Czy Thomas Frank musi odejść

Po ludzku było to oczywiście niezwykle poruszające, patrzeć na te zbliżenia na twarz i całą sylwetkę Thomasa Franka w ciągu ostatnich kilku minut meczu z West Hamem. Nie wykonywał już żadnych mobilizujących gestów. Nie próbował poderwać zawodników do kolejnej szarży.

Nie udzielał żadnych wskazówek, nie naradzał się z asystentami, nie wzywał żadnego z rezerwowych. Nie żuł już nawet gumy. Jakby się wyłączył albo jakby go odcięło: po prostu stał przy linii bocznej, z rękami skrzyżowanymi na piersiach, co przecież w zachodniej kulturze bywa zwykle kojarzone z zamknięciem, odrzuceniem, napięciem i dyskomfortem. Zupełnie sam albo – by zacytować tytuł książki Raymonda Domenecha – straszliwie sam.

Nie umiem w tym momencie Duńczykowi nie współczuć, choć jestem świadom, że mam do czynienia z jednym z najlepiej opłacanych i pracującym w bajecznie komfortowych – przynajmniej jeśli idzie o infrastrukturę – szkoleniowców na świecie. Pracą, którą wykonywał w Brentfordzie, zachwycali się koledzy-trenerzy, doceniali ją futbolowi eksperci, a kibice tego klubu do dziś gotowi są nosić go na rękach. W relacjach z dziennikarzami uprzejmy i otwarty. Niezrzucający – jak tylu poprzedników – winy na wszystkich dookoła: na piłkarzy, na klub, na rywali, na sędziów; przeciwnie: przyjmujący krytykę jako opis rzeczywistości, nie atak na siebie. W sumie, jak na ponure standardy futbolowego świata: niezwykle sympatyczna figura. Nic, tylko pozwolić mu dalej pracować, zwłaszcza że przejął drużynę, która skończyła poprzedni sezon na 17. miejscu w lidze; drużynę w fazie przebudowy; drużynę, z której odszedł dotychczasowy lider i kapitan, i której dwaj najbardziej kreatywni zawodnicy są od miesięcy kontuzjowani.

Tak, z pewnością okoliczności łagodzących ocenę pracy Franka w Tottenhamie można by znaleźć sporo. Za klubowymi kulisami po wyjęciu z rąk Daniela Levy’ego sterów przez rodzinę Lewisów zmian zachodzi tyle, że Duńczyk może uchodzić wręcz za weterana – głos Vinaia Venkateshama w meczowym programie odczytałem zresztą jako wotum zaufania dla szkoleniowca. Na boisku dzisiaj można by się kłócić choćby o niepodyktowanego karnego za rękę Scarlesa, jeszcze przy stanie 1:1. Błędy Vicario przy rzutach rożnych zdarzały się temu bramkarzowi również za poprzednich trenerów – podobnie zresztą jak kapitalne interwencje. Trwa dopiero drugie okienko transferowe za kadencji Franka, a podczas pierwszego na kluczową pozycję rozgrywającego nie udało się sprowadzić dwóch pierwszych celów: Gibbsa-White’a i Ezego; Xavi Simons, na którego ostatecznie padło, wciąż jeszcze adaptuje się do wymagań tej ligi…

Stop. W tym miejscu jednak okoliczności łagodzące się wyczerpują. W bardzo dobrym tekście Michaela Walkera z „The Athletic” czytałem w tym tygodniu o dzisiejszych derbach jako o starciu klubów, które zatraciły swoją „drogę”, czytaj: swój styl i sposób gry, swoją tożsamość. Bardzo w to wierzę, że przychodząc do Tottenhamu Frank spodziewał się, że uszczelni defensywę i nauczy swoich podopiecznych skutecznego wykorzystywania stałych fragmentów gry – i że z czasem jego gracze ofensywni staną się tak szybcy, bezpośredni i zabójczo skuteczni jak w poprzednim sezonie Mbuemo, Wissa czy Schade. Że Tottenham pod jego wodzą będzie agresywny w środku pola, odważnie pressujący, wygrywający pojedynki. I że kibice będą cenić uzyskane dzięki takiej strategii wygrane.

Ale z Tottenhamem to nie jest takie proste. Po pierwsze, za rządów Daniela Levy’ego klub znalazł się wśród najbogatszych w świecie – tu presja mediów i bazy kibicowskiej jest dużo większa niż w Brentfordzie. Po drugie i ważniejsze, tu się liczy styl. Jak w cytacie z Danny’ego Blanchflowera funkcjonującym jak jedno z klubowych mott; cytacie, z którego wynika, że bardziej niż o wygrywanie chodzi w tym miejscu o chwałę. Tu fani mają podrywać się z krzesełek po kiwkach i technicznych sztuczkach następców Ginoli i Bale’a, Gascoigne’a i Dele Allego – nawet za cenę traconych goli, co akurat świetnie rozumiał Ange Postecoglou pytający po wygranej 4:3 z Manchesterem United (meczu, w którym jego piłkarze prowadzili już 3:0) „Are you not entertained?”.

Nie jestem oczywiście zwolennikiem kompulsywnego zwalniania trenerów przez klubowe zarządy – a zwłaszcza zwalniania pod wpływem linczów dokonywanych za pośrednictwem mediów społecznościowych. Im bardziej toksyczna atmosfera na trybunach, tym mniejszą mam ochotę maszerować równym krokiem z buczącymi. W dodatku, jak się już chyba zdążyliście zorientować, jakoś polubiłem Franka jako człowieka. Wyznaję jednak: mam wątpliwości, czy jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Kiedy myślę o dzisiejszej porażce z West Hamem, abstrahuję od (zakończonej właśnie) fatalnej passy rywala i jego trwającej jeszcze dłużej niż ta Tottenhamu degrengoladzie: w domyśle, nie wpadam w furię, że nawet z kimś takim nie umiemy już wygrać. Pal licho statystyki, miejsce w tabeli, niedokładne podania i błędy. Kluczowa wydaje mi się myśl, że przecież w końcu Frank i jego sztab mieli do dyspozycji pełny tydzień na treningi – i że efektem tego tygodnia była taka ofensywna mizeria.

Najlepsze zdanie, jakie wygłosił Duńczyk na posadzie trenera Spurs, brzmiało: „Nie podejmując ryzyka, ryzykujesz”. Niestety, brzmi to zarówno jak opis sytuacji Tottenhamu na boisku, jak poza nim. Pozostawianie Thomasa Franka na posadzie, niekorzystanie z okazji, jaka wiąże się z uruchomioną przez właścicieli Chelsea i prezesa Realu trenerską karuzelą stanowisk, wydaje mi się coraz bardziej ryzykowne.

A ten obraz samotnego Franka z ostatnich minut meczu mówi mi: ryzykowne także dla niego samego.

Jeden komentarz do “Czy Thomas Frank musi odejść

  1. Slawomir Gajewski

    No juz chyba czas.za grzeczny troche i zupelnue bez pomyslu.Nie ma blysku nie ma radosci z gry.Smutek troche nuda .

    Odpowiedz

Skomentuj Slawomir Gajewski Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *