zaszczepiał mu walijską wersję titi-taka) Roberto Martinez. Niemniej zaczynam sobie myśleć po cichu, że jeśliby Harry Redknapp rzeczywiście miał objąć reprezentację Anglii, chętnie usłyszałbym wiadomość, że pracę na White Hart Lane rozpoczyna „ewangelista pięknej piłki”. W niedawnym wywiadzie dla „Daily Telegraph”, skąd pochodzi to ostatnie sformułowanie, Rodgers ujął mnie nie tylko opowieścią, jak jego piłkarze wyciągali wnioski z meczu z Wolverhampton (na 6 minut przed końcem prowadzili 2:0, ale zestresowani zaczęli wykopywać na oślep do przodu i stracili dwa gole) i zastosowali je w meczu z Boltonem (tam na kwadrans przed końcem z 2:0 zrobiło się 2:1, ale przez następne 10 minut rywale nie dotknęli piłki i w końcu stracili trzeciego gola). Przede wszystkim zachwyciło mnie zdanie, którego głębokiej prawdy nie powstydziliby się Kazimierz Górski albo Brian Clough: „Jeżeli nie jesteś przy piłce, to znaczy, że nie strzelisz gola”. Dodaję do ulubionych.

Czas dorosnąć

Odgrzeję temat powrotów – trudno, żebym go nie odgrzał, skoro przed tygodniem gola strzelił Thierry Henry, a wczoraj zrobił to Paul Scholes. W obu przypadkach były to przecież momenty czystej magii, coś z gatunku najpiękniejszych chwil w życiu kibica.

Wyznawałem już, zdaje się, że kibic we mnie pozostaje niedorastającym nigdy chłopcem. Choć moi rówieśnicy są już za starzy na grę w Premier League (Brad Friedel jest ostatnim z rocznika 1971…) i choć mam świadomość, że gdybym 20 lat temu prowadził żywot nieco swobodniejszy, to dwaj moi synowie byliby może rówieśnikami Danny’ego Welbecka czy Jacka Wilshere’a – nie zmienia to faktu, że gdy patrzę na uganiających się po boisku piłkarzy, wciąż widzę ludzi dużo ode mnie starszych, z których każdy jest kandydatem na idola, mistrza i przewodnika. Może wręcz jest tak (skoro już się odsłaniam, to do końca), że całe to blogowanie jest rozpaczliwą próbą wydostania się z pułapki niekończącej się niedojrzałości, na którą wszystkich nas skazuje kontakt z piłką nożną; że opisując, próbuję tę rzeczywistość zobiektywizować, a tym samym wyrosnąć wreszcie z krótkich spodenek.

Na co dzień udaje mi się chyba nieźle (tylko kiedy zaczynam grać w kolejnego Football Managera, w pierwszym okienku transferowym sprowadzam do klubu którąś z jego dawnych gwiazd). Ale przychodzą takie momenty jak te z Henrym i Scholesem, i wszystko bierze w łeb. W końcu kiedy oni strzelali dla swoich drużyn po raz pierwszy, ja naprawdę byłem sporo młodszy i całe życie było jeszcze przede mną (przed nimi zresztą też…).

No dobra, również i tym razem spróbuję wyrwać się z pułapki. Momenty były magiczne i wzruszyłem się jak jasna cholera, ale to jeszcze nie powód, by zamykać oczy na rzeczywistość. A rzeczywistość jest taka, że powrót do gry w angielskiej ekstraklasie Thierry’ego Henry’ego i Paula Scholesa to jeszcze jeden dowód na kryzys tejże ekstraklasy. Fakt, że dwaj zaawansowani wiekowo faceci z zaległościami treningowymi, bez czucia piłki (dowody: wypowiedzi Arsene’a Wengera o Henrym, ale też błędy popełnione przez Scholesa i Henry’ego w obu spotkaniach – dziś to Francuz stracił piłkę na moment przed trzecim golem dla Swansea, a dodatku stało się to kilkanaście sekund po wyrównującej bramce Kanonierów; wczorajsze pomyłki Scholesa wypunktował Alan Hansen w Match of the Day, także po jego stracie przed tygodniem MC zdobyło gola) i może nawet z lekką nadwagą, tak łatwo mogą wejść do pierwszego składu drużyn z absolutnej czołówki tej ligi nie świadczy przecież dobrze o jej poziomie.

Pewnych umiejętności nie traci się nigdy, zgoda. Obecność kogoś z tak gigantycznym doświadczeniem w szatni i w ośrodku treningowym również może być bezcenna – zwłaszcza w momentach, gdy drużynie nie idzie. Dla młodych piłkarzy Scholes czy Henry – podobnie jak np. Beckham trenujący przed rokiem z Tottenhamem – mogą być wzorem w podejściu do obowiązków, zwłaszcza jeśli nawet teraz zostają dłużej po zajęciach, by np. poćwiczyć strzały albo dośrodkowania. Jednak ich obecność na środku pomocy MU albo na skrzydle Arsenalu jest jednym wielkim wołaniem o podjęcie jakichś sensowniejszych działań: o zapełnienie dziury po dawnym Scholesie w przypadku Alexa Fergusona i np. o przywrócenie Andrieja Arszawina do formy z jego pierwszego sezonu na Wyspach w przypadku Arsene’a Wengera. Albo po prostu o sensowne zakupy. Żeby trzymać się tylko Manchesteru United: ta drużyna (i cała angielska ekstraklasa) zasługuje na sprowadzenie Wesleya Sneijdera; żeby to sobie uświadomić, nie trzeba naruszać legendy Paula Scholesa.

Człowiek w dwóch różnych butach

Zapytajcie dowolnego kibica Tottenhamu o mistrzostwo Anglii, walkę o drugie, a nawet trzecie miejsce – wyśmieje Was. Jesteśmy pod tym względem minimalistami, jak jamnik wychowany pod szafą: jedyne, o czym marzymy, to powrót do Ligi Mistrzów, czyli żeby uznać sezon za niewiarygodnie wręcz udany, wystarczy nam miejsce czwarte. I tak oznacza ono przecież, że przeskoczyło się kogoś z duetu Arsenal-Chelsea, za których plecami czaił się jeszcze Liverpool. Patrząc z perspektywy sierpnia 2011, czyli z perspektywy odległej zaledwie o pięć miesięcy, wydaje się to niewiarygodne. Wtedy wszak nie było w klubie ani Adebayora (rozpaczliwie dziś nieskutecznego), ani Parkera (dziś kontuzjowanego), a wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że Modrić zamiast walczyć o prawo gry w Lidze Mistrzów z Tottenhamem, będzie ją zapewniał Chelsea.

Dziś o zwycięstwo nad zawsze walecznym i zawsze dobrze zorganizowanym Evertonem przyszło grać nie tylko bez Parkera czy Sandro, zazwyczaj asekurujących obronę, ale także bez Gallasa i Kinga. Kaboul i Dawson grywają ze sobą rzadko i każdy z nich jest typem stopera, który świetnie się czuje uzupełniany przez doświadczonego i nieustannie podpowiadającego kolegę – właśnie w stylu Gallasa czy Kinga. A jednak zarówno para środkowych obrońców dała radę (nie licząc dwóch błędów Kaboula: z 1. minuty, kiedy dopuścił do groźnego uderzenia Sahy, i z 83. minuty, kiedy faulował w polu karnym Drenthe), jak też bardzo dobry mecz rozegrał zastępujący Parkera Jake Livermore. Zanim zaczniemy wpadać w zachwyty nad człowiekiem w dwóch różnych butach, zauważmy zdyscyplinowanego taktycznie, skoncentrowanego młodzieńca, który nie tylko bezpiecznie podawał, ale też odbierał piłki rywalom, i to niemal nie faulując (statystyki Livermore’a: podania 76/77, wślizgi 3-0, pojedynki 5-2, do tego 8 odbiorów – jak na defensywnego pomocnika ideał). I doceńmy także van der Vaarta (ile razy wracał pod własne pole karne, żeby uczestniczyć w rozegraniu piłki), a przede wszystkim Aarona Lennona, który długo w zasadzie niewidoczny wykorzystał przecież tę kluczową okazję z pierwszej połowy. Wciąż utrzymuje się krzywdząca opinia, że prawoskrzydłowy Tottenhamu kiepsko dośrodkowuje i powinien popracować nad wykończeniem akcji, tymczasem od kilkunastu miesięcy odnoszę wrażenie, że w obu elementach piłkarskiej sztuki można na niego liczyć – a jeśli już apelować o poprawienie skuteczności, to do Luki Modricia, bo jak na zawodnika porównywanego z Paulem Scholesem (tak jest, czytałem dyskusję pod poprzednim wpisem…), Chorwat strzela stanowczo zbyt mało bramek.

Dojdźmy jednak wreszcie do człowieka, który przed kilkunastoma minutami zdobył jednego z najpiękniejszych goli tego sezonu. Benoit Assou-Ekotto również rzadko strzela bramki, no ale w końcu jest lewym obrońcą, a poza tym jego jedyny do dziś gol dla Tottenhamu, strzelony przed dwoma laty Liverpoolowi, był bodaj czy nie jeszcze piękniejszy. Pamiętamy, że do klubu sprowadził go tak przed laty krytykowany dyrektor sportowy Damien Comolli i że długo nie mogliśmy odżałować, iż stawianie na niego przez kolejnych menedżerów blokuje rozwój talentu niejakiego Garetha Bale’a. Pamiętamy też, że zawodnik słynący z ekstrawaganckich fryzur i grający w lewym bucie niebieskim, a prawym pomarańczowym, miał, niestety, zwyczaj zachowywać się ekstrawagancko we własnej szesnastce, co nieraz skutkowało golami lub karnymi dla rywala. Z upływem czasu jednak ten i ów z nas zaczął przebąkiwać, że Kameruńczyk wyrasta na jednego z najlepszych lewych obrońców Premier League, nawet jeśli nie gra tak błyskotliwie w ofensywie, jak, powiedzmy, Ashley Cole. A do tego doszedł słynny już wywiad dla „Guardiana”, w którym ów malowniczy obrońca deklarował, że gra w piłkę dla pieniędzy i żeby mu tu nie ściemniać, iż chodzi o coś więcej. Że kiedy kończy pracę, zwiedza Londyn, podróżując metrem albo Smartem – bo takie maleństwo łatwiej zaparkować niż uwielbiane przez kolegów-piłkarzy wypasione Ferrari, Bentleye czy Mercedesy. Potem zaś Assou-Ekotto dostał stałą rubrykę w „London Evening Standard”, gdzie dał się poznać jako człowiek zaangażowany społecznie, zwłaszcza po ubiegłorocznych zamieszkach, które spustoszyły dzielnicę jego drużyny. Jeżeli akurat szukacie idola, macie jak znalazł: gość świetnie wygląda, mówi szczerze, jeśli akurat jesteście w Londynie, łatwo możecie na niego wpaść na ulicy, a co najważniejsze: bardzo dobrze gra w piłkę.

Tak jest, całkiem przyjemnie w tych dniach kibicować Tottenhamowi. Nie ma pewnie gazety, która w sprawozdaniu z dzisiejszego meczu nie wspomni o trzech zaledwie punktach straty do Manchesteru City, z którym przyjdzie nam grać za 10 dni (wiadomo już, że rywale będą musieli radzić sobie bez Kompany’ego, braci Toure, a może i bez Davida Silvy czy Balotellego…). Cicho sza, jednak. Bynajmniej nie zamierzam patrzeć w górę tabeli. Osiem punktów przewagi nad Chelsea i dziewięć nad Arsenalem, to informacja zdecydowanie ważniejsza. Mało, cholera.

Klasyk na błędach

Wiadomości o śmierci Alexa Fergusona okazały się mocno przedwczesne. Oczywiście we wskrzeszeniu zacnego staruszka ważną rolę odegrał sędzia dzisiejszych derbów Manchesteru, Chris Foy. Nie żeby dało się powiedzieć jednoznacznie, iż jego decyzja o wyrzuceniu z boiska najlepszego obrońcy gospodarzy Vincenta Kompany’ego była skandalicznym błędem (w końcu kapitan MC atakował rywala dwiema wyprostowanymi nogami), ale wielu sędziów w podobnej sytuacji poprzestałoby na żółtej kartce albo wręcz… puściłoby grę, bo Belg czysto wygarnął piłkę.

Równocześnie jednak wiadomości o przełamaniu kryzysu MU również okazały się mocno przedwczesne. Oczywiście, wygrali na boisku najgroźniejszego rywala, ale z każdą minutą drugiej połowy coraz rozpaczliwiej bronili wyniku przed dziesięcioma rywalami, a zespół Roberto Manciniego, ryzykownie ustawiony podczas tych 45 minut w systemie 3-4-2, w końcówce był o włos od wyrównania (Lindegaard po rzucie wolnym Kolarowa wypuścił piłkę przed siebie, ale nie znalazł się nikt, kto zdołałby wepchnąć ją do siatki). Natychmiast przypomniał mi się mecz sprzed ośmiu lat, kiedy Tottenham w Pucharze Anglii prowadził do przerwy z grającym w dziesiątkę MC 3:0, żeby przegrać 3:4, ale MU to jednak nie Tottenham – aż tak źle nie było.

Wiadomości o przełamaniu kryzysu okazały się przedwczesne, bo United ani nie zaczęło, ani nie skończyło tego meczu dobrze, a błędów popełnionych przez bramkarza, obrońców i pomocników było co niemiara. Lindegaard nie wydawał się pewniejszy od de Gei (a może, hm, z emerytury wróciłby van der Sar, skoro udało się ze Scholesem?), Ferdinand dawał się ogrywać Aguero, Evra źle się ustawiał, Smalling i Jones kiksowali, Nani był bez formy, a Carrickowi i Giggsowi jak brakowało szybkości w ostatnich miesiącach, tak rzecz jasna brakowało im i dzisiaj. Fenomenalna główka i ciężka praca między dwoma polami karnymi Rooneya oraz wolej i ruchliwość Welbecka, wsparte – powtórzmy – kontrowersyjną decyzją sędziego tym razem wystarczyły, ale nie przysłoniły kłopotów sir Alexa, związanych w ogromnej mierze z kontuzją klasowego stopera oraz brakiem klasowego bramkarza i klasowego środkowego pomocnika.

W tej ostatniej kwestii na osobny akapit zasługuje powrót do składu MU Paula Scholesa. Romantyczne to było, nie powiem, a wyznanie Wayne’a Rooneya, że koledzy z drużyny o wszystkim dowiedzieli się dopiero, gdy rudzielec pojawił się w szatni na Etihad Stadium, dodało sprawie pikanterii. Jednak podjęta dziesięć minut po wejściu Scholesa na boisko decyzja o wpuszczeniu także Andersona pokazała, że plan się nie powiódł: 37-latek nie uspokoił gry w środku, nie zapewnił dodatkowej asekuracji, w większości przypadków podawał do najbliższego, a błędy, jakie popełnił, źle przyjmując piłkę i niecelnie podając, mogły się zakończyć i w jednym przypadku rzeczywiście się zakończyły golem dla gospodarzy. Tak jest, ta drużyna na gwałt potrzebuje piłkarza klasy Paula Scholesa – ale Paula Scholesa młodszego o ładnych parę lat. Jakby nie było mało plotek o Sneijderze, dziś kolejny raz pojawiły się pogłoski, że latem na Old Trafford pojawi się Modrić… No ciekaw jestem bardzo decyzji Chorwata, zwłaszcza jeśli miałby ją podjąć w momencie, gdy Tottenham zająłby drugie, a MU trzecie miejsce w tabeli.

W sumie: fantastyczne widowisko, magia pucharu, jeszcze jedne pamiętne derby itd. Szkoda, że w tak ogromnej mierze dzięki błędom. Chris Foy nie tylko mógł nie wyrzucać Kompany’ego, ale także powinien w końcówce dać City karnego za rękę Jonesa, a wcześniej karnego lub rzut wolny na linii pola karnego za faul Kolarowa na Valencii; o bramkarzu MU i Scholesie była już mowa – żeby tyle nie wybrzydzać dodajmy dla równowagi, że główka Rooneya była zaiste przepiękna, podobnie jak rzuty wolne Kolarowa; że Rooney błyszczał po słabym występie w Newcastle, że świetnie grali Milner, Aguero czy Richards…

A, i jeszcze jedno: przy wyjeździe braci Toure na Puchar Narodów Afryki i czteromeczowej dyskwalifikacji Kompany’ego (to już jego druga czerwona kartka w tym sezonie; pytanie oczywiście, czy MC nie będzie apelowało i czy apelacja się nie powiedzie?) oraz kontuzji Balotellego i Dżeko, Roberto Mancini powinien chyba ruszać na zakupy.

Porque me diste un golpe?

Nie wyrabiam się z blogowaniem. Przeglądam (i wyrzucam do kosza) notatki z poprzedniej kolejki, z imponującego boju West Bromwich Albion z Manchesterem City, albo z nie tak znów efektownego, ale wystarczająco efektywnego pojedynku Fulham z Chelsea. Wszystko nieaktualne, może poza tym, że wielokrotnie przez nas opiewane umiejętności organizowania gry defensywnej przez Roya Hodgsona potwierdziły się także wczoraj na White Hart Lane, gdzie Tottenham wymęczył zwycięstwo jedynie dzięki złodziejskiemu instynktowi Jermaina Defoe (po meczu z MC przeczytałem, że cała czwórka obrońców WBA kosztowała łącznie 2,3 miliona funtów, nie wiem, czy wczoraj nie była jeszcze tańsza…). No, także Fulham – tak niedawno przecież obite przez Manchester United – zdążyło jeszcze odegrać się na Arsenalu. Ktoś, kto oglądał ten mecz od początku i – jak często bywa przy takich okazjach – jego pierwsze wrażenia były wrażeniami najsilniejszymi, z trudnością pewnie uwierzy, że na Craven Cottage Arsenal miał 47 proc. posiadania piłki (zaledwie trzeci raz w tym sezonie piłkarze Arsene’a Wengera nie przekroczyli 50 proc.) – tak absolutna była dominacja Kanonierów w pierwszych 45 minutach. Dalej: eksperymentalnie zestawione MU (Michał Zachodny policzył, że gdyby jedenastka Alexa Fergusona grała na swoich nominalnych pozycjach, byłoby to ustawienie 2-3-5) nastrzelało pięć bramek Wigan, ale potem w sposób zdumiewający potknęło się z Blackburn, a dzisiaj – już w normalnym ustawieniu, w dodatku bez feralnego de Gei w bramce – dostało baty od dołującego ostatnio Newcastle i pytanie, czy o Aleksie Fergusonie pisać się będzie tak, jak o Andre Villas-Boasie, nie brzmi tak znowu absurdalnie. Chelsea po remisie z Wigan i klęsce z Aston Villą zdołała wygrać z Wolves, ale atmosfera na Stamford Bridge wciąż daleka jest od poprawnej. MC, zanim rozgromił Liverpool (ależ brakuje w drużynie Dalglisha kontuzjowanego Lucasa…), sensacyjnie przegrał z Sunderlandem, choć po golu ze spalonego. Sunderland pod wodzą Martina O’Neilla to skądinąd osobny temat: z klubu zagrożonego spadkiem w parę tygodni stał się klubem myślącym o europejskich pucharach. Kto by pomyślał, że z drużyn czołówki tylko Tottenham przejdzie przez okres świąteczny bez porażki, choć za cenę kontuzji Parkera, Sandro i Gallasa: Harry Redknapp uparcie wystawiał tę samą jedenastkę i jego najlepsi piłkarze wczoraj dosłownie doczołgiwali się do 90. minuty.

Blaski i cienie rotacji to kolejny temat, z którym się nie wyrabiam. Podobnie jak wpływ Pucharu Narodów Afryki na wyścig o mistrzostwo Anglii i o miejsca w Lidze Mistrzów: jak poradzą sobie zwłaszcza MC i Arsenal? W przypadku tego ostatniego zespołu tematami zupełnie osobnymi i absolutnie wyjątkowymi są powrót do Premier League Thierry’ego Henry’ego (w sam raz, żeby zastąpić wyjeżdżającego na PNA Gervinho), no i podsumowanie niesamowitego roku Robina van Persiego. Choć może, także w świetle dzisiejszego wieczora w Newcastle, należałoby mówić również o niesamowitym roku Demba Ba…

Kręci mnie jednak, żeby zamiast o tym wszystkim, napisać o sprawie Terry’ego i Suareza, czyli o mniej lub bardziej domniemanym rasizmie, wciąż odżywającym w Premier League. Napisałem „mniej lub bardziej domniemanym”, bo zarówno w przypadku obrońcy Chelsea, jak i napastnika Liverpoolu, mamy różne wersje wydarzeń, a podejrzani nie przyznają się do winy. Kłopot w tym, że nawet jeśli byliby rzeczywiście niewinni (co w świetle dochodzenia policji i Football Association wydaje się mało prawdopodobne), problem rasizmu wyłazi drzwiami i oknami ze wszystkiego, co wydarzyło się wokół. Wystarczy przeczytać pierwsze oświadczenie Liverpoolu, w duchu „Suarez nie jest rasistą, bo ma wielu czarnych kolegów”, albo usłyszeć, jak Alan Hansen używa słowa „kolorowi” w studiu Match of the Day (jakiego koloru jest sam Hansen?!), żeby zobaczyć, że nie jest dobrze. Niby wszyscy już wiedzą, czego nie wolno mówić i robić, a jednak jakby na wpół świadomie wciąż mówią i robią…

Zanim angielski futbol poradzi sobie z problemem rasizmu, upłynie wiele wody w Tamizie. Jeśli uparcie myślę jednak, że tej wody będzie raczej mniej niż więcej, to dzięki reakcji mediów, które po zapoznaniu się z raportem FA dość jednomyślnie skrytykowały Liverpool za poprowadzenie sprawy Suareza, a przede wszystkim dzięki samemu raportowi angielskiej federacji. Czytałem w ostatnich latach wiele dokumentów wytworzonych przez instytucje polskiego państwa na różne sporne tematy, raporty sejmowych komisji śledczych itp., ale mało który może się równać z przejrzystością, wnikliwością i bezstronnością tego sprawozdania. Jeżeli macie jeszcze wątpliwości, po prostu go przeczytajcie; niezależnie od samej sprawy Suarez-Evra dostaniecie rzadką możliwość zobaczenia Premier League zza kulis: jak pracują sędziowie, jak urzędnicy klubowi, a jak przedstawiciele FA.

A tytuł dzisiejszego wpisu? Zaczerpnąłem go właśnie z raportu federacji (zob. strona 27) ; pan Evra zapytał pana Suareza: „Dlaczego mnie kopnąłeś?”.

Sylwester z ukochaną

A gdybyście kiedyś chcieli wytłumaczyć komuś, powiedzmy ukochanej osobie, dlaczego właściwie tak wkręciła was piłka nożna, moglibyście zacząć właśnie od sylwestrowego popołudnia 2011 roku. Obawiam się tylko, że wstęp, który musielibyście zrobić, byłby nieco przydługi. Najpierw musielibyście przecież powiedzieć, że jest taka drużyna, która w ciągu ostatnich kilkunastu lat była nie tylko największą potęgą piłkarską w Anglii, ale jedną z największych potęg piłkarskich w Europie. Potem, że na jej stadion co tydzień przychodzi siedemdziesiąt pięć tysięcy ludzi, wytwarzających niebywałą atmosferę, i że porażki gospodarzy na tym stadionie można było w ciągu ostatnich miesięcy policzyć na palcach jednej ręki. Wreszcie, że za wszystkie te sukcesy odpowiedzialny jest jeden człowiek, pracujący tu dobre ćwierć wieku i tego właśnie dnia obchodzący siedemdziesiąte urodziny. Że dopiero co zdobył mistrzostwo kraju i walczył w finale najważniejszych rozgrywek europejskich, że jest na drugim miejscu w tabeli, ale ma tyle samo punktów co lider, że nazwiska jego piłkarzy mówią coś nawet osobom niezainteresowanym futbolem (w tym miejscu moglibyście sprawdzić, czy słyszała o Rooneyu – z pewnością słyszała) itp., itd. Potem musielibyście przejść do opisania rywala: że tak jak tamci są świetni, tak ci są beznadziejni. Że są na ostatnim miejscu w tabeli, że są murowanym kandydatem do spadku, że przed rokiem kupili ich jacyś nieznający się na piłce biznesmeni z Indii, którzy w dodatku zatrudnili kompletnie zielonego trenera. Że przeciwko temu trenerowi kibice urządzają masowe demonstracje i że nawet lokalna prasa na pierwszych stronach żąda jego dymisji. Że o jego wątpliwych kwalifikacjach przywódczych mówi nawet stracone prawo jazdy za prowadzenie po pijanemu… „Dobra, dobra – przerwałaby wam wtedy ukochana osoba. – Ci od zielonego z Indii muszą wygrać, inaczej ta historia nie miałaby sensu”.

Albo gdybyście już namówili kogoś, powiedzmy ukochaną osobę, na obejrzenie tego meczu… Najpierw zobaczyłaby, jak murowany faworyt traci bramkę z karnego, a wy z pełnym przekonaniem utrzymywalibyście, że to tylko lepiej dla widowiska. Potem, gdy ci skazani na pożarcie schodziliby na przerwę z jednobramkowym prowadzeniem, opowiadalibyście o słynnej „suszarce”, jaką trener gospodarzy stosuje w szatni, żeby zmotywować swoich  podopiecznych. Gdyby zaś niedługo po przerwie goście strzelili jeszcze jedną bramkę, nie przejęlibyście się w najmniejszym stopniu, tylko opowiedzielibyście o niezliczonych przypadkach, w których drużyna mistrzów podnosiła się właśnie w takich okolicznościach, żeby w kilkanaście minut zmiażdżyć rywala (o tak, zwłaszcza jeśli mieliście w swoim życiu jakieś związki z Tottenhamem, potrafilibyście podać stosowne przykłady…). Później, nic nie mówiąc, uśmiechalibyście się z wyższością, gdy natychmiast po golu na 0:2, gospodarze strzeliliby bramkę kontaktową, a dziesięć minut później kolejną. O tak, mniej więcej koło osiemdziesiątej minuty czulibyście na sobie ten wzrok pełen uznania, po czym jednak bramkarz gospodarzy minąłby się z piłką przy dośrodkowaniu z rzutu rożnego i goście jeszcze raz wyszliby na prowadzenie, wy zaś zrozumielibyście, że wasz autorytet futbolowego eksperta właśnie legł w gruzach, nawet jeżeli desperacko próbowalibyście jeszcze bąkać coś o mocno niepewnym od początku sezonu młodym bramkarzu z Hiszpanii.

Otóż tak właśnie. Całkiem możliwe, że gdybyście w sylwestrowe popołudnie namówili kogoś, powiedzmy ukochaną osobę, na obejrzenie spotkania MU-Blackburn, usłyszelibyście w końcu upragnione zdanie: „Całkiem fajna ta piłka nożna”. Tyle że padłoby ono zaraz po wypowiedzianej z ironicznym uśmieszkiem frazie: „Od razu wiedziałam, że ci żółtoczarni wygrają z tymi czerwonymi”. Spróbowalibyście wtedy tłumaczyć, że nadal jesteście zdania, iż ci żółtoczarni spadną z ligi, a ci czerwoni do końca walczyć będą o jej wygranie.

PS. Szczęśliwego Nowego Roku! Więcej takich wyników, jak wczorajsze MU i Chelsea albo dzisiejszy MC.

Zwycięski remis

Napisałem przed meczem, że wezmę remis w ciemno i biorę go: z ulgą i niedosytem, bo taka jest najwyraźniej natura kibicowania. Ten mecz mógł się przecież zakończyć każdym wynikiem, ale przede wszystkim – przynajmniej już po tym, kiedy gościom udało się wyrównać – mógł się zakończyć zwycięstwem Chelsea. Choć z drugiej strony, w 92. minucie, to wicemistrzowie Anglii ratowali remis – może więc ich kibice także uznają ten remis za zwycięski?

Tottenham zaczął fantastycznie, łatwo zdobywając przewagę w środku pola, gdzie „czyszczących” Parkera i Sandro wspierali nie tylko Modrić i Bale, ale i bardzo głęboko cofający się van der Vaart. Na sytuacje bramkowe ta przewaga się nie przekładała, poza jedną, kiedy po fenomenalnym odbiorze Sandro Bale popędził z piłką naprzeciwko czterech rywali, obiegł ich i dośrodkował do Adebayora. W ciągu następnego kwadransa wyglądało na to, że Chelsea nie zdoła się podnieść: Tottenham dominował absolutnie, a jego piłkarze, jakże chętnie tworzący na boisku trójkąty, grali z gośćmi w ciuciubabkę: ja do ciebie, ty do niego, a oni niech się między nami uganiają. Potem jednak nastąpiła faza druga: gapiostwo przy akcji Chelsea (obwiniam zwłaszcza Assou-Ekotto, który nie poszedł za Sturridgem) przyniosło wyrównanie, gospodarze spuścili trochę powietrza i do przerwy także gra się wyrównała. Faza trzecia to zejście kontuzjowanego van der Vaarta, wejście Pawluczenki i ustawienie Tottenhamu 4-4-2; wtedy Chelsea zaczyna kontrolować przebieg wydarzeń i stwarzać kolejne, coraz lepsze sytuacje. Faza czwarta to zejście Modricia z prawego skrzydła do środka i bardziej wyrównany bój w ostatnich 20 minutach.

Aż dziwne, że nie padło więcej bramek, czyż nie? Przypomnijmy słupek Drogby w pierwszej połowie, po karygodnym błędzie Walkera. Przypomnijmy dwa pudła Ramiresa, nogą i głową. Ale przypomnijmy też nieuznanego gola Adebayora (sędzia gwizdnął spalonego, choć John Terry dwukrotnie złamał linię – i przy tym, jak piłkę przedłużał Gallas, i przy tym, jak potem strącał ją Adebayor) oraz rozpaczliwą interwencję Terry’ego w ostatniej minucie. Obrońcy obu drużyn mylili się na potęgę; w Tottenhamie miałbym pretensję przede wszystkim do niecelnie wyprowadzającego piłkę Gallasa (Kaboul przed meczem wydawał się lepszym wyborem), źle ustawiającego się Walkera i kompletnie nieradzącego sobie ze Sturridgem Assou-Ekotto. Tego ostatniego piłkarza uważam za jednego z najlepszych lewych obrońców Premier League, co oznacza, że Sturridge naprawdę wyrósł na jednego z najlepszych graczy ofensywnych angielskiej ekstraklasy.

W ogóle tercet ofensywny Chelsea bardzo mi się podobał. I podobali mi się walczący w środku pola Meireles, a później Romeu – choć jeśli o defensywnych pomocników idzie przyćmiewał ich Sandro. W Tottenhamie Bale błysnął na tle Ivanovicia i Bosingwy, ale później z Fereirą nie szło mu już tak dobrze. Do „zbilansowania” tej drużyny brakowało Lennona – albo brakowało odwagi Redknappa i postawienia na któregoś z młodszych, nieogranych jeszcze w ekstraklasie skrzydłowych, np. Rose’a lub Townsenda. Może gdyby zagrali, Ashley Cole nie zostałby wybrany piłkarzem meczu?

Spierać się można o decyzje sędziowskie. W kwestii ręki Cole’a przy bramkowej akcji Chelsea, myślę, że Howard Webb zachował się rozsądnie. W kwestii niewyrzucenia z boiska Adebayora (po żółtej kartce faulował jeszcze czterokrotnie) – moim zdaniem również, bo żadne z naruszeń przepisów napastnika Tottenhamu nie zasługiwało na drugą karę. Faul Ramiresa na Bale’u nie zasługiwał na więcej niż żółtą kartkę. Wychodzi na to, że mam pretensje tylko o drugiego „gola” Adebayora – moim zdaniem powinien zostać uznany.

Zważywszy na liczbę wydarzeń rozpalających wyobraźnię kibiców (wślizg Terry’ego z ostatnich sekund, ratujący remis Chelsea, z pewnością wybijał się na pierwszy plan, jeśli pamiętać o wałkowanych przez prasę prawnych kłopotach kapitana gości), był to mecz godny najlepszych drużyn Premier League. Z pewnością jednak, zważywszy liczbę błędów obrońców obu stron i nieskuteczność zawodników Chelsea, nie był to mecz pretendentów do wygrania tej ligi. Jeśli w styczniu nie odbędzie się jakaś transferowa ofensywa (obaj menedżerowie raczej ją wykluczają, choć Chelsea zawalczy o Gary’ego Cahilla), Redknappowi i Villas-Boasowi zostanie walka z Arsenalem i Liverpoolem o awans do Ligi Mistrzów.

Steve Kean musi odejść

W dawnych czasach, kiedy jeszcze kupowałem „Dziennik”, wprawiałem w konfuzję niejednego krakowskiego kioskarza – w dawnych czasach w naszym mieście „Dziennik” był tylko jeden i nazywał się „Dziennik Polski”, więc żeby kupić pismo Roberta Krasowskiego trzeba było mówić „niebieski »Dziennik«”. Coś jak z „Telegraphem” w Blackburn: kiedy w 1994 r. spóźniony Henry Winter gnał na konferencję prasową Kenny’ego Dalglisha i zapytany przez jednego z pracowników klubu, jakie pismo reprezentuje, odpowiedział „Telegraph”, napotkał podejrzliwy wzrok: „Nigdy przedtem cię tu nie widziałem”. „Daily Telegraph”, wytłumaczył szybko dziennikarz. Rzecz w tym, że w Blackburn „Telegraph” również był i jest tylko jeden: lokalny „Lancashire Telegraph”. Pismo, które kilka dni temu opublikowało na pierwszej stronie edytorial, domagający się zwolnienia Steve’a Keana z funkcji menedżera.

Oczywiście hinduscy właściciele Blackburn nie czytają lokalnej, a być może również ogólnobrytyjskiej prasy. Z pewnością jednak czytają ją tysiące kibiców i pracowników klubu, a najprawdopodobniej także piłkarze. W tych warunkach – wzmocnionych przecież przez trwające od miesięcy manifestacje fanów, domagających się wyrzucenia Keana przed, w trakcie i po niemal każdym meczu; mających poparcie nawet lokalnego parlamentarzysty, byłego szefa MSW i MSZ Jacka Straw – naprawdę trudno o poczucie, że pod tym trenerem można jeszcze zrobić cokolwiek.

Piszę to z wewnętrznym oporem: niemal od zawsze towarzyszy mi przekonanie, że ostatnią rzeczą, która może pomóc drużynie, jest zwolnienie trenera. Trudno też, bym nie czuł sympatii do człowieka, który wczorajszego wieczoru musiał wysłuchać od wielotysięcznego tłumu tylu bluzgów, a który z godnością je ignorował, nieustannie zagrzewając piłkarzy do walki (zmroziła mnie wieść, że na trybunach była także jego żona…). Czasami jednak wydaje się, że nie ma innego wyjścia; że potrzebne jest nowe otwarcie i nowy początek, a o taki najłatwiej właśnie po zmianie szkoleniowca. Czy Fulham albo West Bromwich zdołałyby się utrzymać w ekstraklasie, gdyby w 2007 r. Lawriego Sancheza nie zastąpił Roy Hodgson, a cztery lata później Roberto di Matteo ten sam Roy Hodgson (skądinąd dawny menedżer… Blackburn)? Szczerze wątpię.

Problem w tym, że odejście Keana jest warunkiem tyleż koniecznym, co niewystarczającym. Z tymi piłkarzami w ekstraklasie nie zdołałby się utrzymać nawet Alex Ferguson, wspierany przez Arsene’a Wengera jako asystenta. Owszem, jest Paul Robinson w bramce i Yakubu w ataku, owszem, są walczący w każdym meczu do upadłego Samba i świetny wczoraj Hoilett, ale postawa i umiejętności większości pozostałych nie dają wielkich nadziei, a kontuzje podstawowych obrońców – w tym Scotta Danna – pogarszają jeszcze sytuację.

Nade wszystko jednak: z takimi właścicielami klubu pracować mógłby jedynie straceniec – nikt, kto myśli o swoim CV odpowiedzialnie, nie przyjdzie dziś do Blackburn. To dlatego, choć wiem, że kibice mają nadzieję na powrót Marka Hughesa, osobiście obstawiam raczej kolejną misję niemożliwą – i kolejny spadek z ekstraklasy – Awrama Granta.