Kompletna i nie tak znowu krótka metafizyka piłki nożnej

Był sobie sześciolatek, któremu rodzice nie pozwalali oglądać mundialu po nocy i który codziennie zastawał przy łóżku karteczkę z wypisanymi przez ojca wynikami wieczornych meczów. Podejrzewam, że ważniejsze od wiedzy, kto wygrał, było poczucie, że ten małomówny i nieprzystępny mężczyzna naprawdę go kocha.

Masz oczywiście rację: to się nie powinno odbywać w Rosji, o Katarze nie wspominając. To się nie powinno odbywać tam, gdzie się łamie prawa człowieka i gdzie przy budowie stadionów giną pracujący w nieludzkich warunkach robotnicy przymusowi, albo w kraju, który przy obojętności robiącego z nim interesy świata najeżdża sąsiadów i odbiera im spory kawał terytorium. Masz również rację, kiedy mówisz o towarzyszących temu pieniądzach. O tym, że główny organizator, a w związku z tym największy wygrany imprezy jest ogólnoświatowym symbolem korupcji. O całym tym wielkim i nieznośnym festiwalu komercji. O reklamach, z których wiele odwołuje się do mniej lub bardziej seksistowskich stereotypów. O kulturze maczo. O niepokoju, związanym z narodowym wzmożeniem. O dystansie, jaki budzą politycy, próbujący – przez chwilę, do pierwszej porażki czy niestrzelonego karnego – ogrzać się przy Lewandowskim czy Nawałce. O niechęci wywołanej faktem, że wszystkie te nazwiska atakują Cię już z każdej strony.

Nie wiem, czy potrafię Ci wytłumaczyć, dlaczego mimo to chciałbym najbliższy miesiąc spędzić na oglądaniu mistrzostw świata. Mam mówić o pięknie widowiska? Pokazywać Ci bramki, zdobywane w ostatnich sekundach meczów, podczas których wszystko wydawało się już dawno rozstrzygnięte? Przekonywać, jakie te bramki potrafią być niezwykłe – zdobyte po indywidualnej akcji któregoś z futbolowych artystów, mijającego jak slalomowe tyczki usiłujących go sfaulować przeciwników, albo przeciwnie: kunsztownie utkane przez całą drużynę, cierpliwie wymieniającą podanie za podaniem i szukającą sobie najlepszych pozycji między rywalami jak w balecie synchronicznym? Opowiadać o trafieniach z przewrotki, woleja, bezpośrednio z rzutu rożnego, piętą, głową, z bardzo daleka i z zupełnie bliska? O bramkarskich paradach i wślizgach obrońców? O tym niezwykłym momencie zatrzymania (jak w muzyce albo jak w miłości, chciałoby się powiedzieć), w którym cofnięty rozgrywający na ułamek sekundy opóźnia zagranie, żeby mający przyjąć piłkę napastnik znalazł się w miejscu idealnym? Mówić o łzach radości i smutku (przyznasz: w tak zwanym życiu publicznym nie mamy zbyt wielu okazji do oglądania mężczyzn okazujących prawdziwe emocje…) albo przypominać tę chwilę z 1994 roku, kiedy reprezentanci Brazylii po strzeleniu bramki przez Bebeto, który dopiero co został ojcem, celebrowali tę bramkę naśladując dłońmi gest kołysania niemowlęcia?

A może opowiedzieć o tym, jak spędzający gdzieś wakacje piłkarz Błaszczykowski słyszy, jak przy sąsiednim stoliku syn pyta po cichu ojca, czy to jest ten facet, który dwa lata temu zawalił karnego z Portugalią, potem zaś dosiada się do stolika i mówi chłopcu, że owszem, to on jest tym facetem? O ciężarze, jaki niesie ktoś, kto ma poczucie, że zawiódł? O odwadze, z jaką potrafi się z tym poczuciem mierzyć? O woli zmiany? O tym, że zaprzyjaźniony dziennikarz robił niedawno z Błaszczykowskim rozmowę i że jeszcze zanim zdążył zadać pierwsze pytanie usłyszał od niego, że owszem, zamierza i tym razem podejść do strzału z jedenastu metrów? O tygodniach nieprawdopodobnej harówki, dzięki której Błaszczykowski mógł wrócić do formy po kontuzji i pojechać na upragniony mundial? A skoro wciąż jeszcze mnie słuchasz, to dołożyć inny polski akcent: opowiedzieć o obrońcy nazwiskiem Glik, podporze drużyny i człowieku, który w gazecie przeglądanej przez nas niedawno na stacji benzynowej tłumaczył właśnie to, że w futbolu nie ma nic ważniejszego niż mistrzostwa świata, bo tak naprawdę tylko tam przechodzi się do historii, a który na ostatniej prostej, podczas jednego z ostatnich treningów przed wyjazdem do Rosji, w trakcie niewinnej zabawy z piłką doznał kontuzji tak poważnej, że szansa jego gry w tym turnieju stoi pod znakiem zapytania? Próbować Ci uświadomić, że w trakcie krótkiej jak życie motyla kariery piłkarz ten w tak dobrej formie jak w tym roku może nie będzie już nigdy – że za cztery lata na spełnienie marzenia może już być za późno?

A może przeciwnie: zaapelować nie do emocji, tylko do intelektu raczej, opowiadając o planach taktycznych poszczególnych trenerów, o meczach jako partiach szachów, w których rolę hetmana wciela się niejaki Zieliński, a gońcem jest niejaki Grosicki? Przekonywać Cię wywodami profesora Kosińskiego, wyrafinowanego teatrologa przecież, który w „Tygodniku” na mundial pisze, że nawet osoby obojętne, jeśli dadzą futbolowi szansę, mogą doświadczyć przyjemności wcale nie tak bardzo różnych od tych oferowanych przez inne przedstawienia, od teatralnych po seriale? Zacytować jakiś fragment jego tekstu, choćby ten, w którym twierdzi, że piękno piłki nożnej (które w tym momencie zbliża się do porażającego piękna greckiej tragedii), polega na tym, że trwające długo wysiłki mogą zostać w każdej chwili zniweczone, a los (nazwa używana tu w pełni świadomie) zawsze może się odwrócić? Że paradoks tego sportu polega na tym, że w ustanowionych sztucznie ramach, zgodnie z ustanowionymi sztucznie zasadami i bez zrywania widowiska, możliwa, zakładana i pożądana jest interwencja przypadku, a rzeczywistość nie jest usunięta poza ramy fikcji, ale wprowadzona w nią jako jej największa siła?

Widzę, że tracisz uwagę, spróbuję więc inaczej. Kiedy myślałem o tym, dlaczego pytani o najpiękniejsze wspomnienia z mistrzostw świata najczęściej opowiadamy o pierwszych mundialach, jakie widzieliśmy, przypomniałem sobie historię opowiadaną niedawno przez znajomego angielskiego dziennikarza. Dziś już dobrze po czterdziestce, swoje pierwsze mistrzostwa, w 1982 roku w Hiszpanii, przeżywał jako sześciolatek. Był wtedy zbyt mały, by teraz pamiętać wszystkie szczegóły (choć utkwiły mu w głowie na przykład trzy bramki jakiegoś polskiego rudzielca w meczu z Belgią) i może dlatego wspomina to, co najważniejsze. Rodzice nie pozwalali mu oglądać telewizji po nocy, ale codziennie rano zastawał przy swoim łóżku karteczkę, na której ojciec wypisywał mu wyniki wieczornych spotkań. Podejrzewam, że ważniejsze od wiedzy o tym, jak poszło Kameruńczykom z Peru, było poczucie, że jego małomówny i nieprzystępny tata naprawdę go kocha.

Próbuję chyba powiedzieć, że to nie jest doświadczenie przeżywane przeciwko komuś (zwłaszcza przeciwko „ruskim”, u których dzisiejszy mundial się odbywa i których naprawdę nie musimy utożsamiać z Putinem), i że to nie jest doświadczenie stadne. Nie wyobrażaj mnie sobie, proszę, skandującego w tłumie na trybunach, choć nie wykluczam, że założę reprezentacyjną koszulkę i pomaluję twarz, i choć z całą pewnością będę oglądał mundial z synami. W gruncie rzeczy będzie to doświadczenie najgłębiej indywidualne. Doświadczenie, w którym znów zostanę częścią sztafety pokoleń: w którym spróbuję przypomnieć sobie pachnącą tytoniem i szorstką dłoń starszego mężczyzny, ojca czy dziadka, z którymi wiele lat temu oglądałem pierwszy mecz, i w którym samemu zaoferuję swoją coraz bardziej szorstką dłoń synowi. Jeśli w którymś momencie zobaczy moje łzy, nie stanie się przecież nic strasznego.

Dlaczego złe rzeczy dzieją się bramkarzom

Najpierw miał to być tekst o antyfutbolu. O cynizmie, wyrachowaniu i sprycie, z jakim niektórzy zawodnicy potrafią poruszać się nieustannie na granicy przepisów, a jeśli tylko nadarzy się okazja, podczas której nie sposób rozstrzygnąć, czy robią coś z premedytacją, czy zupełnym przypadkiem, wykorzystują ją na korzyść własnej drużyny. Tak, nauczony wieloletnim oglądaniem tego piłkarza nie mam wątpliwości, że Sergio Ramos uwięził rękę Mohammeda Salaha nieprzypadkowo. Nie wiedział oczywiście, że wybije mu w ten sposób bark, ale wiedział, że doprowadzi do przerwania groźnej akcji. Wszystko, co najlepsze w grze Liverpoolu, obejrzeliśmy przed kontuzją Egipcjanina. Egipcjanin był w sercu wszystkiego, co najlepsze w grze Liverpoolu. Przez pierwszych kilkanaście minut on i jego koledzy z łatwością odbierali piłkę na połowie przeciwnika i rozpoczynali kolejne akcje, a Salah ruszał do przodu jeszcze zanim jeden z grających za jego plecami zawodników zdążył przerwać atak Realu. W sumie to trudno się dziwić, że piłkarze z Madrytu chcieli wyłączyć go z gry. W przerwie zobaczyliśmy statystykę kontaktów z piłką graczy obu drużyn przed i w okolicy obu pól karnych – do czasu kontuzji Salaha było to 56 do 21 na korzyść Liverpoolu, po jego zejściu, uwaga, 65 do 1 na korzyść Realu. Modrić i Kroos do końca meczu kontrolowali już wydarzenia na boisku, a Liverpool musiał się cofnąć, bo za plecy jego obrońców zagrywano coraz groźniejsze piłki.

Potem miał to więc być tekst o tym, jak to spotykają się dwie drużyny, z których jedna miała szansę na wygranie Ligi Mistrzów trzeci raz z rzędu (czwarty w ciągu pięciu lat), i która ubiegłoroczny finał rozpoczynała w tym samym składzie, co tegoroczny – której zawodnicy i trener mają wygrywanie w DNA i którzy, prawdę powiedziawszy, nawet niespecjalnie cieszyli się po ostatnim gwizdku: przyjechali po swoje, dostali swoje i kiedy to piszę, są już pewnie w drodze na lotnisko. Druga zaś była najmłodsza w historii finałów tych rozgrywek, a jej trener, Jurgen Klopp, przegrał już pięć najróżniejszych finałów; Cristiano Ronaldo tylko w Lidze Mistrzów zdołał w życiu zwyciężać pięciokrotnie. Tak naprawdę wiedzieliśmy to wszyscy: zwycięzca może być tylko jeden. Wiedzieli to także zawodnicy Liverpoolu po kontuzji Salaha. Czytaj dalej

Smutny toast na koniec sezonu

Mogło być gorzej. Przed rozpoczęciem sezonu dałbym sobie przecież rękę uciąć, że po raz kolejny do Ligi Mistrzów awansować się nie da: że oba kluby z Manchesteru, broniąca mistrzostwa kraju Chelsea i Liverpool będą poza zasięgiem (jedynie utrzymania dominacji nad Arsenalem pozwoliłem sobie być pewnym), że konieczność godzenia występów ligowych z grą w Champions League okaże się dla zespołu zbyt wielkim wyzwaniem, podobnie jak granie przez okrągły rok na nieoswojonym przecież zarówno przez piłkarzy, jak kibiców Wembley. Martwiłem się tym, że wytrzymanie kolejny sezon z rzędu presji nakładanej przez zawodników przez jednego i tego samego, skrajnie wymagającego trenera, to będzie już za wiele, martwiłem się efektami publikacji pełnej niedyskrecji na temat jego podopiecznych książki Mauricio Pochettino z Guillemem Balaguem. Oczywiście, oczywiście: jestem kibicem Tottenhamu, więc zawsze znalazłbym jakieś powody do zmartwienia, przyznacie jednak, że wszystkie dotąd wymienione brzmią racjonalnie. Nie bałem się np., że drużyna zostanie na pniu rozkupiona jeszcze w trakcie minionego roku i nawet wyznam, że i tego lata, a więc przed inauguracją nowego stadionu, kadrowego trzęsienia ziemi się nie spodziewam, bo nawet jeśli za lepszymi pieniędzmi odejdą, powiedzmy, Rose, Alderweireld czy Dembele, to przecież w ostatnich miesiącach się okazało, że żaden nie jest niezastępowalny. W sumie więc: naprawdę mogło być gorzej, jeśli dodać jeszcze fatalny początek rozgrywek i punkty tracone na Wembley ze średniakami oraz dziwaczną sierpniową posuchę strzelecką Harry’ego Kane’a, a także to, że mimo załamania po niedawnych porażkach z oboma klubami z Manchesteru udało się jednak drużynę pozbierać i zakończyć sezon zwycięsko. Czytaj dalej

Ze mną lub z kimś innym

Bitwa na Stamford Bridge: roztrwonione prowadzenie 2:0 i utrata szans na mistrzostwo Anglii w 2016 r. Wcześniej finał Pucharu Ligi z Chelsea w 2015 r., również przegrany 2:0. Półfinał Pucharu Anglii z Chelsea przed rokiem, przegrany 4:2. Rewanżowy mecz Ligi Mistrzów z Juventusem, zakończony zwycięstwem i awansem drużyny z Turynu. Wczorajszy półfinał FA Cup z Manchesterem United. Ten sam scenariusz – taki, w którym zespół nie wykłada się już w pierwszych sekundach, nie popełnia kompromitujących błędów na starcie, nie kapituluje, ba: podejmuje walkę, zaczyna znakomicie, spycha rywala do narożnika, może nawet obejmuje prowadzenie, później jednak otrzymuje niespodziewany cios, po którym nie potrafi się już podnieść. Wczoraj, podobnie jak podczas meczu z Juventusem, od pewnego momentu można było mieć pewność: oni już nie wierzą, że się uda. Albo inaczej: oni wiedzą, że się nie uda. Że strzał Erica Diera w 45. minucie po prostu musi trafić w słupek. Czytaj dalej

Cudowny chłopak

Najlepsze, że oni wcale nie grali dobrego meczu, a raczej, że wielu z nich zagrało poniżej poziomu, do którego zdążyli nas przyzwyczaić. Dembele był wolniejszy niż zwykle – zamiast przenosić akcje sprzed własnego pola karnego pod bramkę rywali, w pierwszej połowie gubił się i wikłał w bezproduktywnych raczej zwarciach. Osamotniony po lewej stronie Davies zostawiał Mosesowi hektary wolnego miejsca (Alonso w pierwszej fazie meczu również zaskakująco łatwo przedzierał się prawą). Sona w zasadzie nie było – ani wtedy, gdy grał na środku, ani po zmianie pozycji z Lamelą i zejściu na prawą. O postawie Llorisa przy golu dla Chelsea nie ma co nawet mówić (to był jego czwarty błąd w tym sezonie, skutkujący utratą gola, tylko Begović i, ekhem, Cech, zrobili więcej), a Sanchez, jak zwykle, interwencje kapitalne i ofiarne przeplatał chwilami gapiostwa; po tym, jak Alderweireld grał już nie tylko w Pucharze Anglii, ale i meczach reprezentacji Belgii, w meczu o taką stawkę doprawdy wolałbym widzieć raczej jego.

Widać z tego, że problemy Chelsea są dużo poważniejsze – zarówno te natury ogólnej, kryzysu formy ostatnich miesięcy i spekulacji wokół przyszłości trenera, jak bieżące, związane choćby z nieobecnością w wyjściowym składzie Courtois i Pedro czy brakiem wartościowych zmienników na ławce. O podaniach Fabregasa można powiedzieć mnóstwo dobrego, ale nikt się chyba nie spodziewał, że Hiszpan będzie w stanie nawiązać walkę z niezmordowaną drugą linią Tottenhamu. Również Hazard, często podwajany przez rywali, odbijał się od nich jak piłeczka. O akcji, która przyniosła gościom wyrównanie warto byłoby mówić nawet bez arcydzielnego uderzenia Eriksena: o tym, jak Davies z Allim przycisnęli Mosesa przed polem karnym Chelsea, jak odwojowali piłkę i jak z sytuacji beznadziejnej zrobiła się znakomita. Podobnie komplementować można tytanicznie pracującego Lamelę: żaden inny zawodnik nie miał tylu wślizgów, żaden inny nie biegał tak między rywalami, żaden inny, dodajmy, nie używał tak często łokci w sytuacjach nieoczywistych. To dziś jedna z kluczowych różnic między tymi dwiema drużynami – ta północnolondyńska kolejny już sezon świetnie wie, co robi, i o co gra. Od tamtej „bitwy na Stamford Bridge”, kiedy goście stracili panowanie nad sobą i resztki szans na odebranie Leicester mistrzostwa kraju, minęła epoka; szczerze mówiąc ów mecz wydaje się równie odległy jak tamten sprzed 28 lat, ostatni wygrany tutaj przez Tottenham w lidze. Nie od rzeczy będzie zauważyć, że w składzie Chelsea nie ma już tych wszystkich speców od ogrywania Tottenhamu; speców, których symbolem mógłby być chociażby John Terry. Coś pękło, coś się skończyło.

Zostawmy jednak Chelsea z jej kłopotami, niechże na ratunek przychodzą Guus Hiddink albo Carlo Ancelotti. Skupmy się na tym, o którym głośno było przez cały miniony tydzień, z racji tego, że w reprezentacji Anglii pierwsze skrzypce grali inni zawodnicy, i że jej selekcjoner uznał za stosowne przestrzec go w kwestii miejsca w wyjściowej jedenastce podczas zbliżających się mistrzostw świata. Zauważmy: jeśli zsumować gole i asysty z tego sezonu, Dele Alli ma ich 24, o 6 więcej od tego, który wypchnął go ze składu Anglików, Jessego Lingarda. Czy naprawdę można mówić o słabszej formie piłkarza, który zdobywa bramki w momentach i meczach absolutnie kluczowych, wszystko jedno – z Realem, czy z Chelsea? Który wykazuje się takim opanowaniem, taką koordynacją i taką techniką, zarówno obiegając Azplicuetę i dochodząc do długiego, przypominającego nieco podania Alderweirelda, zagrania Erica Diera, jak potem przyjmując piłkę i następnie przerzucając ją nad Caballero? Który odnajduje się później w polu karnym, jako pierwszy dopadając do piłki, przekładając ją – mimo gęstniejącego tłoku – z prawej na lewą nogę i strzelając trzeciego gola dla Tottenhamu? Jeśli pisze się o nim z powodów czysto sportowych, czyli pomijając wszystkie te symulacje i zwarcia z rywalami, i zostawiając na boku jego życie osobiste, podkreśla się zwykle zamiłowanie do sztuczek miłych dla oka – tych wszystkich zakładanych rywalom siatek czy zagrań piętą – ale dziś Mauricio Pochettino mówił, że jego największy talent polega na zaatakowaniu pola karnego z drugiej linii. O tym, jak Argentyńczyk prowadzi swoją młodą gwiazdkę, jak konsekwentnie ją wspiera na konferencjach prasowych po kolejnych żółtych kartkach za symulowanie, jak mobilizuje go mówiąc choćby, że uważa go za najlepszego 21-latka na świecie, można by napisać niejedno. Dziś Alli zagrał setny mecz w Premier League – spotkałem gdzieś statystykę, mówiącą, że w trakcie tych stu spotkań przyłożył się do sześćdziesięciu bramek dla Tottenhamu. Ciąg dalszy nastąpi.

O ileż przyjemniej niż o jednostkach mówić jednak o drużynie. Pochettino opowiadał po meczu, że w przerwie skupił się na znalezieniu piłkarzom lepszych pozycji – tak, żeby ściślej współpracowali, szybciej operowali piłką, byli nieco bardziej agresywni i lepiej przechodzili z fazy obrony do ataku (w tym punkcie w trakcie pierwszej połowy Chelsea niewątpliwie biła ich na głowę). Dobre to było: przejście Eriksena z lewej do środka, Lameli z prawej na szpicę, Allego z „dziesiątki” na lewą stronę i Sona ze szpicy na prawą; żeby wygrać, nie trzeba było wcale Harry’ego Kane’a. Mit, że mamy do czynienia z zespołem jednego piłkarza, runął już jakiś czas temu, ale dziś padły kolejne: o niezdobytym Stamford Bridge, o tym, że Tottenham ma kiepskie wyniki w meczach z bezpośrednimi rywalami, i że Alli jest w kiepskiej formie. Niby wiem, że z tą drużyną wszystko wydaje się możliwe, niemniej zaryzykuję to zdanie: wygląda na to, że trzeci rok z rzędu zagra w Lidze Mistrzów – w Anglii tylko Manchester City w tym czasie prezentuje podobną formę, a inwestycji obu drużyn nie sposób przecież porównać. On jest magikiem, ty wiesz, śpiewają kibice o Mauricio Pochettino i mają cholerną rację.

Czy to już jest koniec

Już byli w kurniku, już witali się z gąską. Już się zaczęli – jak Dele Alli, fantastycznie odgrywający w 50. minucie piętą do Daviesa – popisywać. Już się poczuli jak bogowie… Pierwszych kilkadziesiąt sekund po golu Higuaina było w tym sensie zapowiedzią nieuniknionego – które nastąpiło zresztą bardzo, bardzo szybko. Widać było, że nie byli na wyrównującego gola przygotowani. Że poczuli, jak awans, do którego mieli niecałe pół godziny, wymyka im się z rąk. Nie dostali wsparcia z ławki – nie było zmiany, Pochettino, tak jak i jego piłkarze, wydawał się sparaliżowany.

A o reakcję trenera prosiło się już w momencie, gdy wchodzili Asamoah i Lichtsteiner – to nie pierwsza bramka była przełomem (przed nią był już pierwszy atak paniki Sancheza), tylko przejście Juventusu na ustawienie 4-3-3, dokonane zresztą w sposób kosmetyczny, bo zmiana nie była podwójna, tylko rozłożona na dwie, w odstępie dwóch minut; pozornie nielogiczne zachowanie, jak na drużynę, która goni wynik. Jeszcze jedna lekcja dla młodego wciąż, a z pewnością na tym poziomie będącego nadal żółtodziobem Pochettino. Statystyka meczów, w których przegrywający odpada, nie należy do najjaśniejszych punktów w jego życiorysie. O braku doświadczenia graczy Tottenhamu w tej materii nie ma nawet co mówić. Czytaj dalej

Jak hartowała się drużyna

Nie mam słów. Serio. Wyczerpały mi się narracje. To, co przed chwilą obejrzałem, nie pasuje do mojego dotychczasowego doświadczenia z tą drużyną. To znaczy pewne elementy niby pasują, ale nie do końca. Weźmy na przykład bramkę straconą w drugiej minucie, a poprzedzoną całym katalogiem błędów, wśród których jest i niecelne podanie na własnej połowie, i faul w strefie, w której kapitalnie wykonującemu stałe fragmenty gry Juventusowi nie można było prezentować rzutów wolnych, i gapiostwo w kryciu kluczowego zawodnika ofensywy rywala, i jeszcze pech, bo przecież Higuain w momencie podania był na minimalnym spalonym. Albo weźmy bezsensowny faul Bena Daviesa, po którym w dziewiątej minucie pada drugi gol dla gospodarzy. Albo weźmy inny bezsensowny faul, Auriera tym razem, w ostatniej minucie pierwszej połowy, i drugiego karnego dla mistrza Włoch. Wszystko to bierze się przecież wprost z katalogu przeżyć, które kazały mi tytułować tego bloga „Futbol jest okrutny” i konstruować niezliczone w jego dziejach wpisy na temat drużyny wywracającej się na prostej drodze. Cały Tottenham, cały on, tak ciężko pracował, żeby znaleźć się w tym miejscu, po to tylko, żeby samemu, przez nikogo nie poganiany, to miejsce opuścić – a raczej zlecieć z niego z wielkim hukiem. Przecież wierzyć w comeback z Juventusem, uosobieniem solidności, zwłaszcza w defensywie, drużyną nietracącą bramek, drużyną doświadczoną, od lat grającą w Lidze Mistrzów, z czego w ciągu ostatnich trzech sezonów aż dwa razy w finale, wydawało się szaleństwem – zwłaszcza po tym, jak wyglądały pierwsze minuty, w których goście zaczęli jednak dochodzić do głosu. Niepodyktowany karny po wejściu Benatii w Kane’a. Kapitalna interwencja Buffona po główce napastnika Tottenhamu, o której myślałem wtedy, że będzie ostatnią taką okazją w meczu – nic, tylko spuścić głowę i czekać na kolejny cios. Czytaj dalej

Tottenham jako La Máquina

A ponieważ wszystko mi się teraz kojarzy z piłką argentyńską, pomyślałem sobie po wczorajszych derbach, że gdyby tylko Tottenham był odrobinę skuteczniejszy, można by go ochrzcić mianem „La Máquina”, jak słynną drużynę River Plate z lat czterdziestych, której trzon tworzyła ofensywna piątka Muñoz, Moreno, Pedernera, Labruna i Loustau. W Tottenhamie wprawdzie ofensywna jest czwórka – Kane, Alli, Eriksen i Son, ale po pierwsze, w dzisiejszych czasach drużyny grają jednak w innym ustawieniu, po drugie, na ławce za północnolondyńską czwórką siada już Lamela (a doszedł jeszcze Lucas Moura), po trzecie – ważniejsza jest istota samego określenia. Drużyna jako sprawnie funkcjonujący mechanizm, zachwyt płynnością, z jaką się porusza i tym, jak wiele trybików musi się zazębić, by wszystko działało – dla mnie to jest istota sprawy. Niezwykła mobilność i wymienność pozycji, zarówno wtedy w Buenos Aires, jak dziś w Londynie. Plus może jeszcze towarzyszący tej grupie zawodników wizerunek – jak pisze Wilson – lustro, „w którym Argentyńczycy widzieli swój wyidealizowany autoportret: autoportret ludzi utalentowanych i sprytnych, bezczelnych i odważnych, eleganckich i genialnych, niekonwencjonalnych i żywiołowych, nawet jeśli czasami nieodpowiedzialnych”. Pasuje, jak ulał, także z tą nieodpowiedzialnością, której poświęciłem poprzedni wpis na blogu. Czytaj dalej

Dele Alli jako pibe

Powiedziałem sobie, że radykalnie ograniczę pisarstwo futbolowe do czasu, aż skończę tłumaczenie „Aniołów o brudnych twarzach”, ale tym razem nie zdzierżyłem, zwłaszcza że temat ściśle się łączy z tematyką przekładanej przeze mnie książki. Wpadam na chwilę, by zwrócić waszą uwagę na pewną fundamentalną różnicę kulturową, która ujawniła się w debacie po jednej z ostatnich wypowiedzi Mauricio Pochettino, tej mianowicie, w której mówił, że w piłce nożnej chodzi o to, żeby w taki czy inny sposób nabrać rywala. I że o to w gruncie rzeczy chodzi również w futbolowej taktyce: żeby zmylić przeciwnika, przykładowo udać, że zagra się w prawo, po czym zejść na lewo.

Rzecz w tym, że definicję „nabierania przeciwnika” trener Tottenhamu rozciąga na takie zachowania, jak niedawny nur Dele Alliego w polu karnym Liverpoolu. Pochettino nie kwestionuje, że mieliśmy w tym przypadku do czynienia z naruszeniem przepisów i godzi się z karą, którą nałożono na jego coraz bardziej kontrowersyjną gwiazdeczkę, przestrzega jednak przed nadmiernym skupieniem się na takich – jak to nazywa – detalach i przed zamienieniem sportu, który wszyscy kochamy, w sztywną strukturę. „Piłka nożna to kreatywny sport”, powiada, a przy okazji wbija szpilę moralizującym w tych dniach na całego Anglikom, przypominając, że podczas mundialu w 2002 r. sam padł ofiarą sztuczki Michaela Owena, który wymusił na sędzim jedenastkę, choć kontakt angielskiego napastnika z grającym wówczas na środku argentyńskiej obrony obecnym trenerem Tottenhamu, był minimalny. Czytaj dalej

Zupa z Anfield

Jurgen Klopp ma zupełną rację, krytykując ludzi, którzy jedząc zupę zajmują się głównie szukaniem w niej włosa. Są takie mecze, po których nie mają sensu rozważania na temat zaniku gry defensywnej, błędów popełnionych przez bramkarzy albo fatalnej polityki transferowej jednego z największych klubów świata, który choć forsy ma jak lodu, wciąż nie potrafi sobie sprawić porządnego golkipera. Są takie mecze, po których powiedzieć, że gole są przeceniane, byłoby niestosownością. Są takie mecze, które oglądasz po to, by wiedzieć, że zima nie będzie trwać wiecznie, a smog się w końcu rozwieje. I może jeszcze po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że w piłce nożnej (jak w życiu?) musisz być odważnym, żeby coś osiągnąć. Że jeśli chcesz grać o wszystko, musisz podjąć ryzyko – nawet jeśli oznacza ono sprzedanie najlepszego piłkarza przed pojedynkiem tej rangi, albo dokonywanie w takim właśnie momencie zmiany bramkarza. Że nie możesz koncentrować się na przeszkadzaniu, wbijaniu kija w szprychy, czekaniu na błąd rywala. Czytaj dalej