Rooney po raz setny

Najchętniej pewnie wpadłbym w ulubione tony elegijne. Zauważyłbym, że dopiero co był nieco zbyt pulchnym nastolatkiem, ostrożnie wprowadzanym do pierwszej drużyny Evertonu przez Davida Moyesa, a potem wspomniałbym siebie z tamtego czasu, który wydaje się tak niedawny. Właściwie można by kiedyś napisać autobiografię, opowieść o dorastaniu albo o latach ostatecznego rozstawania się z młodością przez pryzmat oglądanej równocześnie kariery jednego zawodnika (choć w moim przypadku, rocznikowo, byłby to raczej Ryan Giggs).

Spokojna głowa, nie wpadnę w tony elegijne. Zaglądam tu na chwilę z przerwy na kadrę, żeby pokwitować setny występ w reprezentacji Anglii Wayne’a Rooneya i podzielić się refleksją po lekturze angielskiej prasy, która, choć rzecz jasna odnotowuje tak zwany milowy krok w karierze kapitana drużyny narodowej, to zachowuje przy tym zaskakującą powściągliwość. „Sto występów to ogromne osiągnięcie, ale nie sposób go uważać za wielkiego piłkarza” – wyrokuje Jason Burt w „Daily Telegraph”. „Prawdziwa wielkość wciąż omija Wayne’a Rooneya” – wtóruje w tym samym dzienniku Henry Winter.

Anglia jest wyjątkowo wymagającą partnerką – pisałem w „Gazecie Wyborczej” przed rozpoczęciem mundialu w Brazylii, dodając, że trudno Rooneyowi nie współczuć. W 2004 r. zapowiadał się na objawienie mistrzostw Europy – strzelił cztery bramki, trafił do jedenastki turnieju, ale zakończył go przedwcześnie w związku z kontuzją. Dwa lata później na mundial w Niemczech jechał z ledwo zrośniętą kością śródstopia, grało mu się źle, a w końcu – sprowokowany przez Ronaldo – wyleciał z czerwoną kartką. W RPA był cieniem samego siebie w związku z tykającą już bombą skandalu obyczajowego. Podczas Euro 2012 znów słyszał tylko: „Rooneyu, musisz” – naród czekał, aż wróci po dyskwalifikacji na ostatni mecz fazy grupowej. W 2014 strzelił wreszcie upragnioną pierwszą bramkę na mistrzostwach świata, ale i tym razem skończyło się przedwczesnym pakowaniem manatków.

Prawdziwa wielkość wciąż go omija? Człowieka, który wygrał Ligę Mistrzów i pięć razy był mistrzem kraju, piłkarza roku, autora prawie dwustu goli w Premier League, w tym tego najpiękniejszego – zdobytego przewrotką z Manchesterem City? Ciekawe, że w przypadku Anglików tylko triumfy w kadrze wydają się dawać przepustkę do sławy i chwały: 29-letni Wayne Rooney zapewne zdoła pobić rekordy największej liczby występów w reprezentacji (Peter Shilton, 125) i największej liczby goli (Bobby Charlton, 49), ale zdaniem angielskich dziennikarzy legendą się nie stanie – złośliwie zauważę, że najwyraźniej żaden z nich nie sądzi, iż w 2018 roku jako sędziwy kapitan poprowadzi swoich młodszych kolegów (Sterlinga? Sturridge’a i Welbecka? Lallanę i Shawa? Hendersona?) do triumfu w mistrzostwach świata. A przecież po drodze będą jeszcze mistrzostwa Europy – turniej, z którym jako piłkarz reprezentacji wiąże chyba najlepsze wspomnienia, właśnie z Portugalii w 2004 r. „Bylibyśmy mistrzami, gdyby nie tamten uraz Wayne’a”, powtarzają do dziś członkowie ówczesnego sztabu szkoleniowego…

Tak naprawdę nie wiem, czy można odpowiedzialnie porównywać ze sobą Charltona, Linekera, Greavesa i Rooneya. A przede wszystkim nie wiem, czy można podsumowywać czyjąś karierę w momencie, w którym wydaje się ona daleka od ukończenia. Owszem, również pamiętam, że taki np. Paul Scholes orzekał, iż najlepsze lata kariery jego dawny kolega z MU ma już za sobą; owszem, zauważam, jak z każdych wakacji wraca z lekką nadwagą; owszem, znam historię jego kontuzji; owszem, mnie również zbulwersowała wysokość jego ostatniego kontraktu. Ale widzę równocześnie, jak wciąż haruje, jak wciąż jest głodny, jak wciąż go nosi (a przy tym: jak potrafi się kontrolować – patrz zmniejszająca się jednak liczba czerwonych kartek). Potrafię sobie także wyobrazić, jak jego pozycja na boisku ewoluuje, jak z upływem kolejnych lat i sezonów Rooney stacjonuje coraz głębiej w środku pola, coraz dojrzalej rozdzielając piłki i dyrygując kolegami, nauczony przez Louisa van Gaala rzeczy, których Ferguson i Moyes mu dać nie potrafili. Tak czy inaczej, z tymi rozstrzygnięciami na temat jego wielkości jeszcze bym poczekał. Sebastiana Milę też za szybko skreślono.

12 myśli nt. „Rooney po raz setny

  1. ~mruz

    Na Pana pytanie: Prawdziwa wielkość wciąż go omija? Odpowiem tak, jeśli chodzi o grę w kadrze. Zdobył wiele w piłce klubowej ale jeśli chodzi o reprezentację i jego (wydawać się może imponujące) 44 bramki w 100 meczach jakie rozegrał, to moim zdaniem wciąż za mało aby przejść do historii jako wielki piłkarz.
    W najważniejszych dla Anglii meczach World Cup, tych bramek zabrakło i strzelił zaledwie jedną (która w przegranym meczu niczego nie dała). Jest wciąż kluczowym piłkarzem zespołu ale najlepsze lata ma już za sobą i jego występ w 2018 (choć wyraził chęć) pozostaje pod znakiem zapytania.
    Dla Anglików jest ważną osobą w reprezentacji ale jeśli jego dokonania na mistrzostwach porównywał by z najlepszymi np. Miroslavem Klose to wynik jest miażdżący 17-1
    Zapraszam czasem do siebie na bloga http://www.mateball.com/mruz

    Odpowiedz
      1. ~urrrra urrrrra urrrrrra

        Łu bu du bu łu bu du bu aj waj aj waj ….
        niech żywiot tawariszcz „czytelnik” urrrra urrrra urrrrra !

        Odpowiedz
  2. ~Marcin

    Wayne Rooney najbardziej mi się podobał w latach 2009-2011, szkoda, że wtedy nie zmienił klubu na Barceloną lub Real M. W tamtym okresie strzelał masę bramek, asystował, nakręcał grę zespołu, jego podania krzyżowe w pole karne były zagrywane z idealną precyzją. Później, w Manchesterze jednak brakowało mu równorzędnych Partnerów do gry.

    Odpowiedz
  3. ~przecinek

    Porównanie do Mili mogłoby się okazać zaskakująco adekwatne – Rooneyowi też by pewnie pomogło przerzucenie się na zdrową żywność i zgubienie paru kilogramów. 😉

    Odpowiedz
  4. ~adipetre

    Lekki off, ale miejsce myślę odpowiednie. Jestem świeżo po obejrzeniu meczów reprezentacji Polski U18 z rówieśnikami z Anglii, wniosków nasuwa się wiele, podzielić chciałbym się dwoma. Im niższa kategoria wiekowa tym lepiej pod względem technicznym prezentują się Anglicy, w przypadku Polakow ten pulap mam wrażenie jest raczej podobny bez wzgledu na wiek. Inna interesującą kwestia, juz bardziej osobista to wysoki poziom jaki prezentują wychowankowie Tottenhamu, w wieku kategoriach wiekowych Spurs maja wiecej przedstawicieli niz kluby z czolowki Liverpool, MU, czy Arsenal. Przede wszystkim jednak podoba mi się sposób w jaki są oni edukowani, sposób bardzo europejski a wiec nacisk na myślenie, technikę i kulturę.

    Odpowiedz
    1. ~Stefan

      To, że Anglicy się kontynentalizują widać od dawna. Zresztą system szkolenia mam wrażenie, że przynosi już pierwsze owoce, jeszcze niezbyt dojrzałe ale to niedługo się zmieni.

      Już dzisiaj patrząc na reprezentację Anglii trudno mówić o stricte Angielskim stylu gry i to mimo tego że Roy raczej nie jest specjalnym orędownikiem nowoczesnego futbolu.

      Problem w tym, że Anglicy piłkarsko stracili całą dekadę i teraz będą musieli gonić czołówkę, a ta nie stoi w miejscu.

      Odpowiedz
  5. ~adipetre

    Wg mnie styl gry Anglików jeśli czasem jest bardziej europejski to dzieje się tak tylko ze wzgledu na charakterystykę nowej generacji piłkarzy. Sterling, Wilshere czy Welbeck po prostu w prymitywnym stylu grac nie potrafią. Największym mankamentem Hodgsona jest właśnie fakt ze to trener-bezideowiec.
    Wydaje mi się ze te pozytywne zmiany nie maja podłoża systemowego, bardzo zyskały na jakości ostatnimi czasy akademie City, Chelsea czy Tottenhamu właśnie, większość klubów wciąż jednak nacisk kładzie glownie na atrybuty fizyczne. Myślę ze rozwój angielskiej byłby bardziej dynamiczny gdyby nie tamtejsi trenerzy, oni są największą bariera. Nie każdy dobrze wyszkolony, inteligentny pilkarz poradzi sobie w klubie z top4, musi wiec szukać pracodawcy w Championship, ewentualnie zespołach środka tabeli PL. A tam przecież wciąż roi się od trenerów konserwatywnych, w złym tego słowa znaczenie. W rezultacie taki piłkarz topi się w morzu przeciętniactwa, takich zawodników będzie więcej niestety bo kluby z czołówki ściągają coraz to lepszych zawodników z kontynentu, malo który młody zawodnik z Wysp będzie w stanie wygrać rywalizacje z dojrzałym piłkarzem z kontynentu. Ratunkiem jest transfer do Europy, tu kolejna bariera – zarobki. Przykłady jednak Richardsa, Bostocka czy Aneke świadczą o tym ze cos w myślenia angielskich piłkarzy się zmienia. Pewnym paradoksem jest ze angielskiej piłce wyjdzie na dobre jeśli liczba tamtejszych trenerów w PL będzie się zmniejszać. Przynajmniej tych o negatywnym spojrzeniu.
    Wydaje mi się ze poziom piłki reprezentacyjnej systematycznie spada – Niemcy, Anglia, Hiszpania, Francja, Włochy etc to wszystko są drużyny w fazie mniej lub bardziej permanentych kryzysów, przemian. Duzo trudniej jest dziś o sukces na niwie klubowej, niż reprezentacyjnej. Projekt naprawy angielskiej piłki (zakładając ze on wgl jest) będzie można wiec uznać za zrealizowany nie w momencie gdy kadra cos osiagnie, ale chyba dopiero wtedy gdy wreszcie w klubach z czołówki Anglicy będą protagonistami, a nie tymi od noszenia fortepianu. Dziś takich zawodników to widzę co najwyżej 3/4.

    Odpowiedz
    1. ~Stefan

      Nie zgadzam się z drobnymi wyjątkami, bo jednak Wilshere, Sturridge, Sterling, Oxlade-Chamberlain czy Welbeck skądś się wzięli. To nie jest tak, a przynajmniej nie do końca tak, że to wypadek przy pracy. Coraz częściej u Angielskich piłkarzy widać w grze kontynentalny polot.

      Jednak faktycznie w Tamizie upłynie dużo wody zanim trzon angielskich zespołów znów zaczną stanowić Anglicy.

      Odpowiedz
  6. ~KrólJulian

    wg mnie nie tylko nie każdy, ale prawie żaden nawet najbardziej inteligentny i dobrze wyszkolony angielski młodzian nie poradzi sobie w klubach TOP 4. Po pierwsze musiałby dostać szansę, a o to jest trudno, bądź rzucić na tacę, by graczowi pierwszej jedenastki i jego zmiennikowi przytrafiły się kontuzje. Wypożyczenie do Championship jest pewnym rozwiązaniem, choć nie dla wszystkich, bo faktycznie pod względem „fizyczności” lekko tam mieć nie będzie. Kierunek europejski jest dobrym pomysłem. Problem polega też na tym czy akademia produkuje gracza na własne potrzeby czy jest „towarem” na sprzedaż. Pewnie znalazłoby się jeszcze kilka czynników, które należałoby uwzględnić, ale najważniejsze to te, by piłkarz miał w takim klubie możliwość rozwoju, oraz to by w miarę regularnie grał, a to niestety nie zawsze się udaje…
    Jeśli chodzi o akademię T’hamu to faktycznie, z punktu widzenia 1 zespołu, wygląda to nie najgorzej, ale w przypadku MC i CFC szansa na wskoczenie młodego talentu do pierwszej 11 jest zerowa. Dobrym przykładem jest tu Matic, gdyby nie zdecydował się na opuszczenie CFC pewnie takiej eksplozji talentu byśmy nie doświadczyli…
    Niestety co do pierwszej reprezentacji Anglii nadal jestem sceptyczny, nie widzę poprawy, przynajmniej obecnie, z kolei młodzieżówki faktycznie grają inną, a do tego całkiem skuteczną piłkę, na kadrę przełoży się to pewnie najwcześniej za pięć lat i to też niekoniecznie…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *