Harry Potter nie był sam

Dlaczego Leo Messi nie wygrał meczu dla Argentyny? Bo mecze wygrywają drużyny, nie najgenialniejsi nawet piłkarze. Bo Messi gra najlepiej wtedy, kiedy ma z kim grać.

Po tym, co wczoraj zrobił Cristiano Ronaldo, pytanie było tylko jedno: jak odpowie Leo Messi. Nie czy Argentyna pokona Islandię (bo że wygra, każdy niedzielny kibic dałby sobie rękę uciąć), ale jaki będzie kolejny rozdział trwającej już dekadę rywalizacji między dwoma największymi piłkarzami naszych czasów. Skoro Portugalczyk zdołał strzelić trzy bramki faworyzowanym (nawet jeśli na dwa dni przed rozpoczęciem turnieju opuścił ich trener) Hiszpanom, ile goli zdobędzie Argentyńczyk w meczu z debiutującym na mistrzostwach świata Kopciuszkiem z wulkanicznej wyspy, której liczba mieszkańców pozwalała się zastanawiać, co by było, gdyby na mundial wysłały swoją reprezentację dwie dzielnice Krakowa?

Otóż Argentyna nie wygrała z Islandią, a Messi nie strzelił ani jednej bramki, ba: nie wykorzystał nawet rzutu karnego. I, szczerze mówiąc, trudno tu mówić o zaskoczeniu. Dlaczego?

Po pierwsze, opowieści o Kopciuszku z Islandii, jakkolwiek miło się je powtarza, wyczerpały już swój narracyjny potencjał. Ileż to razy zachwycaliśmy się fenomenalnymi kibicami, których gromkie i wzmacniane oklaskami „Huh!” zachwycało nas już podczas Euro 2016? Ileż to razy powtarzaliśmy, że Heimir Hallgrímsson jest dentystą, Birkir Mar Saevarsson pracuje w fabryce soli, a najlepszy dziś na boisku Hannes Thor Halldórsson próbował swoich sił z kamerą wideo? Że na mecze we Francji pojechał co dziesiąty Islandczyk? Mówiąc o wyspie piłkarskiego cudu trzeba przecież zauważyć, że za tym cudem stoi całkiem racjonalne zachowanie władz kraju i piłkarskiej federacji: program budowy boisk pod dachem, umożliwiający granie cały rok, i doinwestowanie szkolenia młodzieży (nadreprezentacja piłkarzy w populacji, aż 7 proc. zarejestrowanych w związku, o czym również często się mówi, to jedno, ale drugie, i może nawet ważniejsze, to nadreprezentacja świetnie wyszkolonych trenerów). Drużyna, którą dziś obejrzeliśmy, to efekt tamtej reformy sprzed lat; drużyna, dodajmy, grająca ze sobą bardzo długo i świetnie się rozumiejąca (siedmiu z tych, którzy zagrali z Argentyną od pierwszej minuty, grało też dwa lata temu na Euro, gdzie zaszło aż do ćwierćfinału); już nie pamiętam, gdzie przeczytałem, że niewielka liczba ludności też może działać jako islandzki atut, bo młodsi najzdolniejsi szybko zaczynają się ze sobą zgrywać, a żaden talent nie przejdzie niezauważony.

Innymi słowy: Islandia to drużyna doświadczona i przetarta w bojach, ćwierćfinalista Euro i pogromca Holandii czy Anglii, z przećwiczoną od dawna taktyką, z żelazną ambicją, a zarazem swobodą, zrodzoną z poczucia, że nic nie musi, ale może wszystko, z groźnymi stałymi fragmentami gry (dalekie wyrzuty z autu!), broniącą się nisko, rezygnującą z prób utrzymywania się przy piłce (Albicelestes mieli ją bodaj przez 80 proc. czasu gry), ewentualnie czekającą na okazję do kontry. Argentyna nie będzie na tym turnieju ostatnią drużyną, która przez dziewięćdziesiąt minut walić będzie głową w islandzki mur. I trudno będzie Islandczykom trafić na rywala, który biegać będzie więcej, walczyć bardziej zażarcie, wślizgi wykonywać z większym poświęceniem.

Po drugie, Argentyna. Pogrążona w chaosie od miesięcy, fatalna w eliminacjach, które skończyły się szczęśliwie tak naprawdę tylko dzięki błyskowi geniuszu Messiego w październikowym meczu z Ekwadorem. Z trenerem Jorge Sampaolim, uczniem Marcelo Bielsy, a więc arcykapłana intensywności i wysokiego pressingu, ale niemającego tak naprawdę personelu do realizowania tych swoich naturalnych instynktów. Ile eksperymentów w ustawieniu nie przeprowadziłby Sampaoli, dwóch rzeczy nie zmieni: jego środkowi obrońcy są wolni jak pociąg na linii Katowice-Kraków i sami gubią się pod pressingiem, a obecność Messiego w drużynie jest tyleż błogosławieństwem, co problemem.

Po trzecie więc, Messi. Kiedy czyni się te wszystkie porównania z Ronaldo, a także z przyglądającym się mu dziś z trybun moskiewskiego stadionu Maradoną, zapomina się o jednym. Portugalczyka bycie w centrum uwagi nakręca, on uwielbia sytuacje, w których wszystko od niego zależy. Z Maradoną było trochę podobnie, z tą może różnicą, że Argentyńczyk najlepiej grał napędzany przez bronca (w slangu Buenos Aires słowo to, utworzone z odwrócenia sylab w cabrón, bękart, określa rodzaj gorzkiej energii rodzącej się z wściekłości lub rozczarowania). Messi funkcjonuje najlepiej jako część dobrze naoliwionej maszyny, w której odpowiedzialność za grę jest rozłożona na wiele osób. Oto, dlaczego przez lata idealnie pasował do Barcelony, gdzie rozkwitał u boku innych „małych wielkich ludzi” – Xaviego, Iniesty, później zaś doskonale uzupełniał się z Suarezem i Neymarem. O Argentynie, i na boisku, i poza nią, wiele można powiedzieć, ale nie to, że jest świetnie naoliwioną maszyną.

Cytowałem już w innych miejscach obserwację Kena Early’ego, że kiedy Messi dostaje piłkę w Barcelonie, podaje do kolegi i rusza na wolne pole, gdzie mógłby ewentualnie otrzymać ją po raz kolejny. W Argentynie, kiedy dostaje piłkę, pozostali stają i czekają, aż zrobi coś wyjątkowego. Było w meczu z Islandią niemało sytuacji, w których lepiej ustawiony zawodnik Albicelestes rezygnował z próby oddania strzału i szukał wzrokiem dobrze pilnowanego Messiego. On zaś zdawał sobie sprawę, jaka na jego barkach spoczywa odpowiedzialność – nawet otoczony przez trzech, czterech rywali, próbował znaleźć sobie pozycję do oddania strzału. Ściślej biorąc: strzelał aż jedenaście razy, w tym z rzutu karnego. To, że nie trafił, zdominuje opowieści o tym meczu, w którym przecież tak naprawdę robił, co mógł: dryblował, próbował stwarzać sytuacje kolegom, nie bał się piłki, szukał jej wręcz, cofając się do środka boiska…

Wypada chyba w tym momencie zapowiedzieć tekst, który o Messim napisałem do najbliższego numeru „Tygodnika Powszechnego”. Piszę w nim sporo o jego osamotnieniu, cytując zdanie Jonathana Wilsona z „Aniołów o brudnych twarzach”: „Być może po prostu taki ma charakter, choć kusząca byłaby interpretacja, że to jego geniusz izoluje go od otoczenia: że uświadomił sobie, iż potrafi robić coś, czego nikt inny nie potrafi, że to odróżnia go od innych, a może nawet nakłada jakiś rodzaj odpowiedzialności”. W innym miejscu, również zestawiając go z Ronaldo, mówię o Portugalczyku jako kimś w rodzaju Supermana, o boskim ciele i nadnaturalnych zdolnościach, Argentyńczyka zaś porównuję do Harry’ego Pottera, z jednej strony bardziej zwyczajnego, z drugiej, jak Piotruś Pan, na zawsze pozostającego w świecie dzieciństwa. Dziś bym dodał, że nie byłoby żadnego z cudów Pottera bez pomocy Hermiony Granger i Rona Weasleya.

Innymi słowy w tym, co mówi nam dzisiejsza (rzekoma?) niedoskonałość Messiego, i w tym, co mówi nam dzisiejszy (niekwestionowany) sukces Islandii, widzę najpiękniejsze oblicze piłki nożnej: jej zespołowość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *