Archiwa tagu: Polska

Deszczowa piosenka

Owszem, długo nie zapomnimy tego wieczoru, był to bowiem wieczór, w którym Szwecja zdołała zremisować z Niemcami 4:4, mimo iż do 62. minuty przegrywała 4:0, a czwartego gola zdobyła dopiero w doliczonym czasie gry, Hiszpania zaś w 93. minucie wypuściła prowadzenie w spotkaniu z Francuzami. „To nie tenis i nie siatkówka, gdzie o zwycięstwie rozstrzyga ostatnia piłka meczu. I nie koszykówka z gwałtownymi zwrotami i ustalaniem wyniku w ostatnich sekundach” – piszą o piłce w inspirującej, także przez to, że skłania do polemik książce „Postfutbol” Mariusz Czubaj, Jacek Drozda i Jakub Myszkorowski. Ejże…

Zapasy irytacji na dzisiejszy dzień wyczerpałem, w dowcipach jestem słaby, zresztą z czego tu się śmiać, skoro plany kilkudziesięciu tysięcy ludzi na wtorek i środę odpłynęły z decyzją o niezamknięciu dachu, a w światowych mediach i internecie mamy prawdziwą ulewę polish jokes? W tym sensie wyniki Szwedów i Hiszpanów uratowały mój wieczór, pozwalając jednak dać tu parę słów o futbolu i potwierdzając kolejny raz tezę o jego kompletnej nieprzewidywalności. Piłkarski demiurg płata przecież figle na każdym kroku, nie tylko przekładając mecz Polaków z Anglikami tak, aby przypadł dokładnie w rocznicę TAMTEGO Wembley. Kiedy klasowa drużyna prowadzi 4:0, ostateczny wynik wcale nie jest przesądzony. Owszem, pojedynku Liverpoolu z Milanem i MU z Bayernem w finałach Champions League przeszły do legendy, ale nie dlatego, że były boiskowymi cudami, przypadkami jednymi na tysiące, tylko dlatego, że były najbardziej znanymi przypadkami futbolowej normy. Przywołujemy je jako pierwsze, które przychodzą nam na myśl, nie pamiętając może o wydarzeniach takich jak z 21 grudnia 1957 r., kiedy to na 26 minut przed końcem meczu Charlton przegrywał drugoligowy mecz z Huddersfield 1:5.

Grali w dziesięciu, bo ich kapitan, obrońca Derek Ufton został zniesiony z boiska w 15. minucie ze złamanym obojczykiem, a w tamtych czasach nie można było jeszcze dokonywać zmian. Niemal wszyscy kibice Charltonu opuścili już stadion, gdy nagle Johnny Summers zaczął swój festiwal strzelecki i zrobiło się… 6:5. Huddersfield jeszcze wyrównało, ale Charlton strzelił zwycięskiego gola w ostatniej minucie. 7:6, pięć goli lewonożnego Summersa zdobytych, co do jednego, prawą nogą.

Wiemy przecież, że potencjalność podobnego scenariusza ukryta jest w każdym meczu. „Najbardziej niebezpieczny wynik to 2:0”, mówimy między sobą, zagrzewając drużynę do strzelenia trzeciej bramki. Kiedy udaje się strzelić trzecią, modlimy się, by w ciągu paru następujących po niej minut nie stracić gola, bo wtedy już na pewno tamci złapią wiatr w żagle i zacznie się wielka gonitwa… A jeśli nawet ten scenariusz się nie spełni, z łatwością potrafimy się wczuć w fanów przegrywającego zespołu, gorzko wyrzekających, że ich ulubieńcy, uczciwszy uszy, nie mają jaj. Przecież przy spełnieniu odpowiednich warunków (leżących skądinąd poza sferą techniki indywidualnej piłkarzy czy strategii trenerów), a zamykających się w trójkącie odporność psychiczna – wiara w siebie – wola zwyciężania, odwrócenie każdego wyniku w piłce jest możliwe nawet w ekstremalnie krótkim czasie.

Co kładę Wam i sobie do głowy przed jutrzejszym meczem Polska-Anglia, uchylając się tym samym od narodowej debaty o narodowym basenie. „Nie istnieje obowiązek dla publicysty sportowego bardziej przykry, niż znęcanie się nad PZPN – pisze Rafał Stec w tekście, który ukaże się właśnie jutro na łamach „Tygodnika Powszechnego” (pędźcie do kiosków…). – Tocząca piłkarski związek przewlekła choroba została zdiagnozowana wieki temu, jej przyczyny i objawy stały się powszechnie znane i omówione, społeczną niechęć do środowiska utrwalają wybuchające raz po raz aferki i afery. O impotencji działaczy nie sposób napisać już nic oryginalnego” – deklaruje, po czym oczywiście diagnozuje, omawia i pisze coś oryginalnego. Ja jednak jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że nie muszę pisać ani o PZPN, ani o odpowiedzialnym za budowę i utrzymanie stadionu (także za bieżące dbanie o murawę, system drenażu itd.) Narodowym Centrum Sportu, ani o rządzie, który sprawuje pieczę nad tym ostatnim. Piłkarski demiurg lubi płatać figle. Z meczu słabiutkiej Polski ze słabą Anglią może się jeszcze zrobić arcyklasyk.

U nas wszystko jest możliwe

No to przypomnijcie sobie całkiem niedawne lata: Wayne Rooney w malowniczym ataku szału ubliża sędziemu i otrzymuje czerwoną kartkę. Kolejną czerwoną kartkę. Kolejny raz osłabiając zespół. Kolejny raz pozbawiając lub przynajmniej komplikując szanse na wygraną w ważnym meczu. Pamiętacie? No pewnie, że pamiętacie. A pamiętacie jakiekolwiek wystąpienie kapitana drużyny, Davida Beckhama powiedzmy, który powiedziałby później w mediach to samo, co powiedział o Obraniaku Błaszczykowski? Że Obraniak nie jest Rooneyem, odpowiecie? A macie lepszych na jego pozycję w polskiej reprezentacji?

Nie chodzi zresztą o kwestie lepszy-gorszy. Chodzi o zasady. Pamiętacie, jak William Gallas w 2008 roku stracił opaskę kapitana Arsenalu za publiczną krytykę młodszych kolegów i wynoszenie do mediów spraw, które powinny zostać w szatni? Wtedy też pojawiały się głosy, że powiedział samą prawdę, że chciał potrząsnąć drużyną, zmotywować, że lider zespołu ma prawo do postawienia pozostałych do pionu itd. A jednak Arsene Wenger zdecydował inaczej. Bo – to rzecz elementarna – ostatnie słowo i kontrolę nad tym, co wychodzi z szatni, powinien mieć trener.

A pamiętacie, jak Alex Ferguson w 2005 roku wstrzymał emisję wywiadu Roya Keane’a w klubowej telewizji, a następnie szybko pozbył się go z klubu, bo charyzmatyczny Irlandczyk, lider i kapitan, skrytykował w nim młodszych kolegów? Całkiem niewykluczone, że Keane miał rację, a gra Manchesteru w przegranym meczu z Middlesbrough była poniżej standardów, które wyznaczał… A pamiętacie, jak z reprezentacji Francji wylatywali Cantona czy Ginola?

Doprawdy, Jerzy Dudek w niedawnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” również powiedział rzeczy elementarne: „Przy całej sympatii dla Kuby, byłem bardzo zdziwiony – nie powiem zszokowany tylko dlatego, że u nas wszystko jest możliwe – jego wypowiedzią. Młodego zawodnika można w takiej sytuacji tłumaczyć emocjami. Kuba jest doświadczony, popełnił wielkie faux pas. Nie wyobrażam sobie, by w Liverpoolu albo Realu ktokolwiek publicznie wytykał błędy kolegom z zespołu. To źle świadczy o wytykającym”. Minęło jednak parę dni i front obrońców Błaszczykowskiego („u nas wszystko jest możliwe”…) robi się coraz głośniejszy.

Nie zabierałbym głosu w tej sprawie, ale przeczytałem wywiad Cezarego Kucharskiego dla Interii, i zbulwersowały mnie pojawiające się w nim ciosy poniżej pasa. „Ja rozumiem, że dziennikarze muszą zarabiać pieniądze dla swoich firm, więc atakują trio z Dortmundu, bo to się sprzeda najlepiej – powiada były piłkarz, a dziś piłkarski agent i parlamentarzysta. – W ogóle w naszych mediach zaczyna dominować tendencja polegająca na czepianiu się wszystkiego, każdego szczegółu i to często w wykonaniu ludzi, którzy nigdy w życiu nie kopnęli piłki, ale na wszystkim się najlepiej znają”.

Uwielbiam ten ostatni argument, bo uwielbiam odpowiadać słowami Arrigo Sacchiego, wielkiego trenera, który nigdy zawodowo nie grał w piłkę nożną, że aby zostać dżokejem, nie trzeba być wcześniej koniem. W dyskusji o wypowiedzi Błaszczykowskiego na temat Obraniaka (a wcześniej np. o wywiadzie Roberta Lewandowskiego na temat przygotowania reprezentacji do Euro) nie chodzi, Wielce Szanowny Panie Pośle, o naszą wierszówkę. Chodzi o dobro i integralność naszej reprezentacji. Oraz o standardy, których jej członkowie nie potrafią dotrzymać.

PS. Cieszy za to deklaracja Lewandowskiego dla „Przeglądu Sportowego”, nawet jeśli spóźniona o dobrych parę dni.

Tańczący z piłkami

No więc pojechałem do Opalenicy. W czasie, kiedy Waldemar Fornalik z reprezentacją wyruszał na wymianę ciosów w pierwszym meczu eliminacji do mundialu, ja jechałem przekonać się, czy jest nadzieja na szczęśliwsze zakończenie podobnych wymian w przyszłości, powiedzmy za dwanaście-szesnaście lat. Jechałem zobaczyć szkolenie trenerów Szkółek Piłkarskich NIVEA, prowadzone przez ekspertów Akademii Ajaxu. Jechałem, co tu kryć, uścisnąć dłoń i zamienić parę zdań z Arnoldem Mührenem – jestem wszak człowiekiem na tyle starym, by pamiętać, że TAMTEN wolej poprzedzało TAMTO dośrodkowanie. Oraz, co zapewniali organizatorzy, jechałem na własnej skórze przekonać się, jak wygląda trening prowadzony przez holenderskich speców od nauczania młodzieży. Nie jestem już młodzieżą, ale ruszając do Opalenicy pakowałem także buty, getry oraz oldskulową koszulkę i spodenki Tottenhamu z czasów Klinsmanna.

Dwie rzeczy usłyszane na miejscu głęboko mnie poruszyły. Pierwsza: ośmiolatek rozpoczynający naukę w szkółce Ajaxu nie różni się umiejętnościami od ośmiolatka rozpoczynającego naukę w polskiej szkółce; schody, że nazwę to eufemistycznie, zaczynają się później. Druga: objęci szkoleniem polscy trenerzy (było ich dwustu, reprezentujących szkoły, szkółki i kluby z całego kraju, które zostały zakwalifikowane do programu po wcześniejszym konkursie) nie byli zaskoczeni samymi zestawami ćwiczeń, jakie im prezentowano. Różnicę robiło raczej tzw. całościowe podejście do dziecka.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. W wielu rozmowach z polskimi trenerami pojawiał się obraz zestresowanego chłopca (lub dziewczynki, one przecież także – i to coraz chętniej – uczą się piłki), na którego barki kładzie się żądanie wyniku i którego zarzyna się przygotowaniem fizycznym, zapominając że jego organizm zmieni się jeszcze fundamentalnie w ciągu najbliższych lat. Presja oczekiwań to nie tylko prezes klubu, domagający się od dzieciaków, by zwyciężali w lokalnych rozgrywkach („pucharki w gablotce”, jak to nazwał jeden z moich rozmówców), ale także wrzeszczący z trybun rodzice. Utkwił mi w pamięci przywołany w pewnej historii dziewięciolatek, uznawany przez swojego trenera za najzdolniejszego w roczniku, który podczas meczu spudłował z metra i został tak zbluzgany przez własnego tatusia, że płacząc poprosił o zmianę. Arnold Mühren czy Eddie van Schaick kładli swoim słuchaczom do głów, że dziecko uczestniczące w ich zajęciach ma się przede wszystkim bawić („To, co robi, musi robić z ochotą. Futbol nie może mu sprawiać żadnej przykrości, musi go cieszyć. Na tym polega zarażanie. Jeśli teraz pokocha ten sport, będzie gotów do wielkich wysiłków w przyszłości i chętnie odda ci to, co od ciebie dostał” – mówił mistrz Europy z 1988 r.) – i sądząc po tym, co sam zobaczyłem w Opalenicy, rzeczywiście się bawi (zresztą także trening główkowania, w którym wziąłem udział, elementów dających frajdę miał co niemiara). Dawny pomocnik Ipswich i Manchesteru United mówił mi, że w Ajaxie rodzice – jeżeli już śledzą spoza linii końcowej postępy podopiecznych – nie mogą się odzywać: powierzyli opiekę nad dzieckiem klubowi, to klub się nim opiekuje. Zasady współpracy i wymiany informacji na linii Akademia-rodzina ucznia są ustalane już na pierwszym spotkaniu; Ajax interesuje się, rzecz jasna, postępami, które jego podopieczni robią w szkole.

Mühren przypominał oczywistą, wydawałoby się, zasadę, że dzieci trzeba dużo komplementować – nawet jeśli im nie idzie, znaleźć taki sposób zwrócenia uwagi, który będzie zawierał element pozytywnej motywacji, a nie grać np. na urażonej ambicji czy upokorzeniu przed grupą. Młodzi piłkarze – wszystko jedno, czy wypadli znakomicie w poprzednim meczu, czy przeciwnie: poszło im bardzo kiepsko – w Holandii grają w identycznym wymiarze minut, a jeśli są np. kontuzjowani i nie mogą grać – również towarzyszą kolegom. Tam nikt nie zajeździ utalentowanego młodzieńca, każąc mu występować zbyt często lub zbyt szybko awansując do starszych grup, i odwrotnie: nikt nie przekreśli młodzieńca, którego talent potrzebuje więcej czasu na rozwój. Żeby się rozwijać, musisz oczywiście grać, musisz rywalizować, ale także – może przede wszystkim – musisz czuć się bezpiecznie.

I w końcu: trening Ajaxu niemal cały czas odbywa się z piłką. Nie ma „biegania na sucho”, po lesie czy nie daj Boże górach, jest doskonalenie elementów technicznych (ale użytkowych, nie „cyrkowych”), są zabawy ruchowe, a także – choć rzecz jasna poza boiskiem – taniec, sprzyjający harmonijnemu rozwojowi, poprawiający koordynację ruchową, balans itp. No i jest bezpośrednie przełożenie konkretnych ćwiczeń na sytuacje boiskowe. Doskonaląc się w główkowaniu, musiałem między innymi wyskakiwać nad stojącego przede mną partnera, jakbym wyskakiwał ponad obrońcę rywali. „Jeżeli ćwiczymy podania, to nie ustawiamy zawodników kilkadziesiąt metrów od siebie i nie patrzymy, jak klepią od nogi do nogi. Czy podczas prawdziwej gry ktoś da im taką możliwość? Będą mieli kilka, może kilkanaście metrów, a na ich plecach będzie przeciwnik” – tłumaczył jeden z Holendrów.

Wszystko to, o czym mówili w Opalenicy Mühren czy van Schaick sprowadza się do angielskich „TIPS” (porad) – skrótu od Technique, Insight, Personality i Speed. Wszechstronny rozwój przyszłego zawodnika obejmuje więc piłkarskie umiejętności techniczne, inteligencję boiskową, osobowość (upór w dążeniu do celu, wiarę w siebie, otwartość na wskazówki i na współpracę z kolegami z drużyny) oraz szybkość – zarówno tę rozumianą dosłownie, jak i związaną z błyskawicznym podejmowaniem decyzji, przewidywaniem rozwoju wydarzeń (Arnold Mühren tym ostatnim właśnie tłumaczył fakt, że nigdy w długiej karierze – 539 meczów w Holandii, w Anglii i w drużynie narodowej – nie dostał żółtej kartki: wiedział po prostu, co wydarzy się za ten ułamek sekundy, decydujący np. o tym, czy zdąży ze wślizgiem).

Jest jednak jeszcze coś nieuchwytnego: promieniowanie osobowości. Patrząc na nienaganną sylwetkę 61-letniego Mührena, widząc jego zaangażowanie, słuchając jego przepojonych kulturą osobistą komentarzy, myślałem o tych wszystkich szkoleniowcach, którzy pracują z polskimi dziećmi; przypominałem sobie także – umieszczone m.in. na łamach „Piłki sss… kopanej” Rafała Steca – wszystkie te historie o mających nadzór nad młodzikami byłych zawodnikach, których język roi się od wulgaryzmów, którzy przychodzą do pracy na kacu czy wręcz w stanie wskazującym, którzy w swoim życiu niejeden mecz sprzedali. Szczęśliwie w Opalenicy widziałem innych: ćwiczących z pełnym zaangażowaniem, a w rozmowach powtarzających własnymi słowami to, co usłyszałem wcześniej od Mührena. Niejeden mówił zresztą, że woli pracować z dziećmi, za – co tu kryć – dużo mniejsze pieniądze, niż wracać w świat „dorosłej” piłki. „Trener jest dla dzieciaków, a nie dzieciaki dla trenera” – te akurat słowa Arnolda Mührena jeden z nich przytoczył słowo w słowo.

Owszem, nie wygraliśmy dziś z Czarnogórą, ale jest nadzieja. Byle takich szkoleń jak to w Opalenicy było więcej.

W ramach programu Szkółki Piłkarskie NIVEA niemal 200 polskich trenerów i nauczycieli WF rozpoczęło pod kierunkiem ekspertów Akademii Ajax Amsterdam realizację 10-miesięcznego cyklu szkoleniowego. W ramach projektu opiekunowie ze 100 najaktywniejszych szkół podstawowych oraz dziecięcych klubów piłkarskich z całego kraju otrzymali dostęp do holenderskiego programu treningowego (za pośrednictwem internetowej platformy Akademii Ajaxu) oraz sprzęt sportowy; w czerwcu 2013 dziesięć najaktywniejszych szkółek-uczestników programu rozegra turniej, z którego sześć najlepszych wyjedzie na letni obóz do Amsterdamu. Więcej informacji: szkolkiNivea.pl.

Euroniecodziennik: jeźdźcy apokalipsy

Narzekacie na Smudę i Polaków? Zobaczcie, jaki potencjał zmarnował Bert van Marwijk. Grający w najlepszych klubach świata i pożądani przez takowe, sami najlepsi lub niemal najlepsi na świecie na swoich pozycjach (przynajmniej van Persie i Sneijder), Holendrzy odpadają z Euro po trzech porażkach. U nas jeden dobry napastnik – u nich dwóch wybitnych. U nas jeden skrzydłowy, u nich co najmniej kilku. U nas żadnego rozgrywającego, u nich aż dwóch – i to jakich… Smutno było patrzeć na Sneijdera zepchniętego w pierwszej połowie na lewe skrzydło, ale patrząc na bramkę i statystyki van der Vaarta z tego czasu trudno uznać, że jego wprowadzenie zaszkodziło drużynie.

To znaczy owszem: w jakimś sensie zaszkodziło. Postawienie na piłkarza Tottenhamu w środku pomocy, rezygnacja z van Bommela jako drugiego defensywnego pomocnika, otworzyła Holendrów niemal zupełnie (zupełnie otworzyli się dopiero po zejściu Willemsa, kiedy grali już bez lewego obrońcy, a Pereira i Nani biegali sobie pod pole karne Sketelenburga przez nikogo nie niepokojeni). Z drugiej strony: czy mieli wyjście? Przy założonym z góry zwycięstwie Niemców nad Duńczykami (nie przyszło łatwo, nawiasem mówiąc…), musieli ryzykować, musieli przeć do przodu nie oglądając się na to, co z hektarami wolnego miejsca za ich plecami zrobi za chwilę Cristiano Ronaldo. Dla gracza Realu Madryt był to skądinąd wymarzony scenariusz; wyobraźcie sobie, co robiłby z Polakami Arszawin, gdyby Smuda nie wystawił przeciwko Rosji trzech defensywnych pomocników…

Jasne: naciągam porównanie. Nie ta grupa, nie ten potencjał przeciwnika, a wreszcie: nieporównywalny pierwszy mecz, jeśli wziąć pod uwagę, ilu kapitalnych sytuacji nie wykorzystali w jego trakcie Holendrzy. Chcę jedynie przestrzec przed popadaniem w apokaliptyczne tony z racji odpadnięcia Polaków z mistrzostw Europy. O apokalipsie to mogą mówić Holendrzy, będący – mimo wszystkich historyczno-psychologicznych wątpliwości, mimo plotek o kolejnych konfliktach w tej drużynie – jednym z faworytów turnieju. Nam po prostu nie udało się spełnić marzeń. To zawsze przykre doświadczenie, ale przecież związane z tym, że marząc oderwaliśmy się od rzeczywistości: na chwilę, na dzień, a choćby i na tydzień zapomnieliśmy, skąd jesteśmy i co umieją nasi piłkarze i/lub szkoleniowcy. Kibic piłkarski zawsze będzie marzycielem, więc nie ma co teraz popadać w poczucie winy, że wierzył, dopingował, może czasem podbijał bębenka odważnie formułowanymi oczekiwaniami… A co innego ma robić kibic, jeśli nie marzyć?

Kibiców usprawiedliwiam, inaczej z dziennikarzami. Przeczytałem w ciągu ostatnich kilkunastu godzin dziesiątki stron na temat polskiej „anatomii klęski”. Ich autorzy biją jak w bęben we Franciszka Smudę i jego współpracowników; piszą o paraliżującym selekcjonera strachu, o zmarnowanych przygotowaniach. „Lać ich i gonić. Pieniędzy nie płacić, bo nie ma za co” – grzmi Dariusz Tuzimek. „Sprzyjało wszystko. I wszystko zostało koncertowo spieprzone” – wtóruje mu Krzysztof Stanowski, również poświęcając obszerne fragmenty swojego tekstu pieniądzom, a ja, będąc kompletnie z boku tego świata, czuję się tak, jakbym oglądał studio Polsatu z poprzedniego Euro. Zgoda, że Brożek jest słabym napastnikiem, który od wyjazdu z Wisły nigdzie nie zagrzał miejsca, pytanie tylko, jaka była alternatywa. Huntelaara trzymał ten okropny Smuda na ławce? Kuytowi kazał się rozgrzewać, a potem znowu posadził? A może Polanskiego miał zastąpić van Bommel, tylko polski trener kierując się podejrzanymi koneksjami wybrał Grosickiego? Jasne: Murawski stracił piłkę i Czesi poszli kontrą, tylko czy tak samo z kontrą nie wychodzili Portugalczycy po stratach van der Vaarta? Możemy się oczywiście spierać o kunktatorstwo Smudy, ale przyznaję, że nawet w drugiej połowie meczu z Czechami byłem skłonny je usprawiedliwiać obawą przed tym, co w istocie się stało (i co brali również Holendrzy) – przed indywidualnym błędem i kontrą rywala. Dopóki w tym meczu utrzymywał się remis, była szansa: na naszą kontrę, na strzał z dystansu, choćby i na stały fragment (w wykonaniu Polaków były groźne, co komplikuje tezę o zawalonych przygotowaniach).

Jasne: po Euro Franciszek Smuda odejdzie, tylko pokażcie mi tego cudotwórcę, który miałby go zastąpić. Maciej Skorża, odpowiedzialny za pucharowe klęski Wisły i Legii, a ostatnio za utratę mistrzostwa kraju tej ostatniej? Piotr Nowak? Już najbardziej mnie przekonuje Monty Pythonowska z ducha propozycja kolegów z „Supergiganta”, żeby powierzyć polską reprezentację Harry’emu Redknappowi. Przynajmniej czytając ją nie muszę się zastanawiać, z kim pije wódkę autor tekstu.

Euroniecodziennik: to wcale nie koniec

W sobotę, 16 czerwca 2012 roku o godzinie 20.45, mój sąsiad sięgnął po wiertarkę i zaczął pruć ścianę. Nie sądzę, żeby postanowił w ten sposób zdystansować się od mistrzostw Europy. Słyszałem już o takich wypadkach: przed wieloma laty opowiadano mi historię człowieka, który tak silnie przeżywał mecze, że nie mógł ich oglądać. Kiedy tylko zbliżała się transmisja, ustawiał fotel przed telewizorem, wyjmował piwo z lodówki, po czym wychodził przed dom i przez następne dziewięćdziesiąt minut, z doliczonym kwadransem przerwy i paroma minutami „Fergie time”, wściekle podlewał grządki, aż wreszcie mecz się skończył, a jego ogródek zamienił się w błotniste bajoro.

Rozumiemy go, prawda? Oglądamy teraz nasze paznokcie, wyżymamy koszule, opróżniamy popielniczki i odnosimy do kuchni szklanki, zastanawiając się, dlaczego kolejny raz daliśmy się nabrać. Czy nie lepiej było wywiercić parę otworów, zamocować półkę na książki, których czytanie byłoby doprawdy dużo lepszym zajęciem niż oglądanie piłki nożnej? W sobotę, 16 czerwca 2012 roku o godzinie 22.42 pozamykałem strony internetowe i odłączyłem fora społecznościowe, na których już, w ciągu paru zaledwie minut od zakończenia spotkania, zaroiło się od frustratów, pytających, ile to wszystko kosztowało, krytykujących rząd, opozycję, Kościół, trenera, piłkarzy i cały pieski świat.

Co im odpowiedzieć? Że wciąż oglądamy fantastyczne mistrzostwa Europy i że wciąż odbywają się one w Polsce? Że dziś w Warszawie, równolegle z bojem wrocławskim, byliśmy świadkami wielkiej sensacji, w której drużyna skazywana na pożarcie, najsłabsza – wydawałoby się – w grupie, mając nóż na gardle zdołała wygrać mecz z absolutnym faworytem i awansować, eliminując tego ostatniego? Że gdyby nie desperacka interwencja Kadleca, wybijającego piłkę z pustej bramki w ostatnich sekundach meczu, także Czesi odpadliby z mistrzostw? A może nic nie odpowiadać, skoro im w ogóle nie chodzi o futbol? „Dziwni są polscy komentatorzy – napisał ktoś z anglojęzycznych obserwatorów spotkania na Twitterze. – Wciąż mówią o wierze, nadziei, sercu, pragnieniach, przeznaczeniu, szczęściu, Opatrzności, bla, bla, bla, zamiast skupić się na piłce nożnej”.

My jednak zgromadziliśmy się tutaj, żeby rozmawiać o futbolu. Żeby spróbować zrozumieć, dlaczego się nie udało. Dlaczego – podobnie jak z Grecją – po dwudziestominutowym szturmie, podczas którego doliczyłem się pięciu dobrych okazji, pozwoliliśmy rywalom wrócić do gry, a po zmianie ustawienia (w 55. minucie Grosicki zastąpił Polanskiego) przestaliśmy grać w ogóle. To ostatnie akurat łatwo wytłumaczyć: jeden Czech więcej w strefie środkowej, plus nasi skrzydłowi niewracający za bocznymi obrońcami rywala. To pierwsze wytłumaczyć trudniej. Może najbardziej tym, że z tych piłkarzy łatwiej ustawić drużynę do taktyki negatywnej, jak z Rosjanami, niż samemu coś skonstruować. Tam wiadomo było, o co chodzi: zagęścić środek, nie dopuścić do szybkiego ataku, którym piłkarze Advocaata zmasakrowali Czechów w swoim pierwszym meczu na Euro. Tu już inaczej: trzeba było znaleźć sposób na przedarcie się pod bramkę inaczej niż w szybkim ataku, kiedy wyczerpał się już pierwszy impet, nie wychodziły strzały z daleka, a stałych fragmentów nie udawało się wywalczyć. I nie było komu znaleźć tego sposobu.

Rzecz w tym, że mamy niezłego bramkarza, przyzwoitego środkowego obrońcę (Perquisa mam na myśli) i świetnego prawego obrońcę (choć dziś akurat Piszczek zagrał słabo…), mamy dobrego prawoskrzydłowego i znakomitego napastnika. Brakuje rozgrywającego, który potrafiłby tym wszystkim dyrygować. Który zagrałby prostopadłą piłkę do tegoż napastnika albo zrobił nieoczekiwany przerzut na skrzydło (zwłaszcza lewe, bo na prawym Błaszczykowski był tym razem pilnowany wyjątkowo starannie). Owszem, były momenty, kiedy próbował Obraniak, były i takie, kiedy próbował Polanski – choć ten ostatni miał kompletnie inne zadania, a potem został zmieniony, nie jestem zresztą pewien, czy słusznie. Ale spajającego to wszystko lidera się nie dorobiliśmy (względnie: nie zdołaliśmy go naturalizować).

Jasne, że najłatwiej po czymś takim zabrać się za wyrzucanie z pracy (albo zwyczajnie nie przedłużyć kontraktu). Okropnie jednak jestem ciekaw ludzi, którzy wyselekcjonowaliby na ten turniej innych piłkarzy, względnie ułożyliby z tych, którzy zagrali w reprezentacji Polski, coś jakościowo innego. Jestem pewien, że pojawią się na tuziny, nie sądzę jednak, bym był w stanie im uwierzyć.

Oczywiście wiem, że to była najsłabsza grupa. Wiem, że u Czechów nie było Rosickiego, że dotąd raczej z nimi wygraliśmy, itd., itp. Też jestem przygnębiony: głównie tym, że Lewandowski był osamotniony i nawet kiedy już udało mu się wygrać samotny pojedynek z obrońcami, nie miał komu odegrać wywalczonej piłki. I tym, że gdy Murawski pomylił się fatalnie przy wyprowadzaniu piłki z własnej połowy, Czesi skontrowali i Jiraczek nabrał Wasilewskiego na prosty zwód. Najbardziej pewnie tym, że rywal, kiedy już musiał, na skutek wieści z Warszawy – bez problemu przejął inicjatywę.

A jednak jestem Polakom wdzięczny za ten wielki tydzień. Ja w ciągu tego czasu podbijania bębenka nie widziałem – widziałem normalne, nieuleczalne kibicowanie wbrew rzeczywistości. W gruncie rzeczy wiedzieliśmy, jakie jest nasze miejsce w piłkarskiej hierarchii, a do samego końca udawało nam się tę wiedzę kwestionować. Pewnie stąd zresztą skala tego przygnębienia: gdyby skompromitowali się już w pierwszym meczu albo dostali łomot w drugim, byłoby łatwiej. Z drugiej strony: za chwilę rozpoczną się eliminacje mundialu. Ta drużyna jest młoda, może pograć ze sobą kolejnych kilka lat. Może się rozwinąć. Może w ciągu tego czasu uda się dołożyć do niej rozgrywającego, a póki co: nadal się cieszyć fantastycznym turniejem.

Niecodziennik Euro: gniazda na mej głowie nie uwił orzeł biały

Futbol zwyciężył. Cokolwiek wydarzyło się przed meczem i cokolwiek jeszcze wydarzy się po – futbol zwyciężył. Nieprzewidywalny, paradoksalny, po prostu piękny. Uwielbiam ten stan, w którym można nie być kolejny raz narratorem narodowej klęski, tylko napawać się dochodzącymi z całej Europy komplementami: że to był świetny mecz, że w jego trakcie padła najpiękniejsza bramka turnieju i że – co w gruncie rzeczy cieszy mnie najbardziej – polska myśl szkoleniowa wreszcie dała radę.

W przerwie, kiedy – przypomnę – przegrywaliśmy z Rosjanami 0:1, zapisałem sobie, że taktycznie było to najlepsze 36 minut Polaków, jakie widziałem od niepamiętnych czasów. A zarazem było to 36 minut życia na krawędzi, jak zawsze w starciu z rywalem, który teoretycznie przerasta cię o głowę. To było też optymalne ustawienie reprezentacji Polski, złożonej z tych piłkarzy, których akurat mamy do dyspozycji, i grających przeciwko akurat takiemu przeciwnikowi. Trivote, trójka defensywnych pomocników przed linią obrony, choć z Polanskim obdarzonym dużą swobodą, a z przodu wspierający Lewandowskiego Błaszczykowski z Obraniakiem. Wszędzie asekuracja i stosunkowo mało miejsca dla Arszawina, zmuszonego do podawania głównie w poprzek boiska. Groźne stałe fragmenty. Wybitna kombinacja, po której Polanski trafił do siatki po minimalnym spalonym. Kapitalny wślizg Perquisa. Nawet jeśli Rosjanie byli przy piłce, to nie znajdowali sposobu na przedarcie się pod bramkę Tytonia… Nic dziwnego, że tuż przed rozpoczęciem drugiej połowy Rafał Stec pytał, czy może w „Gazecie” użyć frazy „Futbol jest okrutny”, bo rzeczywiście: jedno zagapienie się Piszczka przy kryciu Dżagojewa, dla prostej zmyły atakującego przy stałym fragmencie akurat z drugiej linii, i wydawało się, że wszystkie te komplementy trzeba odwoływać.

Nic z tych rzeczy. Niespodziewanie nawrócony na Franciszka Smudę, zaciskałem kciuki, żeby wytrzymał nerwowo: żeby wierzył w to, co wymyślił przed meczem. „Jeśli nie chcesz skończyć jak Czesi, zostaw tych piłkarzy i to ustawienie” – przemawiałem do jego gęby, kiedy pojawiła się w reklamie przed wyjściem Polaków na drugą połowę. „Nie czas na zmiany”, powtarzałem wbrew kaskadom internautów pojawiających się na wszystkich moich tajmlajnach. „Odsłonić się, to zginąć”.

Zauważcie, jak niewielka liczba podań i jak niewielu zawodników uczestniczących w akcji wystarczyło, by ucieszyć tak wielu. Udana interwencja Boenischa (skądinąd w sytuacji, gdy Rosjanie wychodzili z kontrą czterech na czterech – co się prawie w tym meczu nie zdarzało). Podciągnięcie piłki przez Dudkę. Murawski, jeszcze tyłem, jeszcze na własnej połowie, odgrywa do Obraniaka. Ten znajduje miejsce po prawej stronie: tam, gdzie miało brakować zapędzającego się do przodu Żyrkowa, biegnie kilkadziesiąt metrów, oddaje do Błaszczykowskiego, który przekłada piłkę na lewą nogę i uderza nie do obrony. W tym momencie na rosyjskiej połowie jest pięciu Polaków. Można? Można!

Pisałem już po meczu Holandia-Dania, wywołując furię niektórych z Was, że brak zmian niekoniecznie musi być dowodem niekompetencji trenera: przegrywający van Marwijk zaryzykował, zdejmując defensywnego pomocnika i wprowadzając drugiego napastnika, ale efektem było wyłącznie opanowanie środka pola przez Duńczyków (mieli od tej pory o jednego piłkarza więcej w tej strefie) i zgubienie rytmu przez dążących do wyrównania Holendrów. Uwierzyłem Smudzie, że w pierwszym meczu obawiał się zepsucia tego, w czym drużyna czuje się najlepiej, tym bardziej że dziś – przy lekko już podmęczonych Rosjanach – po wejściu Mierzejewskiego i powrocie do ustawienia 4-2-3-1, znów była w stanie kontrolować grę.

Ciekaw jestem, jak czuje się Jan Tomaszewski. Najlepsi w polskim zespole, oprócz strzelca bramki rzecz jasna, byli przecież znakomicie podający na połowie przeciwnika Obraniak i świetnie przeszkadzający Rosjanom, a poza tym równie co piłkarz Bordeaux precyzyjny Polanski. Co ważne: Polacy wytrzymali mecz kondycyjnie. Co jeszcze ważniejsze: po wyrównaniu nie uderzyła im krew do głowy, nie odsłonili się, utrzymali koncentrację i dyscyplinę. Ech, nie myślałem, że dożyję chwili, gdy zobaczę polskiego szkoleniowca rysującego rezerwowemu piłkarzowi schemat taktyczny – ale nie myślałem też, że doczekam drużyny, która będzie umiała w takim stylu odrobić straty. Nie, „gniazda na mej głowie nie uwił orzeł biały”, nie straciłem zdolności trzeźwej oceny sytuacji. Po prostu z właściwą sobie bezstronnością oddaję sprawiedliwość reprezentacji Polski za to, że potrafiła zareklamować nasz kraj lepiej, niż zrobiły to bandziory pod stadionem, trafiające właśnie na czołówki europejskich portali. Cholernie się cieszę, że zwyciężył futbol.

Euroniecodziennik: miłe początki

Gdyby nie czerwone kartki (jedna – ta dla Greków – cholernie kontrowersyjna), gdyby nie obroniony karny przez dopiero co wprowadzonego na boisko Tytonia, gdyby nie pytanie o niepodyktowanego karnego przy ręce Perquisa w końcówce pierwszej połowy i nie minimalny spalony w drugiej, musiałbym napisać, że już pierwszego dnia oglądałem najsłabszy mecz turnieju, a tak miałem się przynajmniej czym emocjonować.

Wyznaję to z przykrością, bo po niezłym początku także ja dałem się zaczarować przez magię Narodowego i w myśli kleciłem już pierwszą w swojej biografii polskiego kibica opowieść o sukcesie. Miałem zresztą swoje powody, patrząc na nieistniejącą w pierwszej połowie lewą stronę Greków i kolejne akcje duetu Piszczek-Błaszczykowski, oraz na pressing i odbiory w środku pola Murawskiego i Polanskiego. Starczyło na nieco dłużej niż pół godziny; już w przerwie alarmująco wyglądała statystyka celnych podań, o posiadaniu piłki nie wspominając. A dalej było przewidywalnie: obawialiśmy się Boenischa na lewej stronie i lewą stroną poszła akcja Greków, obawialiśmy się (ja przynajmniej, zobaczcie postscriptum tego wpisu) skoków adrenaliny Szczęsnego i bramkarz Arsenalu najpierw niepotrzebnie wybiegał z linii bramkowej konfundując Wasilewskiego, a potem – zgoda, tu już w sytuacji beznadziejnej – faulował napastnika w niebieskiej koszulce. Rywale zwalniali grę, dbając o utrzymywanie się przy piłce, Polacy stracili energię do pressingu, Lewandowski nie dostawał piłek, a trener Smuda – zgodnie z zapowiedzią zresztą, że nie odsłoni się, jeśli w 70. minucie wynik będzie remisowy – nie dokonywał zmian.

Zmian dokonywał za to, i to świetnych, trener Grecji. Salpingidis i Fortunis nie tylko uspokoili grę rywali, ale ten pierwszy wykreował akcję, która przyniosła Grekom gola, a i przy rzucie karnym to Fortunis podawał do Salpingidisa. Dodajmy jeszcze, że Salpingidis trafił do siatki z minimalnego spalonego (z podania Fortunisa, a jakże); chciałbym doprawdy, żeby polscy sprawozdawcy nie analizowali wyłącznie występu „naszych”…

Niby wszystko to przewidywaliśmy przed meczem, a przecież jesteśmy rozczarowani. Spodziewaliśmy się, że będzie remis i że Franciszek Smuda przede wszystkim nie będzie chciał tego meczu przegrać. Czy sparaliżowała go nadmierna ostrożność? Nie umiał czy nie zdążył zareagować na zmiany Greków? I co najważniejsze: czy będzie potrafił przygotować drużynę na konfrontację z czekającym we wtorek arcyrywalem – naprawdę arcy, sądząc z tego, jak radzi sobie w pierwszej połowie z Czechami? Jeśli miałbym udawać analityka, na to ostatnie pytanie udzieliłbym odpowiedzi negatywnej i dodałbym, że lepszej okazji na zwycięstwo w tych mistrzostwach nie będzie, chyba że Czesi przegrają również z Grekami i w ostatnim meczu nie będą już mieli o co grać. Dziś nie jestem jednak analitykiem, tylko kibicem. Meczu na inaugurację nie można było przegrać, więc go nie przegraliśmy, a byliśmy przecież o włos (brawo, Tytoń!). Ależ się będzie działo we wtorek.

Poczujcie się jak w domu

Owszem, Polska ma problem z rasizmem wśród kibiców. Owszem, wszystkie pokazane przez BBC sceny są prawdziwe i można by ich znaleźć dużo więcej. Tyle że podobny film można by nakręcić w Anglii. Gdyby Jan Pospieszalski przypadkiem był z kamerą w Londynie podczas ubiegłorocznych zamieszek, mielibyśmy teraz niezły pojedynek na „dokumenty”.

Zanim zaczniemy komplikować rzeczy proste, to i owo wyjaśnijmy. „Panorama” to program śledczy, często jadący po bandzie, niestroniący od prowokacji dziennikarskiej, niekiedy naginający fakty do założonych tez i zapewne niebędący w stanie udowodnić swoich racji w sądzie (w ostatnich latach oglądałem kilka wydań o „brudnych sekretach futbolu”, czyli np. o przekrętach podczas handlu piłkarzami w angielskiej piłce i o korupcji w FIFA: szalenie efektownie podane, miały niewiele twardych dowodów). Nie powinno się przypisywać mu standardów, jakie zwykle kojarzymy z dziennikarstwem BBC. Ekipom pracującym dla „Panoramy” niewątpliwie wolno więcej niż reporterom World Service, w polskich telewizjach znajdziemy na pęczki podobnych programów, a przywołany tu już Jan Pospieszalski nie byłby przykładem najbardziej bulwersującym.

Czy to oznacza, że mogę wzruszyć ramionami albo napisać – jak zrobiłem to już przed czterema laty, przy okazji innego materiału BBC o polskim rasizmie – że „przyganiał kocioł garnkowi”? Wypomnieć Anglikom, że niedawny kapitan ich reprezentacji i kadrowicz na Euro John Terry ma sprawę karną w związku z zarzutami o rasizm właśnie? Że Chelsea czy Arsenal mimo wielu wysiłków wciąż nie potrafią wyperswadować swoim kibicom śpiewania „Spurs are on their way to Auschwitz”? Że policja brytyjska prowadziła sprawy przeciwko kilkunastu kibicom Tottenhamu właśnie po tym, jak z niewiarygodnym stężeniem nienawiści potraktowali odpytywanego skądinąd przez „Panoramę” Sola Campbella? Że gdyby puścić w TVP zapis kamer wewnętrznych ze stadionu Portsmouth, z października 2008, pokazujących ludzi śpiewających o angielskim obrońcy jako chorym psychicznie geju-nosicielu wirusa HIV, który oby wkrótce się powiesił, albo wręcz – wybaczcie – o „czarnym chciwcu z tyłkiem do wynajęcia”, to efekt byłby równie porażający, jak kadry z Krakowa, Warszawy czy Łodzi?

A może wystarczyłoby powiedzieć, jak polski minister spraw zagranicznych na Twitterze, że ambasada brytyjska nie odnotowała incydentów rasistowskich w Polsce wobec swoich obywateli w ostatnich osiemnastu miesiącach? Albo zacytować Kostka Geberta, wypowiadającego się dla BBC miesiąc wcześniej, że problem antysemityzmu w naszym kraju wcale nie jest większy niż na zachodzie Europy („W Polsce zawsze chodzę w jarmułce i nie mam kłopotów, a w Paryżu byłem z jej powodu obrażany”)? Przypomnieć, że z kolejnych badań socjologicznych wynika, iż poziom polskiej niechęci do innych nacji systematycznie się zmniejsza? Że przyjeżdżają tu turyści, że policja przygotowuje się do Euro wyłapując bandziorów (czy nie to samo robili i robią przed każdym kolejnym turniejem Brytyjczycy?)

Owszem, mam ogromną ochotę to zrobić – także dlatego, że ja również jestem dumny z faktu, jak w ostatnich latach zmieniła się Polska, jak głęboko i z otwartą przyłbicą dyskutowano w niej np. problem antysemityzmu. Jest tylko jeden szkopuł i napisałem o nim w pierwszych zdaniach: mamy problem z rasizmem wśród kibiców, a wszystkie pokazane przez BBC sceny, nawet jeśli wyrwane z dużo bardziej kolorowego tła, są prawdziwe. Od lat czytam publikowaną na łamach „Nigdy Więcej” rubrykę z mało efektownym tytułem i ponurą zawartością „Monitoring rasizmu i ksenofobii na stadionach i wokół polskiego sportu”. W ostatnim numerze mamy przegląd incydentów od Dundee i Gaziantep (chodzi o mecze wyjazdowe Śląska i Legii), przez Kościerzynę, Częstochowę, Gdynię, Rzeszów, Jasło, Iławę, Nowy Dwór Mazowiecki, Wrocław, Warszawę, Elbląg, Lublin, Olsztyn, Bełchatów, Białystok, Dębicę, Malbork, Lipsko, Szczecin, Adamowice, Toruń, Chorzów, Poznań, po Gorzów Wielkopolski… pięć bitych stron drobnym druczkiem. W tym sensie kluczem do wczorajszego filmu BBC wydaje mi się zdanie wypowiedziane w nim przez Jacka Purskiego podczas szkolenia dla wolontariuszy: „Jeżeli wy nie podejmiecie działania, działanie podejmie dziennikarz, który napisze, że w Polsce są sami rasiści”.

Na mojej półce, oprócz kolejnych numerów „Nigdy więcej”, stoi również broszura wydana przez Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita, będąca analizą zachowań prokuratorów wobec zachowań antysemickich. Jej tytuł brzmi: „Przestępstwa nie stwierdzono”, a kluczowym pojęciem jest „znikoma szkodliwość społeczna”. Wściekły jestem, oglądając moje miasto przedstawione jako miasto rasistów, i doskonale rozumiem wszystkich tych, którzy w trosce o dobry wizerunek gospodarza Euro wysyłają teraz sprostowania do BBC. Ale pamiętam również Grzegorza Latę, który mówił po zwolnieniu Leo Beenhakkera, że „podaliśmy sobie ręce jak biali ludzie”, i w gruncie rzeczy czuję ulgę, że „Panorama” nie użyła tego jako kolejnego argumentu.

 

W Onet.pl: więcej o sporze wokół filmu BBC >>