Smutny toast na koniec sezonu

Mogło być gorzej. Przed rozpoczęciem sezonu dałbym sobie przecież rękę uciąć, że po raz kolejny do Ligi Mistrzów awansować się nie da: że oba kluby z Manchesteru, broniąca mistrzostwa kraju Chelsea i Liverpool będą poza zasięgiem (jedynie utrzymania dominacji nad Arsenalem pozwoliłem sobie być pewnym), że konieczność godzenia występów ligowych z grą w Champions League okaże się dla zespołu zbyt wielkim wyzwaniem, podobnie jak granie przez okrągły rok na nieoswojonym przecież zarówno przez piłkarzy, jak kibiców Wembley. Martwiłem się tym, że wytrzymanie kolejny sezon z rzędu presji nakładanej przez zawodników przez jednego i tego samego, skrajnie wymagającego trenera, to będzie już za wiele, martwiłem się efektami publikacji pełnej niedyskrecji na temat jego podopiecznych książki Mauricio Pochettino z Guillemem Balaguem. Oczywiście, oczywiście: jestem kibicem Tottenhamu, więc zawsze znalazłbym jakieś powody do zmartwienia, przyznacie jednak, że wszystkie dotąd wymienione brzmią racjonalnie. Nie bałem się np., że drużyna zostanie na pniu rozkupiona jeszcze w trakcie minionego roku i nawet wyznam, że i tego lata, a więc przed inauguracją nowego stadionu, kadrowego trzęsienia ziemi się nie spodziewam, bo nawet jeśli za lepszymi pieniędzmi odejdą, powiedzmy, Rose, Alderweireld czy Dembele, to przecież w ostatnich miesiącach się okazało, że żaden nie jest niezastępowalny. W sumie więc: naprawdę mogło być gorzej, jeśli dodać jeszcze fatalny początek rozgrywek i punkty tracone na Wembley ze średniakami oraz dziwaczną sierpniową posuchę strzelecką Harry’ego Kane’a, a także to, że mimo załamania po niedawnych porażkach z oboma klubami z Manchesteru udało się jednak drużynę pozbierać i zakończyć sezon zwycięsko.

Mogło być gorzej? Ba, pod pewnymi względami było przecież fantastycznie. Nikt się przecież nie spodziewał, że po wylosowaniu Realu i Borussii Tottenham, który rok wcześniej nie poradził sobie z Monaco i Bayerem, zdoła awansować do fazy pucharowej Ligi Mistrzów, ba: że awansuje z pierwszego miejsca, że nie przegra ani razu, a obu doświadczonych i utytułowanych przeciwników zdoła nawet pokonać. Mało kto spodziewał się aż tak bezproblemowych zwycięstw ligowych z bezpośrednimi rywalami: Arsenalem, Liverpoolem, Manchesterem United czy – na wyjeździe! – z Chelsea. O ile do strzeleckiej formy Harry’ego Kane’a można się już było przyzwyczaić, podobnie jak do asyst i kreowania gry przez Christiana Eriksena czy skuteczności w wielkich meczach Dele Allego, mimo wszystko za niespodziankę należy uznać aż tak fenomenalny sezon Jana Vertonghena, skuteczność w tylu ważnych meczach Heung Min Sona, niezłą postawę na środku obrony młodego Davinsona Sancheza, uniwersalność Diera, asysty Trippiera (poza jednym spotkaniem z Manchesterem City naprawdę nie zawodził), powrót po wielomiesięcznej kontuzji bohatera dnia dzisiejszego Erica Lameli, nade wszystko zaś postępy, jakie zrobił Ben Davies. Ze wszystkich graczy Tottenhamu, może z wyjątkiem Kane’a, to walijski obrońca w sposób oczywisty stał się lepszym zawodnikiem niż w poprzednim sezonie.

Mogło więc być gorzej: przed sezonem wyjście z grupy w Lidze Mistrzów, trzecie miejsce w lidze, półfinał Pucharu Anglii czy miano najlepszego klubu w Londynie uznawalibyśmy przecież za sukces, zwłaszcza na tle budżetów, ambicji i dotychczasowych osiągnięć bezpośrednich rywali. Porównajcie minione dziesięć miesięcy Tottenhamu z tym, co działo się w Chelsea i Arsenalu, zważcie, że Liverpool jednak znalazł się w tabeli za plecami, a Manchester United, choć uciułał tych kilka punktów więcej, zrobił to w nieporównanie gorszym stylu.

Tak, wiem, co powiecie. Noty za styl nie mają tu znaczenia, a przywołanie Manchesteru United jest nie od rzeczy, kiedy chce się mówić o dojmującym uczuciu niedosytu, jaki przeżywa w ostatnich tygodniach wielu fanów Tottenhamu. To zawodnicy Jose Mourinho okazali się przecież skuteczniejsi i sprytniejsi w półfinale Pucharu Anglii, a porażka w tym meczu do złudzenia przypominała wcześniejszą klęskę w drugiej połowie spotkania z Juventusem w Lidze Mistrzów. Za każdym razem cel był tak blisko i za każdym razem się oddalał, mimo iż wcześniejszy wysiłek włożony w jego osiągnięcie (początek meczu z United, pierwsza połowa spotkania z Juventusem i wcześniejszy comeback w Turynie) był gigantyczny. Owszem, pokazał Tottenham w tym sezonie, że potrafi grać i wygrywać z oboma finalistami Ligi Mistrzów i Pucharu Anglii, ale to jego piłkarzy zabraknie w obu tych meczach.

Jestem na krótkim urlopie we Włoszech, przeglądam ostatnie korekty „Aniołów o brudnych twarzach”, a w grubych murach toskańskiego miasteczka internet i zasięg telefonu wciąż są dobrem dostępnym trudniej niż butelki Sangiovese, więc nie śledziłem ostatniej w tym sezonie konferencji prasowej Mauricio Pochettino zbyt uważnie, ale z tego, co do mnie dotarło, wnoszę, że Argentyńczyk mówiąc o potrzebie większego ryzyka, wystosował coś w rodzaju ultimatum do prezesa Levy’ego. Wnioski z tego sezonu są przecież takie, że w oparciu o dotychczasową strategię niedużych (w porównaniu z rywalami) inwestycji w nowych zawodników i oszczędnej polityki kontraktowej, szklanego sufitu przebić się nie udało, a przeciwnie: Manchester City, z którym jeszcze rok temu można było rywalizować jak równy z równym, znalazł się już poza zasięgiem. Trudno się dziwić zmęczeniu Pochettino: nieustannie osiągał wyniki powyżej możliwości, rodząc tym samym nierealne tak naprawdę oczekiwania, a potem był krytykowany za to, że ich nie spełnił. Ile pieniędzy wydał Guardiola na nowych piłkarzy? Ile kosztownych pomyłek mógł popełnić, a następnie naprawić? W Tottenhamie takiego luksusu nie miałby nigdy.

Z drugiej strony bądźmy jednak sprawiedliwi: to nie wysokość kontraktów czy nieobecność jakiejś gwiazdy spowodowały, że Pochettino nie zareagował w porę na zmiany, które zrobił Massimo Allegri w rewanżowym meczu Champions League. To nie liczba pieniędzy na kontach zdecydowała o tym, że jego podopieczni przygaśli, gdy Manchester United doprowadził do wyrównania w Pucharze Anglii. Argentyńczyk z pewnością znajdzie pracę w klubach oferujących lepsze warunki finansowe i zapewniających łatwiejszą drogę sięgania po tytuły, ale on także mógłby się jeszcze tego i owego nauczyć. Mnóstwo rzeczy już w Tottenhamie zmienił, jednak w kwestii kultury wygrywania ma jeszcze – nie tylko jego podopieczni, także on sam – niejedną lekcję do odrobienia.

Tak, mogło być gorzej, ale to nie oznacza, że lepiej być nie mogło – szklanka wina, którą wypijam w podziękowaniu za wielki wysiłek włożony w pięćdziesiąt z górą spotkań, jest w połowie pełna. Jak będzie za trzy miesiące, na nowym, fenomenalnym stadionie, w Lidze Mistrzów i w Premier League? Czy trenerem Tottenhamu wciąż będzie Mauricio Pochettino? Czy dzisiejsze jego wypowiedzi były próbą przerzucenia odpowiedzialności za ewentualne odejście na prezesa? Przecież Argentyńczyk świetnie zna odpowiedzi na swoje pytania. Większego ryzyka klub przez najbliższe lata nie podejmie, spłacając kredyty zaciągnięte na budowę nowego stadionu. Trzon zespołu zachowa, ale na rynku transferowym wciąż będzie musiał być „sprytny”, szukając raczej młodszych zdolniejszych niż w pełni gotowych już i wiedzących, jak wygrywać, mistrzów takich, których kupuje sobie Mourinho. Droga do przeniesienia Tottenhamu na ten ostatni, najwyższy poziom nie wiedzie na skróty.

Być może oznacza to pożegnanie z trenerem, za którego kadencji ta drużyna grała najlepiej w ostatnim trzydziestoleciu. Być może oznacza to, że na najwyższy poziom nie wejdzie nigdy. Dla kibica Tottenhamu nie będzie to żadna nowość. Przed sobą widzi pustą szklankę. Pokażcie mi drugiego takiego, który po meczu wygranym 5:4, po przeskoczeniu w tabeli tylu znakomitych rywali i po zapewnieniu sobie celu, o którym przed sezonem myślał, że tak naprawdę jest poza zasięgiem, upił się na smutno.

4 myśli nt. „Smutny toast na koniec sezonu

  1. Klemens

    Nie będę oryginalny – dominującym i najbardziej naturalnym uczuciem towarzyszącym (niemal) każdemu kibicowi jest gorycz związana z niedosytem. Kibice Barcelony nie będą wspominali tego sezonu z zachwytem, gdyż humor będzie im warzyć wspomnienie rewanżu na Stadio Olimpico, ja jako kibic Juventusu (Massimiliano Allegri, nie Massimo!) cieszę się z czwartej podwójnej korony z rzędu, ale ileż bym dał za wygrany finał LM, kibice Manchesteru City i Bayernu pomni swych przewag nie będą mogli zapomnieć o pucharowych przewagach rywali itp. itd. A nawet doświadczając chwilowej euforii związanej z wygraniem wszystkiego chwilę później doznaje się zawodu wraz ze sprowadzeniem z powrotem na ziemię poprzez niemożność powtórzenia tego w następnym sezonie…

    Odpowiedz
  2. Kamil

    Apetyty zawsze rośnie w miarę jedzenia. Jeżeli Tottenham miałby stać się drużyną liczącą się w Lidze Mistrzów to potrzeba:
    * kilku lat regularnego miejsca w TOP4
    * kilku lat regularnej gry w co najmniej 1/8 finału Ligi Mistrzów

    Wtedy też może zmieni się podejście władz klubu. Mam wrażenie, że obecnie celem Tottenhamu jest: grać na tyle dobrze byle walczyć w Lidze Mistrzów i zająć miejsce w TOP4, no i przede wszystkim zarabiać pieniądze. – tyle wystarcza.
    Jeśli Totki będą regularnie w TOP4 i grały w co najmniej 1/8 finału LM to może zmieni się podejście i klub zamiast sprzedawać, zacznie kupować najlepszych zawodników. Potrzeba kilku lat sukcesów by zmienił się profil klubu „z bardzo dobrego, ale sprzedającego co jakiś czas najlepszych zawodników” na „klub, który walczy o trofea”.
    Zapraszam również na blog http://przelobowany.pl gdzie sporo poczytasz o piłce nożnej.
    Pozdrawiam

    Odpowiedz
  3. Król Julian

    DawidSz,
    smutne toasty, ciemne ścieżki, posty, Ramadany, poślizgnięcia – to wszystko już było, a jutro karta się odwróci 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *