Łzy kibica

ja, owszem, będę płakał po Queens Park Rangers. Inaczej niż Michał Zachodny, choć – o paradoksie – wychodząc z podobnych przesłanek. Nie ze względu na sentyment do Harry’ego Redknappa, który przecież przyjmując propozycję Tony’ego Fernandesa świetnie wiedział, co robi, a i kontrakt, który wynegocjował, z pewnością do skromnych nie należał. Nie ze względu na grupę zawodników, wśród których wielu zdążyło się wypalić w poprzednich klubach, a ze wszystkich umiejętności związanych z profesjonalnym futbolem przy Loftus Road imponowało jedynie pieczołowitością przy podpisywaniu kwitków z wypłatami. Z pewnością także nie ze względu na ekscentrycznego właściciela, szastającego pieniędzmi populistę, wdającego się z kibicami w niepotrzebne dyskusje na Twitterze. Rzecz w tym, że kiedy myślę o losie takich klubów, wciąż odzywa mi się w głowie wyznanie Davida Conna, skądinąd kibica Manchesteru City, o tym, że w chwili sensacyjnego triumfu tej drużyny w ostatniej minucie ostatniego sezonu, ronił łzy nie tyle wzruszenia z powodu jej powrotu na tron, co „w nagłym powrocie dzieciństwa, w którym tak bardzo kochałem swój klub i nigdy nie myślałem, że ktokolwiek inny może być jego właścicielem”.
Chodzi mi więc o ludzi na dobre i złe związanych z klubem; ludzi, którzy odwiedzali Loftus Road może nawet na kilkadziesiąt lat przed pojawieniem się tam Tony’ego Fernandesa z jego górą pieniędzy, lokowanych tak absurdalnie w tygodniówce pana Bosingwy. O ludzi, którzy wiedzą równie dobrze jak Michał Zachodny czy ja, że z takim stosunkiem budżetu płacowego do obrotów, przy takich perspektywach dochodów z innych źródeł niż portfel właściciela (maleńki stadion, marne perspektywy globalnej, komercyjnej ofensywy), jedyną szansą na przetrwanie ich ukochanego klubu jest tenże Tony Fernandes. Nawet przy założeniu, że ziści się scenariusz utrzymania w Premier League (dziś równie prawdopodobny jak to, że Manchester United nie zostanie mistrzem Anglii) i pieniądze z nowej umowy telewizyjnej popłyną jeszcze szerszym strumieniem, obecnego Queens Parku po prostu nie da się prowadzić bez nieustającego wsparcia z kieszeni multimilionera. Co będzie, jeśli poirytowany jakąś jedną czy drugą wpadką, rozczarowany brakiem sukcesów albo cierpiący na skutek biznesowych niepowodzeń na innych frontach Malezyjczyk zakręci kurek z pieniędzmi? Porównanie z Chelsea jest o tyle nietrafione, że Chelsea ma już wystarczającą markę, by dać sobie radę bez Romana Abramowicza…
Rzeczywiście QPR ma wszelkie dane, by powtórzyć los Leeds czy Portsmouth, rzeczywiście jest fatalnie zarządzany, a zimowe zakupy były nie pierwszymi w najnowszej historii klubu aktami paniki, dokładanymi do serii błędów popełnionych latem i w trakcie sezonów poprzednich. Problem w tym, że w razie katastrofy ofiarą tych błędów nie padną ani zawodnicy – chronieni kontraktami, gwarantowanymi dodatkowo przez związek zawodowy, ani Harry Redknapp, który od trudnych pytań wykręci się jednym czy dwoma gorzkimi żartami zza szyby samochodu. Ucierpią kibice. Wciąż pamiętam, że w przypadku takiego Accrington Stanley, które na skutek kłopotów finansowych w 1962 roku musiało wycofać się z rozgrywek ligowych, upadło w 1966 i zostało powołane do życia na nowo przez fanów w 1968 – powrót do profesjonalnej Football League zajął prawie pół wieku.
Myślę o kibicach QPR tym bardziej, że wczoraj nie musieli cierpieć. Występ ich ulubieńców w pierwszej połowie meczu z AV nie był występem drużyny pogrążonej w sytym letargu: napędzani przez Loica Remy’ego i Androsa Townsenda (nie przydałby się Tottenhamowi na skrzydle, gdy kontuzjowany jest Aaron Lennon?) goście mieli co najmniej trzy świetne okazje na podwyższenie prowadzenia, ale Brad Guzan bronił jak natchniony. Swój pierwszy groźny atak Villa wyprowadziła dopiero w 46. minucie i… schodziła na przerwę nie pamiętając już o tym, jak wcześniej była łomotana. Przeziębiony Zamora nie wrócił na drugą połowę, a wraz z nim ulotniła się także koncepcja gry, w której będącego na szpicy Anglika wspierała wspomniana dwójka, wraz z resztą drużyny aktywnie angażująca się także w pressing. Teraz Queens Park postawił na grę z kontry, zawodnicy cofnęli się na własną połowę, boczni obrońcy AV zyskali więcej miejsca, z czasem robiło się także coraz bardziej nerwowo… Kiedy się mówi o odpadnięciu angielskich drużyn z Ligi Mistrzów, warto mieć w tyle głowy mecze takie jak ten: emocjonujące do granic możliwości, ale budujące napięcie na kaskadzie pomyłek. Zawodników Aston Villi usprawiedliwia przynajmniej młody iek…
A skoro wspomnieliśmy o Lidze Mistrzów bez Anglików (Beckhama wyjąwszy): to jeden z licznych tematów niepodjętych w ciągu minionego tygodnia. Konklawe i przyspieszony termin druku nowego numeru „TP” kosztowały mnie nienapisane blogi o meczach Barcelony z Milanem i Bayernu z Arsenalem (za nieobejrzane spotkanie Inter-Tottenham jestem właściwie wdzięczny), a stan, w jakim się obecnie znajduję, przypomina nieco stan Tottenhamu po porażce z Fulham na własnym boisku. Muszę się otrząsnąć.

A ja, owszem, będę płakał po Queens Park Rangers. Inaczej niż Michał Zachodny, choć – o paradoksie – wychodząc z podobnych przesłanek. Nie ze względu na sentyment do Harry’ego Redknappa, który przecież przyjmując propozycję Tony’ego Fernandesa świetnie wiedział, co robi, a i kontrakt, który wynegocjował, z pewnością do skromnych nie należał. Nie ze względu na grupę zawodników, wśród których wielu zdążyło się wypalić w poprzednich klubach, a ze wszystkich umiejętności związanych z profesjonalnym futbolem, przy Loftus Road imponowało jedynie pieczołowitością przy podpisywaniu kwitków z wypłatami. Z pewnością także nie ze względu na ekscentrycznego właściciela, szastającego pieniędzmi populistę, wdającego się z kibicami w niepotrzebne dyskusje na Twitterze. Rzecz w tym, że kiedy myślę o losie takich klubów, wciąż odzywa mi się w głowie wyznanie Davida Conna, skądinąd kibica Manchesteru City, o tym, że w chwili sensacyjnego triumfu tej drużyny w ostatniej minucie ostatniego sezonu, ronił łzy nie tyle wzruszenia z powodu jej powrotu na tron, co „w nagłym powrocie dzieciństwa, w którym tak bardzo kochałem swój klub i nigdy nie myślałem, że ktokolwiek inny może być jego właścicielem”.

Chodzi mi więc o ludzi na dobre i złe związanych z klubem; ludzi, którzy odwiedzali Loftus Road może nawet na kilkadziesiąt lat przed pojawieniem się tam Tony’ego Fernandesa z jego górą pieniędzy, lokowanych tak absurdalnie w tygodniówce pana Bosingwy. O ludzi, którzy wiedzą równie dobrze jak Michał czy ja, że z takim stosunkiem budżetu płacowego do obrotów, przy takich perspektywach dochodów z innych źródeł niż portfel właściciela (maleńki stadion, marne perspektywy globalnej, komercyjnej ofensywy), jedyną szansą na przetrwanie ich ukochanej drużyny jest tenże Tony Fernandes. Nawet przy założeniu, że ziści się scenariusz utrzymania w Premier League (dziś równie prawdopodobny jak to, że Manchester United nie zostanie mistrzem Anglii) i pieniądze z nowej umowy telewizyjnej popłyną jeszcze szerszym strumieniem, obecnego Queens Parku po prostu nie da się prowadzić bez nieustającego wsparcia z kieszeni multimilionera. Co będzie, jeśli poirytowany jakąś jedną czy drugą wpadką, rozczarowany brakiem sukcesów albo cierpiący na skutek biznesowych niepowodzeń na innych frontach Malezyjczyk zakręci kurek z pieniędzmi? Porównanie z Chelsea jest o tyle nietrafione, że Chelsea ma już wystarczającą markę, by dać sobie radę bez Romana Abramowicza…

Rzeczywiście QPR ma wszelkie dane, by powtórzyć los Leeds czy Portsmouth, rzeczywiście jest fatalnie zarządzany, a zimowe zakupy były nie pierwszymi w najnowszej historii klubu aktami paniki, dokładanymi do serii błędów popełnionych latem i w trakcie sezonów poprzednich. Problem w tym, że w razie katastrofy ofiarą tych błędów nie padną ani zawodnicy – chronieni kontraktami, gwarantowanymi dodatkowo przez związek zawodowy, ani Harry Redknapp, który od trudnych pytań wykręci się jednym czy dwoma gorzkimi żartami zza szyby samochodu. Ucierpią kibice. Wciąż pamiętam, że w przypadku takiego Accrington Stanley, które na skutek kłopotów finansowych w 1962 roku musiało wycofać się z rozgrywek ligowych, upadło w 1966 i zostało powołane do życia na nowo przez fanów w 1968 – powrót do profesjonalnej Football League zajął prawie pół wieku.

Myślę o kibicach QPR tym bardziej, że wczoraj nie musieli cierpieć. Występ ich ulubieńców w pierwszej połowie meczu z AV nie był występem drużyny pogrążonej w sytym letargu: napędzani przez Loica Remy’ego i Androsa Townsenda (nie przydałby się Tottenhamowi na skrzydle, gdy kontuzjowany jest Aaron Lennon?) goście mieli co najmniej trzy świetne okazje na podwyższenie prowadzenia, ale Brad Guzan bronił jak natchniony. Swój pierwszy groźny atak Villa wyprowadziła dopiero w 46. minucie i… schodziła na przerwę nie pamiętając już o tym, jak wcześniej była łomotana. Przeziębiony Zamora nie wrócił na drugie 45 minut, a wraz z nim ulotniła się także koncepcja gry, w której będącego na szpicy Anglika wspierała wspomniana dwójka, wraz z resztą drużyny aktywnie angażująca się także w pressing. Teraz Queens Park postawił na grę z kontry, zawodnicy cofnęli się na własną połowę, boczni obrońcy AV zyskali więcej miejsca, z czasem robiło się także coraz bardziej nerwowo… Kiedy się mówi o odpadnięciu angielskich drużyn z Ligi Mistrzów, warto mieć w tyle głowy mecze takie jak ten: emocjonujące do granic możliwości, ale budujące napięcie na kaskadzie pomyłek. Zawodników Aston Villi usprawiedliwia przynajmniej młody wiek…

A skoro wspomnieliśmy o Lidze Mistrzów bez Anglików (Beckhama wyjąwszy): to jeden z licznych tematów niepodjętych w ciągu minionego tygodnia. Konklawe i przyspieszony termin druku nowego numeru „TP” kosztowały mnie nienapisane blogi o meczach Barcelony z Milanem i Bayernu z Arsenalem (za nieobejrzane spotkanie Inter-Tottenham jestem właściwie wdzięczny), a stan, w jakim się obecnie znajduję, przypomina nieco stan Tottenhamu po porażce z Fulham na własnym boisku. Muszę się otrząsnąć.

9 myśli nt. „Łzy kibica

  1. ~Jakub

    Byłem na tym meczu i gdy wpadłem na Villa Park w strugach deszczu, spóżniony i zdyszany około 20 min, pierwsze co zobaczyłem to gola dla QPR i przez następne 25 min wyglądało na to, że tak skończy się ten mecz.Jednak bramka na 1:1 zrobiła swoje, Błędy młodych zawodników AV?? Mhmm Ashely Westwood miał 95 % podań, Guzan bronił niczym natchniony, a cały atak Aston Villi zdobył po jednej bramce, w tej młodej drużynie było widać właśnie DRUŻYNĘ, zaś QPR to pudło nie pasujących do siebie puzli. Harry zaś zamiast przyznać się do tego , że jednak jego drużyna była słabsza, po meczu zachwalał ją pod niebiosa i bredził o tym , że powinno być do przerwy 0:4 , mimo starającego się jak mógł sędziego jakoś nie było. Pożniej Harry popłynął jeszcze bardziej mówiąć , że muszą wygrać 5 meczów…

    Po meczu nie zapomnę jednego widoku, wielgaśnego chłopaczka w stanie lekkiego spożycia , idącego przez tlum fanów QPR i śpiewjącego : Going Down, Goind Dow, O my Lord Going Down…Nikt z kibiców QPR zbytnio nie protestował, wyglądali jakby pogodzili się z losem…A Harry jak to Harry znowu ujawni swój talent w rujnowaniu pewnych drużyn.

    Odpowiedz
  2. ~dawid

    Harry rujnuje drużyny? Do Spurs przyszedł jak byli w strefie spadkowej i zrobił z nich zespoł walczący o LM… ruina normalnie…

    Odpowiedz
  3. ~pablo

    W 2004 pracując w eleganckim miejscu w północnym Londynie, doradzałem pewnemu wybrednemu ważniakowi w pewnej kwestii. Później zeszliśmy na futbol i jakże się zdziwiłem gdy się okazało, że mieszkając 3/4 życia między Highbury a White Hart Lane można kibicować oddalonemu o niezły kawał QPR. Facet olewał sukcesy Kanonierów i rosnących w siłeco drugą sobotę jeździł ( i robi to nadal ) prawie pół dnia w obie strony, żeby być przy Loftus rd. Mam nadzieję, że doczeka normalności

    PS
    rozumiem, że konklawe ważna sprawa dla TP ale ja tam cieszę się z „transferu” Stasiuka Andrzeja, którego teksty chłonę jak Okońskiego Michała 🙂

    Odpowiedz
  4. ~Łukasz

    Bezsprzecznie szkoda kibiców, zastanawiam się co się stanie z QPR przy ich ewentualnym spadku, bo ten wydaje się nieuchronny. Ciekawi mnie jak zareaguje właściciel klubu, który w pewien sposób wydaje się być pogodzony z degradacją. O ile mnie pamięć nie myli to jakieś trzy tygodnie temu znalazłem wypowiedź Fernandesa, w której mówił, że w razie spadku bardzo liczy na pozostanie Redknappa. To wydaje się mało prawdopodobne, ale w ten sposób pokazał, że będzie chciał szybko powrócić do Premier League. Tylko czy gorąca głowa właściciela i finanse pozwolą, aby kibice mogli liczyć na przyszły awans? W to też wątpię.

    lukwozny.blogspot.com

    Odpowiedz
  5. ~Andrzej Kotarski

    Mnie zupełnie nie rusza los niechybny los QPR, bo jest w 101% zasłużony. Odwlekanie spadku tej karykaturalnej drużyny na dłuższą metę mogłoby przynieść jej tylko większe długi. Szczerze nie wyobrażam sobie ich finansów w 2 lidze, nawet przy spadochronowych płatnościach. Przecież Football League ma niesamowicie restrykcyjne przepisy, do których dostosowania potrzeba będzie im cudu.

    Nie kupuj przebrzmiałych gwiazdek, nie płać im jak Luisowi Suarezowi, żyj zgodnie z ograniczeniami własnego portfela. Nie trzeba doktoratu z ekonomii, aby zauważyć luki na ich powierzchni… Na początku nabrałem się i cieszyłem na zakupy i budowę nowej siły w Londynie. Ten sezon zupełnie pozbawił mnie złudzeń. W swoim tekście z początku stycznia nazwałem ich QPR – Qmulacja Przepłacanych Rezerwowych. Nie zmieniło się prawie nic od tego czasu, no tylko Redknapp przeprosił się z Bosingwą.

    http://andrzejkotarski.wordpress.com/2013/01/10/qpr-qmulacja-przeplacanych-rezerwowych/

    Odpowiedz
  6. ~xpander

    Żal kibiców QPR, ale ten klub jest idealnym przykładem wszystkiego, co złe w angielskiej piłce. Zbyt duże pieniądze wydawane bez żadnego pomysłu na słabych, wypalonych graczy, na ‚nazwiska’, a nie rzeczywiste umiejętności i talent. Absurdalnie wysokie kwoty transferowe, horrendalne pensje i brak wizji. Niech spadną i będą przykładem, że klub i styl gry powinno budować się tak jak Swansea i np Wigan, a nie QPR czy Sunderland.
    Niech przepadną za brak lojalności dla graczy, którzy dali im awans, a także za zeszłoroczny brak profesjonalizmu i kompletne odpuszczenie meczu z City, gdy okazało się że wyniki na innych stadionach dały im utrzymanie.
    Dawno tak bardzo nie chciałem, by jakaś drużyna spadła z ligi i przestała ją psuć od środka. Po prostu im się to należy.

    Odpowiedz
    1. ~Polaś

      Zgodziłbym się z całą treścią komentarza, ale:
      „a także za zeszłoroczny brak profesjonalizmu i kompletne odpuszczenie meczu z City, gdy okazało się że wyniki na innych stadionach dały im utrzymanie.”
      Na pewno nie z tym fragmentem. Czy możesz udowodnić w jakiś sposób, to że odpuścili końcówkę meczu?

      Odpowiedz
      1. ~xpander

        Obserwacja. Przy czym nie oskarżam ich o celowe oddanie wygranej, a po prostu nie do końca profesjonalne podejście do meczu. Po usłyszeniu wyników z innych stadionów po prostu stanęli, przestali grać. Nie chodzi tu o United, a o jakieś ideały, a o brak gry do końca, ich minimalizm.
        Dlatego dowodów przedstawiać nie będę, bo nie oskarżam o nic poważnego. Ot po prostu obserwacja tego co się stało.

        Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *