No i o czym to właściwie było? Najłatwiej byłoby powiedzieć, że o gapiostwie Manchesteru City, który w pierwszej połowie wyszedł na dwubramkowe prowadzenie w zasadzie bez wysiłku, korzystając jedynie z prezentów, które sprawiali mu gospodarze. Gol numer jeden: strata w środku pola Bissoumy – pomocnik ten znakomicie radzi sobie z piłką pod presją, ale potrafi też nieoczekiwanie ją stracić; problem w tym, że nigdy nie wiesz, która jego wersja się wylosuje – a potem Dragusin zostawiający zbyt wiele miejsca Cherkiemu i spóźniony Vicario. Gol numer dwa: kolejna strata na własnej połowie po zbyt krótkim wybiciu Dragusina. Doprawdy: przed przerwą City nie musiało podkręcać tempa i nawet pressować nie potrzebowało zbyt intensywnie. Gracze Tottenhamu, od Vicario poczynając, pozostawiani sam na sam z piłką zawsze znajdowali sposób na zrobienie czegoś niemądrego – i to raczej z dala od bramki Donnarummy. Czy oni w ogóle trenują, a jeśli tak, to pod czyim kierownictwem – można się było zastanawiać patrząc na ten bieda (choć za wyjątkowo drogie bilety) futbol.
Gwizdy po ostatnim gwizdku pierwszej połowy były więc zasłużone; wszystko wskazywało na to, że czeka nas ostatnie 45 minut męczarni związanych z oglądaniem tej drużyny pod Thomasem Frankiem. On sam zresztą zdawał sobie chyba z tego sprawę: ten rzut kartonikiem z wodą na ziemię po pierwszym golu dla gości to przejaw frustracji, którą – jak na Duńczyka przystało – dotąd kontrolował, mimo iż od wielu tygodni w zasadzie na każdej konferencji prasowej odpowiadał na nieprzyjemne pytania o własną przyszłość.
Ale strzelba wisząca na ścianie salonu rodziny Lewisów i tym razem nie wypali. Gapiostwo City gapiostwem – nie jest ono w końcu zmartwieniem fana Spurs. Mówienie o meczu, że składał się z dwóch połów i jedna nie przypominała drugiej w najmniejszym stopniu to dziennikarska tandeta, ale w tym przypadku coś faktycznie było na rzeczy. Przegrywający Tottenham zmuszony został w przerwie do zmiany chorego od kilku dni kapitana Romero, a przez to do korekty ustawienia, bo więcej środkowych obrońców już ta zdziesiątkowana kontuzjami drużyna już nie miała. Z 3-4-2-1, które skądinąd sprawdziło się w Lidze Mistrzów, trzeba było przejść na grę parą stoperów: jednym był pomocnik Palhninha, drugim – powracający po ponad rocznej przerwie do pierwszego składu Dragusin, na prawą obronę zawędrował znów Archie Gray. Wszystko to połatane i pofastrygowane (jedenastu podstawowych zawodników niezdolnych do gry – i to jakich zawodników…) przeciwko jednej z najlepszych drużyn kontynentu po traumie pierwszej połowy i kibicowskiej furii w przerwie wróżyło jak najgorzej – a skończyło się nadspodziewanie dobrze. Formacje gości i gospodarzy zaczęły wyglądać podobnie; na całym boisku mogła zacząć się walka jeden na jednego. Sarr z Gallagherem zaczęli wygrywać pojedynki z wciąż statycznymi pomocnikami City, idąc śladem Simonsa, który nie tylko pojedynki wygrywał, ale odbierał piłki, robił wślizgi, dryblował, strzelał i wypracowywał kolegom okazje do strzału. W ostatnich tygodniach najwytrwalsi z wytrwałych obserwatorów Tottenhamu upierali się, że forma Holendra rośnie – ale dziś zobaczyli to wszyscy i może nawet porównania z grającym tu niegdyś Modriciem nie byłyby całkiem na wyrost. Wraz z powrotem do gry Solankego i oswajaniem się Gallaghera z nowymi kolegami, kreatywność Simonsa daje nadzieję, że ten sezon zostanie zapamiętany z czegoś jeszcze, poza stałymi fragmentami, plagą kontuzji i karuzelą zmian na klubowych szczytach.
Właśnie taki Totenham, jaki widzieliśmy w ciągu drugiej połowy, chcą oglądać kibice tego klubu. Strzelający gole z akcji. Zmuszający bramkarza rywali do świetnych – po próbach Udogiego, Simonsa, Odoberta – interwencji. Atakujący szybko i z rozmachem. Agresywny w doskoku. „Skorpion” Solankego to jedna z najpiękniejszych bramek w tym sezonie Premier League, ale nie byłoby go przecież bez zrywu Gallaghera, który wyprzedził jednego z piłkarzy City, popędził prawym skrzydłem i dośrodkował.
Więc o czym to właściwie było? O piłce nożnej, którą cechuje czasem fantastyczna zaiste zdolność do wywracania gotowych narracji? O tym, że możliwość wystawienia w pierwszym składzie klasowego napastnika bywa bardzo pomocne? O nadziei, że cierpliwość, jaką nowi właściciele Tottenhamu wykazują w ostatnich tygodniach do Thomasa Franka, może jeszcze okazać się tym, czym cierpliwość być powinna: cnotą? O tym, że Duńczyk faktycznie ma rację, bo od klęski z Forest w każdym kolejnym meczu widać poprawę, choć rzadko przekłada się ona jeszcze na zdobycze punktowe? O odporności psychicznej tej przetrzebionej kontuzjami grupy chłopców i mężczyzn, którzy od miesięcy muszą grać także przeciwko pragnieniom własnych fanom? Zostawmy to na razie bez odpowiedzi i módlmy się tylko, by w ciągu najbliższej doby zamykającego się okienka transferowego doczekali się oni jakiegoś jednego czy dwóch wzmocnień.


Ja postawiłbym pytanie inaczej niestety albo stety, czy Thomas Frank dociągnie do końca sezonu, czy tylko do odpadnięcia z LM…