Archiwa kategorii: Narrative

Być zmianą

Ancelotti bez pracy, Bielsa bez pracy, Mourinho bez pracy, van Gaal za chwilę może również, podobnie Pellegrini, bo trzeba zrobić miejsce dla Guardioli (za chwilę odchodzi z pracy)… listę można ciągnąć i ciągnąć. Trenerskie sukcesy – na ogół krótkie. Trenerskie niepowodzenia – na ogół przychodzące nie wiadomo skąd, zwłaszcza po tym, jak odnosiło się sukcesy. Trenerskie odejścia, w przypadku Guardioli czy Kloppa, wydawałoby się, u szczytu. Co poszło nie tak? Dlaczego zespół, który dopiero co sięgnął po mistrzostwo kraju, teraz broni się przed spadkiem? Dlaczego zespół, który dopiero co wrócił do Ligi Mistrzów, mimo gigantycznych inwestycji, nie robi następnego kroku, tylko pogrąża się w przeciętności? Czytaj dalej

Niebezpieczne związki na Stamford Bridge

Kiedyś już to musiałem oglądać. Kiedyś już musiałem widzieć jakiegoś przedwcześnie postarzałego, pięknego niegdyś, a w każdym razie zabójczo atrakcyjnego mężczyznę, odpowiadającego na każde kolejne pytanie „I have nothing to say”. W Madrycie, podczas feralnego trzeciego sezonu? W Londynie sześć lat wcześniej, podczas innego feralnego trzeciego sezonu? A może wcale nie chodziło o Jose Mourinho? Już miałem podejść do półki z książkami, kiedy zatrzymał mnie głos żony. „Hrabia de Valmont”, powiedziała, jak zwykle trafiając w sedno, kobieta, która obejrzała z nami mecz na Stamford Bridge, bo – jak wyznała – lubi patrzeć na tego nowego trenera Liverpoolu.

Czytaj dalej

Pożegnanie z Islandią

Jest wiele powodów do frajdy z awansu Islandczyków, ale założę się, że nie zgadniecie, który cieszy mnie najbardziej. Że zobaczymy na Euro Gylfiego Sigurdssona? Pudło, lubię go wprawdzie bardzo, ale jest to sympatia podszyta melancholią, że powiększył tę gigantyczną grupę zawodników, którym nie poszło w Tottenhamie. Że mówimy o Kopciuszku, co to ma wszystkiego 21 508 zarejestrowanych piłkarzy, czyli trzy razy mniej niż np. Małopolski Związek Piłki Nożnej, a to 21 tys. daje ponad 7 proc. ludności wyspy? Niby fakt: drugiego tak gruntownie spiłkarszczonego kraju ze świecą szukać, zważywszy jeszcze, że warunki atmosferyczne na Islandii nie należą (delikatnie mówiąc) do najlepszych, ale we mnie budzi to raczej przerażenie, bo wyobrażam sobie natychmiast, że to tak, jakby na Euro jechała łączona reprezentacja Podgórza i Nowej Huty. Kiedy czytam w „Guardianie”, że do Holandii (zarejestrowanych piłkarzy: 1 138 860), na kluczowy mecz, wygrany w piątek przez Islandczyków 1:0, pojechały 3 tysiące kibiców, to uświadamiam sobie, że mówimy o jednym procencie populacji. Kiedy dociera do mnie, że awans świętowało 10 tysięcy ludzi, to myślę o trzech procentach i wyobrażam sobie grubo ponad milion Polaków bawiących się na Błoniach z powodu sukcesu naszej reprezentacji. Czytaj dalej

Debata alternatywna

Istnieją także przyjemne debaty, których uczestnicy mówią pełnymi zdaniami, nie przerywają sobie i nie atakują ad personam. Istnieją, pod warunkiem, że dotyczą piłki nożnej. W ramach Copernicus Festival miałem przyjemność wziąć udział w takiej debacie, zatytułowanej „Messi kontra Ronaldo”, a poświęconej geniuszowi w sporcie – moimi rozmówcami zaś byli dziennikarz „Gazety Wyborczej” i autor bloga „A jednak się kręci” Rafał Stec, trener i komentator Rafał Ulatowski, skaut Arsenalu Tomasz Pasieczny oraz współgospodarze z Centrum Kopernika i „Tygodnika Powszechnego”, Bartek Kucharzyk i Łukasz Kwiatek.

Odpowiedzi na tytułowe pytanie, rzecz jasna, nie udzieliliśmy – choć niektórzy z nas, w jej poszukiwaniu, skłaniali się ku tej z dwóch megagwiazd współczesnej piłki, która lepiej operuje lewą nogą (czy wiesz, czytelniku, o którą chodzi?). Próbowaliśmy za to rozróżnić między geniuszem i artystą, i dociekaliśmy, czy każdy może zostać geniuszem – pod warunkiem, że wystarczająco ciężko pracuje na treningach. Oglądaliśmy najpiękniejsze akcje futbolu ostatnich lat – gole Messiego z Getafe, Maradony z Anglią, Ibrahimovicia z tym samym rywalem, ale też Al Owairana z Belgią oraz będącą efektem zbiorowego wysiłku bramkę Wilshere’a w meczu z Norwich), zastanawiając się, ile w nich kunsztu, a ile przypadku, i czy to, co niektórym wydaje się niepotrzebnym może efekciarstwem, nie jest po prostu wynikiem optymalnej decyzji, w tym konkretnym momencie jedynej gwarantującej powodzenie. Zastanawialiśmy się, czy Garrincha ze swoimi ułomnościami mógłby zrobić karierę we współczesnej piłce, mówiliśmy o Moneyball i kłamstwie statystyk, o szczęściu i pechu w karierze trenera, a także o tym, dlaczego dzisiejsi młodzi piłkarze wydają się zbyt grzeczni. Słowem: mówiliśmy o piłce, która nas kręci i którą wciąż chcemy oglądać, choć często nasze narracje prowadzą w stronę historii alternatywnych, czyli co by było, gdyby…

O ile wiem, spotkanie było nagrywane, więc zapis wideo powinien być wkrótce dostępny. Z optymistyczną puentą, że świat zmierza ku lepszemu: nawet jeśli za dwie doby uznacie, że wynik wyborów prezydenckich trudno uznać za jej potwierdzenie, pomyślcie o tym (kwestię przekonująco wyłożył dziś Rafał Ulatowski), że najlepsi piłkarze świata nurkują i udają sfaulowanych znacznie rzadziej niż jeszcze kilka lat temu. Może jakość polskiej polityki też się poprawi.

Messi i Ronaldo, czyli tu i teraz

Nie wiem, czy też tak macie, ja tak miałem z całą pewnością aż do wczoraj: wychowany w kulcie przeszłości, pracujący w gazecie o siedemdziesięcioletniej historii karzeł na ramionach olbrzymów, tkwiłem w przekonaniu, że wszystko, co najlepsze, dokonało się zanim przyszedłem na świat. Najlepsza płyta w historii muzyki rockowej? No wiadomo: „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” Beatlesów. Najlepsze wykonanie „Pasji Mateuszowej”? Nagranie Nikolausa Harnoncourta z 1970 roku. Najlepsza książka o podróżowaniu? „Obrazy Włoch” Muratowa, z której każdy kolejny eseista wybierający się na Południe przepisuje pełnymi garściami. Najlepsi piłkarze w historii futbolu? Oczywiście Pele, a poza tym Puskas, Cruyff, Eusebio, Beckenbauer – z tych, co mogłem widzieć na własne, w miarę rozumiejące oczy, tylko Maradona ewentualnie mieściłby się na tej liście. Wszystko już było, „za moich czasów to były napady”, jak mówił na ulicy Pif-Paf City bohater jednego z komiksów także narysowanych dobre czterdzieści lat temu, czyli „Tytusa na Dzikim Zachodzie”. Czytaj dalej

Cztery piłkarskie refleksje w powyborczy poniedziałek

Żeby polska polityka wyglądała tak, jak angielska piłka

Żeby czas przed drugą turą kampanii wyborczej wyglądał tak, jak sobotni mecz na Stamford Bridge: żeby odwieczni rywale, po miesiącach, ba: latach ostrej rywalizacji, opowiadali o sobie z podobnym szacunkiem, jak Jose Mourinho o Stevenie Gerrardzie i Steven Gerrard o Jose Mourinho. „Jest najlepszym trenerem na świecie i podpisałbym z Chelsea umowę ze trzy razy, gdybym nie był fanem Liverpoolu” – mówił Gerrard, Mourinho zaś cieszył się, że kapitan rywali schodząc z boiska otrzymał owację na stojąco także od fanów gospodarzy, wcześniej zaś mówił o swoim wymarzonym trójkącie Makelele-Lampard-Gerrard w środku pomocy Chelsea. A jeszcze zanim mecz się zaczął, drużyna Liverpoolu utworzyła szpaler na cześć tegorocznych mistrzów Anglii… doprawdy, kiedy czasem słyszę z ust naszych dziennikarzy politycznych metaforykę sportową, myślę, ile jeszcze mogliby się dowiedzieć o tym świecie (albo ile mogliby się dowiedzieć nasi „gracze”), gdyby wyszli poza mówienie o klęskach i triumfach, okiwaniu i zmiażdżeniu rywala, taktyce i brutalnym faulu.

Żeby trener był trenerem

Jestem najlepszym trenerem w Premier League” – mówił John Carver w środku ubiegłego, niewątpliwie najtrudniejszego w swojej dotychczasowej karierze tygodnia. Niewykluczone nawet, że miał rację, tylko że nie byłby w takim razie pierwszym człowiekiem (Brian Kidd jest tu świetnym przykładem), którego kompetencje trenerskie nie przekładają się na umiejętności menedżerskie. Newcastle utrzyma się chyba w ekstraklasie, bazując na zdobyczy punktowej wywalczonej w pierwszej fazie sezonu przez Alana Pardew – sam Carver w miniony weekend, remisując u siebie 1:1 z West Bromwich Albion (co samo w sobie nie jest jakimś oszałamiającym sukcesem dla żadnego menedżera pracującego w Anglii), przerwał katastrofalną serię ośmiu porażek z rzędu. Faktem jest jednak, że rzeczy, które działy się w Newcastle ostatnimi czasy, robią wrażenie nawet na ludziach przyzwyczajonych do tego, że podczas ośmioletnich rządów Mike’a Ashleya normalność była raczej luksusem. Po ubiegłotygodniowej porażce z Leicester pozujący na „żelaznego kanclerza” Carver oskarżył obrońcę Mike’a Williamsona, że unikał walki, a potem specjalnie postarał się o czerwoną kartkę – fatalny sygnał i dowód kompletnego niepanowania nad drużyną; nieprzypadkowo, sądzę, w opublikowanym jeszcze przed meczem liście otwartym-apelu o wsparcie kapitana drużyny Fabricio Collociniego do kibiców nazwisko Carvera się nie pojawia. W styczniu właściciel nie wzmocnił drużyny choćby jednym napastnikiem, potem zaś pozwolił na wielotygodniową agonię pod tymczasowym trenerem (niedawna próba zastąpienia Carvera Stevem McClarenem była absurdalnie spóźniona)… O Newcastle zawsze myślę jako o klubie za wielkim i za dobrym, żeby spaść, ale tegoroczne wyniki wyborcze polskiej lewicy pokazują, że takich zwierząt nie ma.

Żeby antysystemowość była prawdziwa

Nie mam pojęcia, dlaczego zaczęliśmy nagle grać tak dobrze” – mówi menedżer Leicester Nigel Pearson, który, jak wszystko na to wskazuje, utrzymał swój zespół w ekstraklasie. Już w sierpniu typowani do spadku, od grudnia do kwietnia byli na ostatnim miejscu w tabeli, nikt w nich nie wierzył, w Match of the Day byli zwykle ostatni, a oni z siedmiu ostatnich spotkań wygrali sześć, niemal nie tracąc bramek, Pearson zaś został wybrany menedżerem miesiąca jako pierwszy szkoleniowiec Leicester od piętnastu lat. Jeśli ktoś chce mówić o kandydatach czy drużynach antysystemowych, niech spojrzy na prostą, pooraną zmarszczkami twarz 51-letniego Anglika, niech przypomni sobie jego występy na scenie, pardon: na boisku, niech posłucha, jak wchodzi w zwarcia z dziennikarzami „reżimowych telewizji” (przykłady tu i tu) – będzie miał narrację jak znalazł.

Żeby wrócił

A i tak Harrym Redknappem tegorocznych wyborów w Polsce okazał się Donald Tusk. Queens Park Rangers spada, ale jego przecież nikt nie może winić.

Książę Danii

Teraz, kiedy zostaliśmy sami, możemy porozmawiać, umiłowany współbracie w cierpieniu, które wiąże się z kibicowaniem Tottenhamowi. Porozmawiać o tym, że czas się powoli żegnać z Eriksenem.

Za jakieś pół roku, niedługo po tym, kiedy kilka kolejek przed końcem sezonu okaże się, że awans do Champions League i tym razem jest nieosiągalny, prezes Levy zapewne zdoła odeprzeć transferowe zakusy któregoś z europejskich gigantów, ale za półtora roku rozstaniemy się z całą pewnością. Pieniądze, jakie za niego zapłaciliśmy Ajaxowi (marne 11 milionów funtów) oczywiście się zwrócą wówczas z nawiązką, kto wie, może prezes wydusi za młodziutkiego wciąż Duńczyka nawet powyżej 50 milionów, ale sumy transferowe nie będą w stanie osłodzić gorzkiego smaku pożegnania z kolejnym po Bale’u piłkarzem, który potrafił w pojedynkę wygrać mecz, albo kolejnym po Modriciu, który poruszał się po boisku z taką swobodą i klasą, często schodząc z lewej strony do środka, kreując dla kolegów kolejne okazje (jest w czołówce najlepszych w Premier League, jeśli idzie o podania kluczowe), i potrafiąc równocześnie pracować w pressingu, walczyć o odbiór i biegać – prawie najwięcej lub najwięcej na boisku (w 16 na 22 spotkania Premier League), i to aż do samego końca. To już czwarty mecz, po spotkaniach z Hull, Swansea i Sunderlandzie, o którym rozstrzyga bramka zdobyta przez niego w końcówce. Czytaj dalej

Rozmowa z idolem

Będzie już z rok, jak dostałem wiadomość od idola. Napisał, że ktoś podarował mu moją książkę, że przeczytał ją po koncercie jednym tchem i że odnalazł w niej opis swoich kibicowskich przeżyć. No a teraz, wiecie, idol przyjeżdża do mojego miasta. Mam wielką ochotę pójść na koncert i równie wielką umówić się na kawę. Wydaje mi się to zupełnie możliwe, bo ze wszystkiego, co o nim wiem, wyprowadzam wniosek, że jest kompletnie nienadęty i że nie robiłby żadnych problemów. W sprawie kawy sam mówi zresztą, że wolałby ją wypić z Guardiolą, a nie z Mourinho, bo wydaje mu się, że Mourinho jest bucowaty – mam to samo podejrzenie.

Tylko o czym tu rozmawiać z idolem na kawie? Człowiek z nadmierną ekscytacją wyzna, że uwielbia, że się wychował, że ma wszystkie płyty, że do mowy codziennej wprowadził fragmenty tekstów, że tańczył z żoną przy „Dancingowej piosence miłosnej” i że śpiewał w drodze z dziećmi do przedszkola „Balsam” albo „Bless”… zgoda, ale co dalej? Zostaliśmy z idolem znajomymi na Facebooku, obserwujemy się na Twitterze, właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, żebym do niego zadzwonił i umówił się, ale nie mam śmiałości. Nie mam śmiałości i od dziś wiem, dlaczego. Czytaj dalej

Piłkarski stolik Konwickiego

Wśród rzeczy, które powinniście wiedzieć o Tadeuszu Konwickim (tak, był autorem jednej z najpiękniejszych scen miłosnych w historii literatury polskiej, w dodatku z udziałem dyktatora Powstania Styczniowego) jest i ta: był kibicem. Stoliki w „Czytelniku” i w „Bliklem”, przy których siadywał między innymi z Gustawem Holoubkiem (tak, wielki aktor mówił o tym, że chce, by jego prochy rozsypano na stadionie Cracovii), były także miejscami debat o piłce nożnej. Jak przebiegały, pewne pojęcie może dawać publikowany na łamach tygodnika „Literatura” cykl rozmów Holoubka, Konwickiego i Stanisława Dygata (tak, wśród pożałowania godnych zainteresowań autora „Pożegnań” były, oprócz piłki nożnej, także tenis i boks) na temat mundialu w Niemczech w 1974 roku.

Oczywiście zdanie, że Konwicki był kibicem, nie zdziwi żadnego znawcy jego twórczości – finał „Wniebowstąpienia” zawiera wątek meczu rozgrywanego w Moskwie, a znawca twórczości pisarza Przemysław Kaniecki przypomina, że już w połowie lat 50. prowadził on w „Nowej Kulturze” rubrykę „Z miejsc stojących”, gdzie „wypowiadanie się w roli kibica w końcu okazało się pretekstem do publikowania komentarzy społecznych”; obaj z Dygatem byli również na olimpiadzie w Monachium. Oczywiście ich rozmowy zawierały także inteligentne aluzje do ówczesnego życia kulturalnego (szpile wbijane Wajdzie, Łomnickiemu czy Hanuszkiewiczowi; uwaga, że „Zanussi był w sposób niesłychanie brutalny faulowany”). Trudno, żeby było inaczej: sam im dłużej piszę o piłce, tym bardziej ciekaw jestem tego, jak można używać jej jako „pretekstu do publikowania komentarzy społecznych”. Z drugiej strony nie mogę nie widzieć uderzających różnic w podejściu. Czytaj dalej

Barańczak, Bird, Bale

Najpiękniejszy wiersz o sporcie, jaki kiedykolwiek napisano, wyszedł spod pióra Stanisława Barańczaka.

W oceanicznym ryku nabitej głowami hali

Boston Garden, w ekstazie górnych galerii po parter,

wbiegają truchtem, luźni, zblazowani, cali

w niby-leniwej glorii, pięć piętrowych panter;

długoręki Kevin McHale, sześć stóp i dziesięć cali

– brzmi jego pierwsza strofa; w kolejnych padają nazwiska Roberta Parisha, Dennisa Johnsona, Danny’ego Ainge’a i oczywiście Larry’ego Birda („z trybun »LA-RREE!!!«). Poeta składa hołd słynnej pierwszej piątce Boston Celtics, opisując tych kilkadziesiąt sekund, w trakcie których zawodnicy wstępują na parkiet, rozlega się gwizdek, a McHale zdobywa pierwsze dwa punkty. Oprócz długorękiego (wypada dokończyć frazę poety: „sześć stóp i dziesięć cali / ofensywnego geniuszu”), idzie „chmurny i uparty / wielkolud”. Dalej „piegowaty (…) mistrz błyskotliwych podań”, potem „cwany gówniarz z wyglądu, bezcenny / artysta strzałów z dystansu”, a wreszcie ten najsłynniejszy w historii drużyny, „kluchowaty, senny / blondas, w którym nikt by się nie domyślił żywej, / jedynej, wszystko dotąd zaćmiewającej legendy”.

Stanisław Barańczak umarł dziś, w wieku 68 lat, po długiej i ciężkiej chorobie. Piszę o nim na piłkarskim blogu, bo gdzieś muszę powiedzieć, że wiersz „Pierwsza piątka” ukształtował moje spojrzenie na sport i uprawiających go ludzi równie mocno, jak „Widokówka z tego świata”, „Co mam powiedzieć” oraz „Drogi kąciku porad” zdefiniowały moje metafizyczne niepokoje, a „Wrzesień 1967” – współtworzył wyobraźnię erotyczną (wszystkie te utwory pochodzą z jednego tomu, czytanego przeze mnie po raz pierwszy jakoś w ostatnich latach liceum). Zostawiając Pana Boga i miłość na boku: szło o urzeczenie błyskiem nieśmiertelności, zarezerwowanej, wydawałoby się, jedynie sztukom pięknym, i o tej nieśmiertelności przemijanie. Koszykarze z Bostonu – pisze Barańczak, również mnożąc paradoksy – „tylko trochę mniej niedoskonali / niż każdy, są doskonale kochani, nienawidzeni, są wyspą / wyrosłą nad obojętność. Na mgnienie. Tak, ale na mgnienie ocali / ich to, że wystają o głowę ponad tę resztę, to wszystko”. Czytaj dalej