Więcej się można nauczyć podróżując, czyli historia pewnego tłumaczenia

O tym, że przełożyłem „Aniołów o brudnych twarzach”, już wiecie. To teraz trochę o tym, dlaczego świat tej książki tak mnie wciągnął.

„Ma dramatycznie starą twarz. Zrozumiałe, że pyta z nutą smutku:
– Co wiesz o Buenos Aires?
Nie pesymistyczny, ale i nie optymistyczny głos Carvalha odpowiada:
– Tango, zaginieni, Maradona”
Manuel Vasquez Montalban, „Kwintet z Buenos Aires”.

 

Patrzę na leżącą przede mną książkę, liczącą dobrze ponad sześćset dość gęsto złożonych stron, i przed oczy przychodzi mi kalejdoskop pejzaży. Zimowa, to znaczy słoneczna Kalabria, gdzie zaczynałem; czwartkowe targowisko przed oknami pokoju, w którym zamykałem się na kilka godzin dziennie, by tłumaczyć, pokrzykiwanie dzieciaków (z moimi własnymi włącznie), uganiających się za piłką po pobliskim boisku salezjańskiej parafii, wyprawy na Corso do salonu telefonii komórkowej, by dokupić jeszcze trochę gigabajtów, zużywanych z niemiłosierną szybkością do sprawdzania kolejnych, mnożonych przez Jonathana Wilsona szczegółów (jeśli uważnie przeczytacie przypisy tłumacza, będziecie mieli, mam nadzieję, dodatkową uciechę). Redakcja „Tygodnika Powszechnego” w Krakowie, gdzie profesor Marian Stala przyniósł mi w pewnym momencie Borgesa w przekładzie Stachury, żebym mógł podać zaczerpnięte z poematu o „Mitycznym założeniu Buenos Aires” motto do książki w przekładzie, który zaczął już funkcjonować w polszczyźnie. Nasz niepołomicki dom z widokiem na puszczę, a za oknami wszystkie pory roku. Pejzaż zza szyb pociągu ze Staniątek, w którego wagonie kilka razy w tygodniu przez trzydzieści kilka minut uparcie posuwałem się w tłumaczeniu. Małe mieszkanie w toskańskim Castelmuzio, gdzie sczytywałem całość po raz ostatni, przynaglany do pośpiechu biciem dzwonów z wieży pobliskiego kościoła. W Kalabrii na pewno uporałem się z kilkoma pierwszymi rozdziałami tej angielsko-argentyńskiej jeszcze wtedy historii. Siedząc na podłodze pociągu, gdzieś między Podłężem a Węgrzcami, kończyłem jeden z rozdziałów o Maradonie. Zdjęć hotelu w Santa Fe, gdzie Marcelo Bielsa przeżywał chwile zwątpienia we własną metodę, szukałem bodaj podczas krótkiego wypadu do Szczawnicy. Kawał życia, mówię wam, bo w tym czasie mój najmłodszy syn nie tylko nauczył się przewracać z boku na bok, ale także siadać, wstawać, chodzić samodzielnie, a nawet wymawiać pierwsze nazwiska piłkarzy, wśród których – nie ukrywajmy i tego – tym pojawiającym się najczęściej było „Mesi”.

Najważniejsze pejzaże pochodzą jednak spod pióra samego autora „Aniołów o brudnych twarzach”. Pejzaże miejsc dawnej świetności, wspominanej nostalgicznie w licznych knajpach argentyńskiej stolicy. Jak to pisał Manuel Vasquez Montalban w „Kwintecie z Buenos Aires”, powieści, do której wróciłem i której jakość byłem w stanie docenić w pełni właśnie po przetłumaczeniu książki Wilsona, zapewne nie tylko dlatego, że śledztwa jej bohatera, prywatnego detektywa, żarłoka i palacza książek Pepe Carvalho, skojarzyły mi się z dochodzeniami, jakich nieraz musi się podejmować autor przekładu? „Ktoś niedbale zapalił blade latarnie w dzielnicy Boca, przez co oświetlają tylko pstrokaty wystrój restauracji, która mogłaby wyglądać kolorowo, gdyby nie otaczała jej wieczna wilgoć starej rzeczułki. W pozostałej części Boca dominują rudery z żelaznego złomu, pełno tam zardzewiałych odpadów, a jedyną motywacją do życia są zwycięstwa drużyny Boca Juniors na miejscowym stadionie, pamiętającym lepsze czasy swego otoczenia”.

Mam w „Aniołach…” absolutnie ulubione kawałki. Wszystko, co zawiera cytaty z niestniejącego już niestety – ale chyba zgodnie z logiką tej opowieści o rozwianych marzeniach Argentyny – „El Grafico”, zwłaszcza wywody Borocoto o naturze argentinidad. Uwagi na temat Bochiniego, Riquelme i natury la pausa. Opowieść o „El Trinche” Carlovichu. Spotkanie z tyleż genialnym, co irytującym Sanfilippo. Wstrząsający rozdział o mistrzostwie świata w czasach terroru i dwuznacznej roli, jaką ostatecznie odegrał w tamtym sukcesie Cesar Luis Menotti. Arcyśmieszny kawałek o bramce, jaką szczupakiem zdobył w derbach Rosario Aldo Pedro Poy i o grupach rekonstrukcyjnych, które co roku zbierają się w rocznicę tamtego zwycięstwa. Można chyba czytać tę książkę od anegdoty do anegdoty, z akcentem na anielskość jednych, i na brudne twarze innych jej bohaterów. Ale z mojej perspektywy najważniejsze jest mistrzostwo, z jakim Wilson dowodzi, że można przy pomocy piłki nożnej snuć opowieść o kraju – o jego historii i polityce. O jego kulturze.

Nie wiedziałem o Argentynie zbyt wiele, kiedy zaczynałem tłumaczyć. „Tango, zaginieni, Maradona”, i może jeszcze krach finansowy sprzed kilkunastu lat, ślady Gombrowicza i wojna o Falklandy. Dowiedziałem się masy rzeczy, a najlepsze jest chyba to, że minęło parę miesięcy i, jak Pepe Carvalho niemogący opuścić Buenos Aires, wciąż nie mam ochoty kończyć tej przygody. Stąd pewnie także właśnie powrót do Montalbana. „Widział pan, jak cackają się z piłką – mówi na kartach „Kwintetu z Buenos Aires” jeden ze sportretowanych tam urzędników, a rozmowy tej z pewnością Wilson mógłby być świadkiem. – Dużo głaskania, ale efekt żaden. Bilardo chyba zapomniał, że w futbol gra się jajami. Może zaraził się gadaniem tej Modotti [jedna z bohaterek powieści, uniwersytecka wykładowczyni, kiedyś ofiara Brudnej Wojny, której przedstawiciele junty dwie dekady temu porwali córeczkę – przyp. MO]. Futbol to sztuka! Czytał pan wczorajszy wywiad z Valdanem? Futbol lewicy! Ci z lewej tylko dryblują, dryblują i dryblują. Ale to prawica gra jajami. Bilardowi zrobili pranie mózgu. Flaco [chodzi o Menottiego, El Flaco czyli Chudy – przyp. MO] zostawił go już na pół ogłupiałego”.

Maradona i Messi, Gardel i Perón, Borges i Freud, papież i gwiazdy kina – mało kto potrafi połączyć wszystkie te postaci w jednym dziele. Jonathan Wilson pisze, że żaden inny kraj nie nadaje piłce tak wielkiego znaczenia intelektualnego, żaden inny nie kocha tak jej teorii i mitów. Że filozofowie – Valdano się kłania – potrafią umniejszać znaczenie pucharów i tytułów zdobywanych przez kolejne drużyny, bo sięgano po nie w „nieodpowiedni sposób”. „Aniołowie o brudnych twarzach” to zatem książka piękna i smutna jak tango, krwista jak bife de lomo i wytrawna jak malbec, ale to jeszcze nie wszystko. Jak pisał mój ukochany Ota Pavel, „Sport nie sport, czy to nie wszystko jedno? Najważniejsze: wysłowić coś nowego, pisać jakoś inaczej o tym dziwnym świecie”.

Czas samemu podjąć rękawicę.

PS A propos podejmowania rękawicy – konkurs. Wśród tych, którzy poprawnie odpowiedzą na pytanie, jak się nazywa jedna z najpopularniejszych słodkości w Ameryce Łacińskiej, przygotowywana z długo podgrzewanego mleka zmieszanego z cukrem, a wynaleziona ponoć w Cańuelas w 1829 roku, kiedy generał Lavalle przybył do obozu generała Manuela de Rosasa, negocjować warunki traktatu kończącego wojnę domową w prowincji Buenos Aires, wylosujemy z wydawcą trzy egzemplarze „Aniołów o brudnych twarzach”. Odpowiedzi przyjmuję do rozpoczęcia pierwszego meczu w zbliżającym się sezonie Premier League pod adresem futboljestokrutny@gmail.com.

2 myśli nt. „Więcej się można nauczyć podróżując, czyli historia pewnego tłumaczenia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *