Cztery i pół sekundy

Powiedz mi, którą bramkę wolisz, a powiem ci, kim jesteś. Zachwycasz się Zlatanową piętą, nie pierwszym w historii błyskiem indywidualnego geniuszu tego zawodnika? Jasne, przyjmuję to i nawet szanuję, osobiście jednak wolę bramki będące wykwitem kunsztu zbiorowego, nawet jeśli geniusz indywidualny (przyjęcie w pełnym biegu! klepka! odegranie piętą!) również ma tu wiele do powiedzenia. Jeśli czytałaś książkę „Futbol jest okrutny”, wiesz, jak bardzo kręci mnie zbiorowy wymiar artyzmu w piłce, i rozumiesz, dlaczego nie mogę kolejny raz w tym sezonie nie zacząć od Arsenalu.

Arsenalu, który owszem: niby znów nie potrafił zachować czystego konta (bramkę Howsona zawalili Mertesacker z Gibbsem) i który na kilkanaście minut drugiej połowy wypadł z rytmu (zauważ jednak: po zejściu Flaminiego), ale który jakże efektownie potrafił ów rytm odzyskać i który przy każdej z bramek oraz podczas kilku innych sytuacji (zakończony podaniem do Özila rajd rezerwowego Ramseya lewą stroną, z kilkoma zwodami, których nie powstydziliby się Zidane czy Iniesta), wywoływał skojarzenia, no… erotyczne po prostu. Delikatność i zdecydowanie, szybkość myślenia i precyzja, kreatywność i automatyzm, z jakimi osiągali swój cel piłkarze z Londynu (wśród których był, grający po raz pierwszy u boku Özila, Santi Cazorla – to dlatego rewelacyjny w tym sezonie Ramsey trafił na ławkę), zapierały dech w piersiach. „The Arsenal way”, „Fantasy Football”, „Made by Arsene”, „Arseneball” – mógłbym mnożyć malownicze nagłówki angielskiej prasy, ba, mógłbym nawet próbować zestawiać gola Jacka Wilshere’a z bramkami Barcelony, tylko że… Barcelona już tak nie gra.

Może więc opowiedzieć to inaczej, bez ryzykownych metafor. Odbiór Flaminiego. Wilshere przejmuje piłkę, omija próbującego mu ją odebrać Fera, podciąga akcję w okolice środka pola i podaje do biegnącego przy lewej linii Gibbsa. Ten przekracza połowę i odgrywa do znajdującego się przed nim Cazorli. Hiszpan ścina do środka i oddaje Wilshere’owi, będącemu już około pięciu metrów przed polem karnym. Wszystko zaczyna dziać się równocześnie. Wilshere przyjmuje, oddaje znów Cazorli, ten bez przyjęcia zagrywa do Giroud – niby nic, niby jeszcze jedno z tak lubianych przez Wengera rozegrań w trójkącie, ale dwóch pomocników Norwich zostaje już za plecami, problemem są jedynie obrońcy, z którymi Francuz pozostaje w jednej linii. Giroud piętą do Wilshere’a, Wilshere piętą do Giroud, piłka w powietrzu, Wilshere w ruchu, obrońcy wryci w ziemię liczą na spalonego, Giroud zewnętrzną częścią stopy do Wilshere’a, Wilshere do bramki. Dwadzieścia trzy kontakty z piłką, dziesięć podań, przy czym od momentu zagrania Cazorli do Wilshere’a liczba kontaktów z piłką i podań zrównuje się. Ostatnich siedem, tak jest, siedem podań odbywa się bez przyjęcia w ciągu czterech i pół sekundy. Jeśli wyczułaś pod tym akapitem silną emocję, miałaś rację.

Mój zachwyt jest tym intensywniejszy, że w czasie gdy na Emirates Kanonierzy pieścili piłkę jak za najlepszych lat Niezwyciężonego Arsenalu, ja postanowiłem przyjrzeć się dokładniej grze Southamptonu. No bo sama wiesz: jeszcze trzy lata temu dołowali gdzieś w drugiej lidze, dziś ocierają się o szczyty ekstraklasy. Z polskim bramkarzem między słupkami niemal nie tracą goli – choć ich trener podkreśla, że to nie tyle zasługa któregoś z zawodników, co stylu gry, który im narzucił. Southampton Mauricio Pocchettino gra tak, jak wiele drużyn prowadzonych przez „bielsistów” – trenerów pozostających pod wpływem słynnego Marcelo Bielsy – niestrudzonym pressingiem po stracie piłki. Kiedy „Święci” są przy piłce, potrafią doskonale się przy niej utrzymywać, co – jak kiedyś tłumaczył również pozostający pod wpływem Bielsy Pep Guardiola – jest nie tyle pomysłem na zdobywanie bramek, co na ich nietracenie.

Na Old Trafford Southampton również potrafił zdobyć przewagę w posiadaniu piłki i – jak to często ostatnio – zostawił w nas wrażenie, że gospodarze są wyjątkowo przeciętnym zespołem. Owszem: mistrzowie Anglii prowadzili, owszem Adam Januzaj, który podpisał z klubem pięcioletni kontrakt, był u źródła niemal każdej udanej akcji MU (co oczywiste, zważywszy, że i tym razem toczyły się one głównie skrzydłami, a w środku ziała dziura, której słabiutki Fellaini załatać nie potrafił), owszem, Rooney trafił w poprzeczkę, ale z podobnie niepewną defensywą kolejnego sukcesu w Premier League Czerwonym Diabłom nie wróżymy. Nawet będący ostatnio na ustach całej Anglii Rooney, zdobywca pierwszego gola w meczu z Polską, dwukrotnie tracił piłkę przed własnym polem karnym – raz prezentując gościom najgroźniejszą okazję w pierwszej połowie. Southampton przerywał, tamował, hamował i blokował (obejrzyj koniecznie wślizg Schneiderlina – jednego z najlepszych w Premier League, jeśli idzie o odbiory – likwidujący akcję Welbecka), próbując jednocześnie rwać do przodu, kiedy nadarzała się okazja i kiedy piłkę dostawał świetny Lallana. Ostatecznie wyrównanie padło po rzucie rożnym, ale w tej fazie meczu przewaga gości była już ewidentna – pytanie, czy David Moyes wiedział, co robi, wprowadzając w miejsce Rooneya Smallinga i oddając rywalom inicjatywę, skoro miał na ławce potrafiącego zapanować nad wydarzeniami Kagawę? Przy wszystkich formułowanych już przeze mnie zastrzeżeniach, że większość problemów, jakie ma nowy trener MU, to problemy odziedziczone po poprzedniku, nie mogę nie zauważyć, że w podobnej sytuacji sir Alex raczej nie zrobiłby zmiany defensywnej, ergo: nie dałby piłkarzom sygnału, iż zamiast walczyć o podwyższenie wyniku, mają zacząć bronić prowadzenia…

Tottenham, jak zauważyłaś, potrafił skończyć bardzo przyjemnie, ale zaczynał naprawdę okropnie. Aston Villa oddała mu inicjatywę, jej długie piłki komplikowały życie Chirichesowi i Dawsonowi, a rozegranie ataku pozycyjnego niemożebnie się ślimaczyło. Tom Commolose ma rację, twierdząc, że to Modricia, nie Bale’a, brakuje tej drużynie najbardziej: Eriksen po pierwszym błysku przygasł w meczach z Chelsea i WHU, i dziś trafił na ławkę; Holtby nie zawiódł, ale to wciąż nie to, co potrafił Chorwat – porównaj zresztą jego występ z występem Özila przeciwko Norwich. Chociaż tyle, że Andros Townsend ma swój gwiezdny czas (on również podpisał nowy kontrakt z klubem), Soldado bardzo inteligentnie uczestniczy w rozgrywaniu akcji (gol, owszem, piękny, ale asysta, trzy kluczowe podania i praca na całym boisku wydają mi się równie ważne), Paulinho rwie się do przodu, a Sandro wraca powoli do formy sprzed kontuzji.

Chelsea? Najpierw przegrywała, potem zdołała wyrównać w mocno kontrowersyjnych okolicznościach, a jeśli dotąd nie miałaś okazji, powinnaś poszukać gdzieś w sieci wczorajszego Match of the Day i analizy gry Davida Luiza. Nabijam się? Ani mi się śni. Wspomnisz moje słowa: to Jose Mourinho idzie po mistrzostwo Anglii.

Nic się nie stało

Psychoanalizę polskiego piłkarza i kibica robię na portalu Sport.pl, ale nie mogę się oprzeć, by wpaść także tutaj. Po pierwsze dlatego, żeby otworzyć ewentualną dyskusję na jej temat, po drugie zaś – podzielić się z Wami komentarzem zaprzyjaźnionego geniusza, którego obrazki co tydzień mamy zaszczyt publikować na łamach „Tygodnika Powszechnego”.

Kraj, w którym nic się nie dzieje – tak to widzi Marcin Wicha, i wypada przyznać mu rację także dlatego, że ptaszki z bloga Przemka Iwańczyka ćwierkają, że decyzje w sprawie zatrudnienia następcy Waldemara Fornalika zostały już podjęte. Kraj, w którym „niemądry Polak po szkodzie” i w którym tyle warta nasza pisanina, co ich kopanina. Jeśli prawdą jest, że Leo Beenhakker pracował na gorszym materiale, jeśli – jak napisał jeden z angielskich dziennikarzy – ta reprezentacja Polski jest najlepsza, jaką mamy od 1982 roku, tym bardziej szkoda, by miała zamienić się w jeszcze jedno stracone pokolenie.

Gorgoń jak lew walczący

A kiedy arcyważny mecz o wszystko już się kończy, kiedy kolejny raz tracimy szansę na awans do wielkiej imprezy, kiedy płaczemy nad jeszcze jednym straconym pokoleniem piłkarzy, wyrzekamy na kunktatorstwo trenera i niekompetencję zatrudniających go działaczy – zostaje literatura. Dzięki redakcji pisma „Konteksty”, zajmującej się na co dzień antropologią kultury, etnografią i sztuką, otrzymaliśmy niedawno utwór literacki o unikalnej sile i wartości. Utwór autorstwa Jana Ciszewskiego.

Przygotowując numer specjalny poświęcony kulturze futbolu, redaktorzy „Kontekstów” spisali z ocalałej w telewizyjnym archiwum taśmy komentarz towarzyszący rozegranemu równo cztery dekady temu meczowi Anglia-Polska. Tak po prostu, niczego nie wygładzając, zachowując wszystkie potknięcia gramatyczne, niespójności, zawieszenia głosu, wymuszone nagłym rozwojem wypadków niedokończone myśli. „Mecz piłkarski jako tekst” – pisze we wprowadzeniu Dariusz Czaja. Myślę, że interpretowanie tego tekstu jako monologu wewnętrznego będzie całkiem uprawnione i nawet jeśli ostatecznie porównywanie Ciszewskiego z Joycem okaże się nieco ponad miarę, to już z Masłowską – dlaczego nie?

Czaja zwraca uwagę na gnomiczność frazy „był Bulzacki”, mnie zachwyca u Ciszewskiego rytm, falowanie tempa narracji, w którym zdania wielokrotnie złożone („Adam Musiał, no proszę i nawet w gorącej sytuacji, na tak znakomitą sztuczkę pozwolił sobie, co znamionuje duży spokój iii… duże opanowanie nerwowe, polskiego zespołu”) występują naprzemiennie z równoważnikami. W tych krótkich, rwanych, chciałoby się powiedzieć, wypowiedziach, pojawiają się w zasadzie wyłącznie rzeczowniki i czasowniki, choć narrator zdecydowanie preferuje te pierwsze („Jan Tomaszewski, pięść, pusta bramka, Currie…”). Zwracają uwagę jego inwersje („Gorgoń jak lew walczący”), aliteracje („luka, Lato”), instrumentacje głoskowe („olbrzym z Zabrza”), elipsy („zaczyna szybka teraz, zaczyna szybka piłka krążyć”), archaizmy („wszystkie te przerwy w grze już uwzględniam na mym chronometrze”) – co ja się zresztą będę rozwodził, oddajmy głos pisarzowi.

„Osiem minut drugiej połowy. Adam Musiał. Nie – to Jan Domarski. Podobni. »Polska gola«, powiewają tu pod naszymi kabinami liczne sztandary biało-czerwone. Dwóch Anglików do główki. Korzystamy z tego nieporozumienia. Robert Gadocha. Lato. Nie miał kto zgarnąć tej piłki odbitej przez Anglików. Clarke. Wrzucają Anglicy. Madeley. Hunter. Bell. Madeley. Tam po prawej stronie u góry ekranu Tony Currie. Nooo! Brawo. Znakomita interwencja! Lato… w środku mamy dwóch zawodników! Proszę państwa Grzegorz Lato sam na sam ucieka teraz. Gadocha, Domarski GOL!!! GOL!!! PROSZĘ PAŃSTWA SENSACJA NA WEMBLEY!!! Dziesiąta minuta drugiej połowy. Cudowny wypad polskiej trójki. Rozbicie ataku. Piłka na lewej stronie. Grzegorz Lato. Ucieka tutaj Gadocha. McFarland i Hunter zdezorientowani. Wyłożenie piłki zawodnikowi Stali Mielec Janowi Domarskiemu i Shilton puszcza pod brzuchem piłkę! Jeden – zero dla polskiej drużyny na Wembley. Czterysta milionów ludzi w tej chwili siedzących przed telewizorami przeciera ze zdumienia oczy. To fakt!”.

To fakt, nie mogę się doczekać dnia, w którym 17 października 1973 r. przestanie być najsłynniejszą datą w historii polskiej piłki. Nieustające celebrowanie „zwycięskiego remisu” wychodzi mi uszami. Z ulgą przyjmuję deklarację Grzegorza Krychowiaka, że tamtego meczu nie oglądał. Z zażenowaniem wysłuchuję wypowiedzi legendy sprzed czterdziestu lat, Jana Tomaszewskiego, o piłkarzach-gejach, i uważam, że w ogromnej mierze to dzięki decyzjom grającego wówczas w Londynie niedawnego prezesa PZPN Grzegorza Laty nie pojedziemy na mundial. To jednak inne tematy. Cztery dekady po Wembley runęły niemal wszystkie mity związane z tamtym spotkaniem. Broni się tylko jeden: Jan Ciszewski. Jan Ciszewski jako… pisarz.

„Jeśli nasi zawodnicy wytrzymują ten szalony napór i ten atak non stop, non stop Anglików i nie denerwują się i niejednokrotnie z zadziwiającym spokojem wyprowadzają piłkę z własnego pola karnego, to my też spokojnie oglądajmy to spotkanie”… Ani nadużywający ryzykownych metafor Tomasz Zimoch, ani Dariusz Szpakowski, którego arsenał figur stylistycznych ogranicza się niemal wyłącznie do wyliczeń („duszno, parno, wilgotno…”), nie byliby w stanie ułożyć zdania o podobnej klarowności. Spokojnie więc oglądajmy jutrzejsze spotkanie – w końcu jeśli Hart także puści pod brzuchem piłkę, to zważywszy na jego formę z ostatnich miesięcy, nie będzie to aż takie zaskakujące.

Reprezentanta wypożyczę

No owszem, całkiem niezły debiut i bramka, zdobyta przez Androsa Townsenda wreszcie prawą nogą, niczego sobie. Ale żeby od razu wpadać w taką ekstazę? Asystę przy golu Rooneya dopisywać, choć zamiast asysty obejrzeliśmy raczej niecelne dośrodkowanie i zbyt krótkie wybicie obrońcy? Z debiutem Glenna Hoddle’a porównywać? Arjena Robbena przywoływać? Czterokrotną podwyżkę oferować? Cały świat informować, że chłopak urodził się w tym samym szpitalu, co David Beckham? Naprawdę tych kilkanaście meczów w QPR, a potem parę spotkań z tego sezonu, uzasadnia erupcję „Townsendomanii”, którą właśnie obserwujemy?

Owszem, można opowiedzieć tę historię jako pochwałę ciężkiej pracy. W cztery lata tylko dziewięć występów w Tottenhamie, za to równie wiele (dziewięć!) wypożyczeń, z których prawie każde okazywało się krokiem naprzód (trzeba to podkreślić, bo w tym samym czasie uważani niegdyś za bardziej utalentowanych zawodnicy z młodzieżówki Tottenhamu, Bostock czy Dawkins, swoje szanse marnowali). „Tu, w Yeovil, nie mamy Ritza” – mówił Townsendowi i jego koledze, Jonathanowi Obice, cytowany przez dzisiejszego „Timesa” szkoleniowiec lokalnej drużyny, prowadząc ich do hoteliku i upewniając się, że na wyposażeniu pokoju jest garnek do gotowania makaronu…

Owszem, można też mówić o uczeniu się na błędach (kara finansowa i kilkumiesięczna dyskwalifikacja za obstawianie zakładów piłkarskich, która kosztowała go utratę miejsca w kadrze na młodzieżowe mistrzostwa Europy) i o wsparciu kolejnych trenerów: Redknapp dawał mu szansę w meczach Ligi Europejskiej, a potem ściągnął za sobą do QPR, Villas-Boas przez cały okres wypożyczenia pozostawał z nim w kontakcie, a przed sezonem usiadł do długiej rozmowy, w której wyjaśnił, co młody piłkarz powinien poprawić w swojej grze pozycyjnej. Uczciwiej jednak byłoby wspomnieć o cholernym szczęściu i zbiegu niezwykle sprzyjających okoliczności, który nastąpił w ciągu kilku zaledwie tygodni.

Na obecny sukces Townsenda złożyło się, po pierwsze, odejście Bale’a i fakt, że poza jednym meczem towarzyskim przez cały okres przygotowawczy Walijczyk nie blokował zmiennikom miejsca w składzie. Po drugie, późne sfinalizowanie zakupu Lameli, a potem dwie przerwy na kadrę, podczas których Argentyńczyk zamiast trenować z nowymi kolegami, podróżował za ocean. Po trzecie, uraz Lennona, który – że wypowiem herezję – wciąż wydaje się najpoważniejszym rywalem Townsenda do miejsca na prawej stronie Tottenhamu. Po czwarte, kontuzja Walcotta, która stworzyła debiutantowi okazję do gry przeciwko Czarnogórze (jak bardzo teraz Roy Hodgson przypisywałby sobie zasługi za udany występ piłkarza Tottenhamu, nie wstawiłby go przecież do składu od pierwszej minuty, gdyby miał do dyspozycji napastnika Arsenalu…). Po piąte wreszcie, w przypadku reprezentantów Czarnogóry oczywiste: nieopatrzenie obrońców z względnie skromnym arsenałem sztuczek, które poza szybkością Andros Townsend może zaoferować.

Nie twierdzę, że skrzydłowy Tottenhamu szczęściu nie pomógł – w piątkowy wieczór dokładnie tak samo, jak w ciągu tych wszystkich deszczowych i wietrznych popołudni na drugo- i trzecioligowych stadionach. Podobnie zresztą jak Walker, Sturridge, Welbeck, Wilshere, Barkley, Gibbs i starsi: Milner, Lampard, Carrick czy Defoe (wszyscy oni byli na wczesnym etapie swoich karier wypożyczani do mniejszych klubów i wszyscy umieli ten czas wykorzystać). Dla niego samego jednak byłoby lepiej, gdyby media po piątkowym meczu okazały się bardziej powściągliwe. Wcale bym się nie zdziwił, zwłaszcza w kontekście odsunięcia za kartki Kyle’a Walkera, gdyby na prawej pomocy Anglików przeciwko Polsce zagrał James Milner.

Trójka obrońców, zero napastników

Z pierwszymi miesiącami Davida Moyesa w Manchesterze United załatwiłem się na innym miejscu, za to fundamentalnie. Wiecie już zapewne, że co jakiś czas moje teksty pojawiają się na portalu Sport.pl – dziś rano napisałem tam kilka akapitów po wczorajszym zwycięstwie mistrzów Anglii nad Sunderlandem. Zasadnicza teza jest taka, że jeśli Moyes ma osiągnąć sukces w Manchesterze, musi dokonać – wszystko jedno: dyskretnego, czy nie – ojcobójstwa. Dziedzictwo, które zostawił mu sir Alex, budzi wątpliwości. Wiem: brzmi to heretycko i zdaję sobie sprawę, że we wszystkich oficjalnych wypowiedziach nowy menedżer MU będzie mówił o ciągłości, najwyższym uznaniu wobec poprzednika itp., itd., ale tak naprawdę musi spowodować, żeby piłkarze jak najszybciej o nim zapomnieli. Wystawienie wczoraj od pierwszej minuty Januzaja odczytuję w tych właśnie kategoriach – odciskania przez Moyesa własnego piętna na zespole; zapraszam do dyskusji na ten temat.

Na bloga zachowałem sobie tematy taktyczne, z których pierwszy czekał zresztą od dobrych paru tygodni: nowej formacji Liverpoolu. Jak bardzo przecież nie narzekałby wczoraj Brendan Rodgers, że jego piłkarze stracili kontrolę nad meczem (w istocie: przy stanie 2:0 Crystal Palace miało mnóstwo okazji, żeby wrócić do gry), drużyna odniosła kolejne zwycięstwo i utrzymuje się w czubie tabeli. Do składu i wrócił, i natychmiast zaczął strzelać bramki, Suarez. Najciekawsza jednak kwestia wiąże się nie z „SAS”, jak nazywa się zabójczy duet napastników z Anfield (ech, pamiętacie jeszcze Shearera i Sheringhama z Euro ’96?), a właściwie wiąże się z nim pośrednio. Nie wykluczam, że właśnie w celu znalezienia dla obu najodpowiedniejszego miejsca na boisku Rodgers zdecydował się na grę trójką środkowych obrońców. Przyznajcie, że wygląda to na przepis idealny: z przodu dwójka robiących potężne zamieszanie, współpracujących ze sobą telepatycznie napastników, za nimi trójka piłkarzy środka pola, pozwalających osiągnąć przewagę w posiadaniu piłki przeciwko każdemu rywalowi (czekamy, aż najbardziej wysuniętym z tej trójki znów będzie Coutinho, choć i Moses daje radę…), dalej dwójka cofniętych skrzydłowych (albo wysuniętych bocznych obrońców – macie przekonujące spolszczenie słówka „wingback”?), czyli wykorzystanie najlepszych cech Jose Enrique i Glena Johnsona. Nawet jeśli trzem ruchliwym i silnym stoperom (Sakho!) zdarza się niekiedy gubić, a „regularni” skrzydłowi rywala (patrz Sunderland przed tygodniem) próbują szukać miejsca za plecami rzeczonych „cofniętych skrzydłowych” Liverpoolu – w takim przypadku sposobem na osiągnięcie przewagi mogą być zejścia do boków Suareza i Sturridge’a i wykorzystanie ich podczas kontrataku. Więcej o formacji Liverpoolu znajdziecie w poniedziałkowej dyskusji Jamiego Carraghera i Gary’ego Neville’a, dostając przy okazji kolejny dowód, jak bardzo Match of the Day jest passe.

http://www.youtube.com/watch?v=c-Lt3wxA7is#t=325

Tottenham? Wolałbym zmilczeć albo zasłonić się zdaniem typu: „gdyby Jermain Defoe, będący w 46. minucie sam na sam z Jaaskalainenem, nie trafił w jego nogi”, byłoby to jednak z krzywdą dla Sama Allardyce’a, który przygotował swoją drużynę perfekcyjnie, udanie wprowadzając do drużyny kojarzonej dotąd z długą piłką na Andy’ego Carrolla największą taktyczną innowację weekendu. Niby przez ponad godzinę obserwowaliśmy kolejny wariant rozgrywanych już w tym sezonie meczów Tottenhamu z Crystal Palace czy Norwich, ale przeciw bardziej wymagającemu rywalowi. Przed linią obrony operowali Noble i Nolan, a przed nimi jeszcze Morrison i Diame: zasieki przed polem karnym gości były tak gęste, że Christian Eriksen nie miał najmniejszych szans znalezienia wolnej przestrzeni. Obrońcy znakomicie czytali ruch bez piłki Defoe’a. Townsenda Rac spychał raczej do linii, szukając jego słabszej nogi – choć warto zauważyć, że nawet w tej sytuacji Anglik potrafił kilka razy groźnie dośrodkować. Przede wszystkim jednak: Tottenham obnażyły fenomenalnie zaprojektowane schematy wyjścia w szybkim ataku i jeszcze lepiej wyćwiczone stałe fragmenty gry. Już przed przerwą delikatne zagranie Noble’a ponad murem stworzyło Nolanowi kapitalną okazję do strzelenia bramki po rzucie wolnym. Po przerwie, kiedy Tottenham przesunął Paulinho wyżej i zaczął wreszcie przeważać; kiedy Defoe zmarnował wspomnianą już okazję, stworzoną kilkanaście sekund po wznowieniu gry, wystarczył rzut rożny – potężne zamieszanie w polu karnym z udziałem Nolana i Reida, zakończone golem tego ostatniego. Później szukający wyrównania gospodarze odsłonili się, rzecz jasna, a jedno precyzyjne podanie Nolana stworzyło Vaz Te okazję do wyjścia sam na sam z Llorisem, bramkarz gospodarzy zdołał wprawdzie odbić jego strzał, ale napastnik WHU zdążył z dobitką. Trzecia bramka, po rajdzie Ravela Morrisona zaczętym jeszcze na własnej połowie, będzie jedną z piękniejszych w tym sezonie, ale z punktu widzenia oceny meczu wydaje się bez znaczenia. Tak, Sam Allardyce zaskoczył: zamiast szukać zmiennika Carrolla, postawił na piłkarzy atakujących z drugiej linii, a środkowi obrońcy Tottenhamu gubili się, nie wiedząc, kogo pilnować. Byłożby to ustawienie 4-6-0, „fałszywa dziewiątka” w wydaniu zachodniolondyńskim?

Teologia futbolu

Tak, odebrałem religijne wychowanie. Owszem, jestem redaktorem pisma, które sprawom wiary i duchowości poświęca wiele miejsca. To już coś tłumaczy, ale nie tłumaczy wszystkiego. Po prostu: do opisania intensywności przeżyć związanych z oglądaniem drużyn Pepa Guardioli język świeckiego świata wydaje się kompletnie nieadekwatny. Tylko odwołując się do pojęć z dziedziny teologii potrafię uchwycić różnicę między Barceloną a Bayernem nauczyciela z Katalonii.

W Barcelonie Guardiola był ewangelistą, a świat, w którym obracali się jego zawodnicy, był światem Nowego Testamentu. Świętość, z jaką obcowaliśmy, była ludzka, krucha jak Urodzony w stajence, dawała się dotknąć. Traktowaliśmy ją z czułością, baliśmy się o nią troszeczkę, wiedzieliśmy, że nie jest dana raz na zawsze, że „maluczko, a nie ujrzycie mnie”, ale choć na podstawowym poziomie nie z tego świata, była w tym świecie zanurzona. Bliska.

W Bayernie Pep jest starotestamentowym prorokiem, a patrząc na grę jego drużyny spuszczamy wzrok, bojąc się oślepienia. Tu nie ma nic ludzkiego, nic na naszą miarę. Siła i potęga tej rzeczywistości budzi grozę, jak głos gromu. Ogień szerzy się przed nią i spala wkoło jej przeciwników, a Joe Hart okrywa się wstydem (por. Ps 97). Musimy się jej bać, jak sądu ostatecznego z jego zastępami aniołów. Aniołów – dodajmy – nieoswojonych barokowym obrazkiem, może więc bardziej jeźdźców apokalipsy o dürerowskich twarzach Ribery’ego, Müllera, Robbena i Kroosa. Miłosierdzie? Nadzieja? Czy nie lepiej ją porzucić, zwłaszcza że jeden z piłkarzy nazywa się Dante?

Zaryzykuję: oglądałem wczoraj najlepszy futbol w życiu. Po czymś takim można milczeć albo popaść w bełkot.

Dyskretny urok Garetha Barry’ego

Przed arcyciekawą kolejką Ligi Mistrzów wpadam na chwileczkę, żeby uczcić jubileusz. Gareth Barry, wypożyczony z Manchesteru City pomocnik Evertonu, rozegrał właśnie 500 mecz w Premier League. Jest dziesiątym piłkarzem, któremu udało się osiągnąć tę liczbę – rekordzistą jest oczywiście Ryan Giggs (623 występy), a w elitarnym gronie są także David James (572), Frank Lampard (559), Gary Speed (534), Emile Heskey (516), Jamie Carragher (509), Phil Neville (505), Mark Schwarzer (504) i Sol Campbell (503). Zważywszy, że z tej dziesiątki grają już tylko Giggs i Lampard (Schwarzer jest skazany na rolę zmiennika Petra Czecha), zaś nowy menedżer Barry’ego uważa go za kluczowego zawodnika swojej drużyny, pod koniec sezonu 32-letni Anglik może znaleźć się w pierwszej piątce „legend” angielskiej ekstraklasy, a potem – kto wie – zajść jeszcze wyżej. Roberto Martinez wróży mu grę do czterdziestego roku życia…

I dobrze. Opisujący go niedawno na łamach „Timesa” James Ducker przywołał ironiczną opinię Joeya Bartona: „Przypomina ucznia, który zawsze siada w pierwszej ławce i zawsze grzecznie słucha nauczyciela; nigdy nie przyprawia mnie o bezsenność, kiedy mam przeciwko niemu grać”. Jeśli dobrze zrozumiałem, miał to być docinek, rzecz w tym – zwraca uwagę Ducker – że kiedy Barton miał grać przeciwko Makelele z Chelsea albo Mascherano z Liverpoolu, również nie miał bezsennych nocy. Czy grało mu się łatwo, to zupełnie inna historia.

Opisując Barry’ego opisujemy bowiem zwyczajność. Owszem, siedzi w pierwszej ławce, słucha wskazówek trenera, a potem robi to, co do niego należy. Ustawia się tam, gdzie powinien, przerywa akcje rywali, rozpoczyna akcje własnej drużyny, chętnie pozbywa się piłki na rzecz lepiej ustawionych albo po prostu swobodniej ją operujących kolegów, a jeśli się zdarzy, że ją stracą – zrobi wszystko, by ją odebrać. W końcówce, kiedy trzeba np. bronić korzystnego wyniku, nie dopuści do żadnej straty, choćby miał nas zanudzić serią podań na własnej połowie. Zero ryzyka, sto procent odpowiedzialności, polisa ubezpieczeniowa dla gorących głów w stylu Rossa Barkleya.

Zwłaszcza po takich meczach, jak wczorajsze spotkanie Evertonu z Newcastle (ale też po niedawnej porażce Chelsea na Goodison Park) – kiedy na czołówki gazet trafiają zasłużenie Lukaku i Barkley, a wśród najczęściej używanych określeń strzelców bramek dla gospodarzy pojawiają się szybkość i siła, mamy tendencję do zapominania o tych, którzy pracują za ich plecami. Dobrze, że stukająca Barry’emu pięćsetka tym razem na to nie pozwoliła.

Zdrowie defensywnych pomocników…

O jedną porażkę za dużo

1. Tak, w odróżnieniu od wielu czołowych polskich i angielskich publicystów, wciąż nie postawiłem krzyżyka na Arsenie Wengerze, a płynące od właścicieli i dyrektorów Arsenalu informacje o rychłym przedłużeniu jego kontraktu przyjmuję z uznaniem. Kolejny sezon zaczynał spisywany na straty – a po sześciu kolejkach przewodzi w tabeli, i to mimo kontuzji Cazorli, Artety, Podolskiego, Oxlade’a-Chamberlaina, Rosicky’ego czy Diaby’ego. Transfer Ozila i powrót Flaminiego zrobiły, rzecz jasna, swoje, ale tematem tych pierwszych miesięcy jest, opisywana na tym blogu niemal z tygodnia na tydzień, eksplozja talentu Aarona Ramseya. Ze Swansea znów strzelił gola i zanotował asystę – zobaczcie jednak również, jak poprawił grę obronną. „Bale? Jaki Bale?” – pisałem dla Sport.pl o nastrojach wśród kibiców Tottenhamu przed derbami Londynu, dopowiem więc, już w czysto walijskim kontekście: „Bale? Jaki Bale? Ramsey!”.

2. Dziwność piłki nożnej pokazuje najlepiej przebieg i wynik meczu między Aston Villą i Manchesterem City – zwłaszcza jeśli ma się w pamięci ubiegłotygodniowe spotkanie, w którym piłkarze Manuela Pellegriniego miażdżyli Manchester United. Absolutna dominacja w pierwszej połowie, niemal każdy stały fragment gry z bramką wiszącą w powietrzu, dwukrotnie objęte prowadzenie, dwie trzecie czasu przy piłce – i porażka na skutek trzyminutowego przestoju, a właściwie: dwóch momentów braku koncentracji. O błędzie sędziego liniowego (El Ahmadi był na spalonym przy pierwszym golu dla gospodarzy) wspomniałbym pewnie więcej, gdyby nie fakt, że City zdołało ponownie wyjść na prowadzenie. O błędach Joe Harta też rozpisywać się nie muszę: przy rzucie wolnym nie miał szans na dofrunięcie do piłki bitej w okienko, a przy golu Weinmanna winiłbym nie tyle bramkarza, co zostawiających go samemu sobie obrońców i pomocników: kiedy Brad Guzan wykopnął piłkę w przód, a Kozak zgrywał ją do strzelca bramki, ośmiu zawodników MC było jeszcze na połowie gospodarzy. Wniebowzięty Paul Lambert przyznawał po meczu, że nic podobnego dotąd na treningach nie ćwiczyli.

3. Inaczej rzecz się miała w meczu MU-WBA: w przypadku tej porażki trudno mówić o przypadku, bo goście od początku postawili mistrzom Anglii wysokie wymagania. „We’ll sack who we want”, śpiewali ich kibice, nawiązując do faktu, że po meczach z West Bromwich tracili pracę Villas-Boas, di Matteo, a całkiem niedawno także Paolo di Canio. Wyjątkowo niewygodny rywal, nieprawdaż? Bez gwiazd albo z piłkarzami, którzy dopiero gwiazdami się staną (Amalfitano, Berahino), z solidną defensywą i morderczymi uderzeniami z kontry, z trenerem, który nie pęka nawet na Old Trafford, ze zdolnością strzelania fantastycznych bramek – zarówno w wyniku solowych, jak i zespołowych akcji…

W przypadku Davida Moyesa była to niewątpliwie o jedna porażka za dużo: można zrozumieć, jakkolwiek bolesną, wpadkę w derbach (Alex Ferguson całkiem niedawno przeżył boleśniejszą), można zrozumieć ligową porażkę z Liverpoolem (sir Alex brał Moyesa w obronę po tym spotkaniu), ale przegraną u siebie z WBA? Postawę obrońców, zagubionych przy obu bramkach? Łatwość, z jaką Amalfitano zakładał siatkę Ferdinandowi? Kłopoty, jakie ten ostatni miał ze znanym przecież Moyesowi z Evertonu Anichebem? Zostającego gdzieś w tyle Jonesa? Przygaszonego przez Sessegnona Carricka? Tempo gry, dalekie od standardów wyznaczonych w ciągu ostatnich sezonów? Niewielką liczbę sytuacji podbramkowych?

Jasne, ma David Moyes niewątpliwe osiągnięcia (odrodzenie Rooneya jest jednym z nich, kolejnym – coraz więcej szans dawanych młodemu Januzajowi), jasne: przed sezonem główni rywale wzmocnili się zdecydowanie bardziej, a znaczenie w manchesterskiej układance van Persiego pokazuje każdy kwadrans jego nieobecności (od 450 minut United nie strzela goli z gry!). Są jednak kwestie, których rozwiązania można by od szkockiego menedżera oczekiwać. Np. organizacji gry obronnej pod nieobecność Vidicia, przyznania wreszcie, że jeśli ma mieć pożytek z Kagawy, to grającego za plecami głównego napastnika, albo nauczenia Naniego szybszego pozbywania się piłki, kiedy drużyna wreszcie ma okazję do przeprowadzenia szybkiego ataku. O tym, że Anderson nigdy nie był i nie będzie piłkarzem na miarę mistrzów Anglii, chyba nie trzeba nikogo przekonywać.

Kiedy poprzednim razem MU zaczynał sezon w podobnym stylu, w przełomowym skądinąd dla Aleksa Fergusona 1989 roku, fani tego klubu nie byli aż tak rozpuszczeni, jak w ciągu następnych dekad. Wtedy miejsce w dolnej połówce tabeli było zaledwie bolesne, dziś jest szokujące. Patrząc na sukcesy Arsenalu po sprowadzeniu Mesuta Ozila wypada powtórzyć: dyrektor Woodward mógł letnie okienko transferowe rozegrać o niebo lepiej. Co musi martwić, to spuszczone po drugim golu głowy zawodników MU – jakby ulotnił się gdzieś duch tamtego, grającego do ostatnich sekund „Fergie time”, zespołu.

4. Jako kibic Tottenhamu wolałbym oczywiście inny scenariusz: to Jose Mourinho ustawia swoją drużynę lepiej przed rozpoczęciem spotkania, osiąga przewagę w pierwszej połowie, niechże nawet będzie – wychodzi na prowadzenie, potem jednak lepiej reaguje Andre Villas-Boas, a dokonana przezeń zmiana odmienia także losy spotkania. Tak przecież, najkrócej jak się da, można streścić to spotkanie. Gospodarze dominują w pierwszej połowie, wygrywając fizycznie i, by tak rzec, koncepcyjnie, bój o środek pola, z powodzeniem realizując ćwiczone już schematy (rozegranie w trójkącie Eriksen-Soldado-Sigurdsson, dające pierwszego gola – wariant podobnej akcji przeciwko Norwich) i stwarzając kolejne sytuacje do pognębienia rywali – zwłaszcza ostatniej, uderzenia Paulinho w boczną siatkę tuż przed przerwą, żałują dzisiaj.

Po przerwie bowiem, wciąż przy stanie 1:0, na boisku pojawi się Juan Mata i odmienia losy meczu. Grający dotąd na prawej stronie Ramires wraca do środka, gdzie teraz bój staje się wyrównany, a pilnowany uważniej przez Brazylijczyka Eriksen gaśnie (zobaczcie, ile był przy piłce Duńczyk w drugiej połowie – w porównaniu z Matą), Oscar, preferowana dotąd przez Mourinho „dziesiątka” wędruje na lewą stronę, zaś Mata zaczyna uruchamiać podaniami grającego znakomity mecz Torresa. Villas-Boas, owszem, reaguje, ale nie próbując odzyskać kontroli nad meczem, tylko raczej zwiększając asekurację – tym tłumaczę np. wprowadzenie Chadliego w miejsce Townsenda i pozostawienie do końca na ławce Lameli (pytanie, czy jeśli już, to nie powinien wejść Sandro, żeby pilnować Maty troskliwiej, niż potrafili to robić Dembele czy Paulinho?). Wyrównanie pada ostatecznie ze stałego fragmentu gry, ale także z gry Chelsea miała świetne okazje.

Przed długi czas ozdobą meczu były pojedynki Torresa z Vertonghenem. Belgijski obrońca Tottenhamu znakomicie się ustawia, trafia ze wślizgami, fauluje rzadko i z daleka od bramki (zobaczcie załączony obrazek) oraz świetnie radzi sobie z piłką, bywa więc dla napastników irytującym rywalem. W jakimś sensie nie dziwię się Hiszpanowi, że sfrustrowany kolejną sytuacją, w której obrońca zdążył do piłki przed nim, poszedł na konfrontację i podczas wymiany zdań przy linii końcowej… podrapał go po twarzy. Powtórzmy: Torres grał w tym meczu znakomicie, jego ruch bez piłki i podania rozprowadzające kolegów imponowały, bardzo chciał się wykazać, ale trafił na godnego siebie rywala. Z pewnością mógł i powinien za to drapanie wylecieć – sędziowie wiedzą, że teoretycznie mogą pokazać czerwoną kartkę za każde dotknięcie twarzy przeciwnika.

Nie był to pierwszy błąd Mike’a Deana w tym spotkaniu: symbolem nienadążania przezeń za wydarzeniami na boisku było przecięcie przez nogi arbitra jednej z dobrze zapowiadających się akcji Tottenhamu i rozpoczęcie kontrataku Chelsea. Nie był to też błąd ostatni: w pierwszym starciu z Vertonghenem Torres powinien dostać czerwoną kartkę, ale w kolejnym nie powinien otrzymać drugiej żółtej. Owszem, podczas walki w powietrzu napastnik gości machnął pięścią przed twarzą obrońcy, ale nie trafił, zaś upadek rywala był mocno teatralny. W sumie pozostaje niesmak: jeden przegiął z drapaniem, drugi z udawaniem, a przecież wszystko, co między nimi miało cechy rywalizacji sportowej, zasługiwało na szczery pomeczowy uścisk dłoni godnych siebie rywali. Coś jak w przypadku Villas-Boasa i Mourinho.

 

Różnica klas

Już sam nie wiem, co najdziwniejsze. Czy to, że drużyna, która zmiażdżyła Manchester United, przed miesiącem przegrała z Cardiff – tym samym, które pozwoliło dziś Tottenhamowi na 29 strzałów na swoją bramkę? Czy to, że jednym z kluczy do zwycięstwa okazał się Samir Nasri, wraz z obiegającym go, zwłaszcza w pierwszej połowie Aleksandrem Kolarowem? Czy to, że Nemanja Vidić z Rio Ferdinandem mieli aż takie kłopoty z upilnowaniem Aguero i Negredo? Czy to, że tylko jedna z tych drużyn robiła wrażenie zespołu z czołówki Premier League? Doprawdy, przez dłuższy czas można było odnieść wrażenie, że przypominany przed meczem na wielkich ekranach Etihad pogrom w derbach sprzed dwóch lat stanie się ciałem także i przy tej okazji.

Pomocnicy podający w poprzek, oblegani obrońcy i pozbawieni wsparcia napastnicy… Jak słusznie zauważył w komentarzu dla Sport.pl Michał Zachodny, problem Manchesteru United leżał w środku pola, gdzie dzielił i rządził najlepszy na boisku Yaya Toure, a kompletnie nie radził sobie podobny mu posturą, zbyt głęboko jednak ustawiony, jak na swoje naturalne instynkty, Marouane Fellaini. Ale City zdominowało także boczne sektory – temat za czasów Roberto Manciniego nieobecny, a już zwłaszcza w konfrontacji ze świetnie zazwyczaj atakującym skrzydłami MU. Przecież nie mówimy tylko o duecie Kolarowa (gdzie był Valencia przy jego rajdzie, dającym piłkarzom Pellegriniego prowadzenie?) ze schodzącym do środka i zwiększającym tam przewagę MC Nasrim (zobaczcie, gdzie przyjmował piłkę i skąd ją oddawał), ale także o szybkim Navasie…

Napisałem słowo „szybkim” i zastanowiło mnie ono, bo w zasadzie o każdym piłkarzu gospodarzy można by powiedzieć, że był szybszy od swojego bezpośredniego rywala. W zasadzie o każdej akcji MC można by też powiedzieć, że przebiegała płynniej od akcji MU. Przykro było patrzeć zwłaszcza na Wayne’a Rooneya, którego powrotowi do drużyny poświęciłem parę zdań na Sport.pl: jego niekłamana ambicja i heroiczne, aczkolwiek skutkujące faulami wysiłki, nie znajdowały wsparcia kolegów, co więcej: Kompany i Fernardinho potrafili zrobić z nim coś, co nie udawało się Fellainiemu i Vidiciowi z Aguero, a mianowicie ograniczyć mu przestrzeń między liniami. David Moyes przesadził chyba, mówiąc po meczu, że jego krnąbrny napastnik był najlepszy na boisku, a na pewno przesadził sugerując, że gdyby van Persie był zdrowy, rzeczy miałyby się inaczej, zwłaszcza że także obrona MC – z Kompanym i Zabaletą – zagrała dziś perfekcyjnie. Zobaczcie na liczbę udanych interwencji tego ostatniego – wiele mówi ona również o występie Younga…

Mam jeszcze znęcać się nad ustawieniem defensywy MU przy rzucie rożnym? Mówić o katordze, jaką Vidiciowi sprawił Negredo? O tym, jak mający braki szybkościowe Ferdinand z Vidiciem cofali się coraz głębiej i głębiej, stwarzając rywalom jeszcze więcej wolnej przestrzeni? Zastanawiać się nad przyczynami, dla których Moyes nie zdecydował się na dokonanie zmian już w przerwie? A może porzucić ten temat, skoro żadnej zmiany mogącej odmienić losy meczu nie dałoby się chyba wymyślić? Cleverley pojawił się na boisku, a Evra i Smalling podeszli wyżej, angażując się w nieśmiałe próby wywalczenia przynajmniej honorowego gola, kiedy było już po wszystkim…

David Moyes w swoich pierwszych pięciu meczach zdobył siedem punktów na piętnaście możliwych. Nie jest to powód do rozpaczy, zważywszy że musiał grać z MC, Liverpoolem, Chelsea i Swansea: w pozostałych 33 kolejkach okazji do odrobienia strat będzie mnóstwo, a wspomniana wpadka MC z Cardiff pokazuje, że gospodarzom słabszy dzień może się zdarzyć również w przyszłości. Nie chciałbym jednak dzisiejszej porażki bagatelizować: oglądam jeszcze raz kluczowe fragmenty tego spotkania, utwierdzając się w przekonaniu, że tu w zasadzie nie ma czego komentować.

Różnica klas jasna jak na dłoni… Co zapamiętam jeszcze z tej kolejki? Trzy asysty Ozila i potrójną interwencja Mignoleta, która wszak nie uratowała Liverpoolu przed porażką. Mądrze broniący prowadzenia na Anfield Road Southampton. Piętę Paulinho i ekstazę piłkarzy Tottenhamu w doliczonym czasie gry meczu Tottenhamu w Cardiff. Paolo di Canio, gestykulującego po raz ostatni w stronę kibiców Sunderlandu. Pomeczowe przemówienie Jose Mourinho do telewidzów Sky Sports, ze szczególnym uwzględnieniem Jamiego Redknappa – ale też Juana Matę, niemieszczącego się nawet na ławce rezerwowych jego drużyny. Najlepszego z napastników Chelsea, strzelającego bramkę dla… Evertonu. Rzuty wolne Bainesa. Piękne i niespodziewane zwycięstwo Hull nad Newcastle. Tak naprawdę była to Premier League w całej krasie. Jak policzki Davida Moyesa po jego pierwszych derbach.

Koniec miesiąca miodowego

Za Rafy Beniteza wyglądało to lepiej. Głęboko heretyckie zdanie, ale trudno go nie wygłosić po świadkowaniu, nie pierwszy już raz w tym sezonie, męczarniom Chelsea. Równocześnie trudno nie uznawać wszelkich narzucających się wniosków za przedwczesne. Że dwie porażki z rzędu, a wcześniej remisy? Że Mata wciąż na ławce lub z ławki? Że żaden z napastników nie przekonuje, a ten, który ewentualnie mógłby przekonać – został oddany do Evertonu? Że kiedy trzeba płynnie rozgrywać akcję, idzie to zaskakująco źle, jeśli zsumować kreatywność zawodników tej klasy, co Hazard, Oscar czy Willian?

Angielska prasa bywa w takich sytuacjach bezlitosna: zaczyna wyliczanie, kiedy to mianowicie ostatni raz tak słabo wystartowali, porównuje wczorajszą porażkę do ostatniego meczu Chelsea pod Mourinho przed TAMTYM zwolnieniem z pracy, przypomina, że kiedy gospodarze poprzedni raz przegrali u siebie w fazie grupowej Ligi Mistrzów, to Wyjątkowy był jeszcze szkoleniowcem Porto, zauważa sporadyczne gwizdy i buczenia, a w końcu wytyka menedżerowi, że przy całej narracji o „jajkach, które musi wysiadywać”, średnia wieku drużyny wynosiła w tym meczu prawie 28 lat. Oczywiście Mourinho jest wystarczająco szczwany, żeby nie ulec presji, zwłaszcza że zwycięstwo w zbliżającym się meczu z Fulham wydaje się formalnością. Ma również (początek meczu w wykonaniu Williana, ruch bez piłki Eto’o, a zwłaszcza kolejne świetne spotkanie Oscara) powody do zadowolenia. Gdyby tylko raz na zawsze zdołał nam wytłumaczyć, dlaczego najwybitniejszego zawodnika Chelsea Przed Jego Ery, Juana Matę, niewątpliwie najlepszego z grających „między liniami” (co wczoraj okazało się kluczem do sukcesu), uporczywie traktuje jako rezerwowego…

Każdy, kto widział męczarnie Tottenhamu z FC Basel w ubiegłym sezonie Ligi Europejskiej, i kto pamiętał, jakie warunki Szwajcarzy postawili Chelsea w półfinale tamtych rozgrywek, nie powinien być zdziwiony, że podopiecznym Mourinho grało się wczoraj trudno. Z moich fiszek wynika, że Strellerem, Salahem i Stockerem zachwycałem się już w kwietniu, zwłaszcza pierwszej dwójce wróżąc nieodległą przyszłość w Premier League. Teraz dodałbym pewnie zdanie, że w zimowym okienku transferowym niechybnie ktoś się zgłosi po Salaha – dodałbym, gdyby nie przeczucie, że wiosną jego drużyna może jeszcze grać w Lidze Mistrzów. Zaiste: Chelsea nie trafiła na łatwych rywali, a trener Yakim adaptował się do zmieniających warunków (głęboko heretyckie zdanie numer dwa) szybciej niż Jose Mourinho. Początkowo przynajmniej na skrzydłach gospodarze znajdowali nieco miejsca na rozegranie – to wtedy Willian raz czy drugi zamieszał Behrangiem Safarim, później jednak skończyło się i to. W dodatku nie sposób powiedzieć, że goście „zaparkowali autobus” przed własnym polem karnym: owszem było gęsto, ale natychmiast kiedy Stocker zdołał odebrać piłkę któremuś z rywali błyskawicznie adresował ją do Salaha, a ten jeszcze szybciej przenosił akcję w okolice pola karnego Chelsea. Był taki moment, we względnie wczesnej fazie meczu, gdy rozpędzony skrzydłowy z Egiptu założył siatkę trzem kolejnym piłkarzom gospodarzy i dopiero ten trzeci musiał ratować się faulem.

Gospodarze znaleźli właściwy rytm tylko na kilka minut po przerwie. W większości przypadków kiedy udawało im się odebrać piłkę Szwajcarom, zamiast spodziewanego podkręcenia tempa, szybkiego znalezienia podaniem Hazarda czy Williana, a potem wykorzystania inteligentnych ruchów bez piłki Samuela Eto’o, wszystko zaczynało buksować – po części z powodu kłopotów van Ginkela z przyjęciem piłki. Piłkarze Basel – przyznajmy to – byli jednak zbyt cwani, żeby samemu atakować dużą liczbą zawodników i odsłonić z tyłu więcej wolnej przestrzeni. Oscar owszem, dwoił się i troił, żeby jakoś ją wytworzyć, ale kiedy zdobył wreszcie gola, był to zaledwie pierwszy celny strzał na bramkę Sommera. Prowadzenie objęte w idealnym momencie, na puentę niesatysfakcjonującej pierwszej połowy, nie wystarczyło jednak do zbudowania czegokolwiek w drugich 45 minutach. Bazylea w tym czasie cierpliwie grała swoje, aż w końcu udało jej się przeprowadzić zdecydowanie najładniejszą akcję meczu, zakończoną golem Salaha (w niewiele brzydszej próbie z pierwszej połowy strzał Egipcjanina udało się jeszcze zablokować). Druga bramka dla gości, z punktu widzenia perfekcyjnie przygotowującego sesje treningowe Jose Mourinho była kompromitująca: niepilnowany krótki słupek, odpuszczone krycie przy rzucie rożnym w strefie, za którą odpowiadali Cahill i Demba Ba –  to nie tak miało wyglądać.

Cokolwiek sądzić o Benitezie, chyba nigdy podczas pobytu w Chelsea nie mówił o swojej drużynie, że brakuje jej dojrzałości i osobowości. Cokolwiek sądzić o mnie, nie zamierzam jednak dołączać do tych, którzy produkują teraz kaskady dowcipów na temat „jajek Mourinho”. Oczywiście jak na standardy Wengera, a ostatnio też Villas-Boasa, trener Chelsea wystawił drużynę wyjątkowo dojrzałą, poza van Ginkelem wszyscy jej członkowie zdążyli już zdobyć doświadczenie w meczach Champions League, o wygrywaniu tych rozgrywek nie wspominając. Z drugiej strony: to dopiero pierwszy mecz w Lidze Mistrzów, Eto’o zacznie w końcu strzelać, a Mourinho dobierze mu najlepszych partnerów. Owszem, skończył się miesiąc miodowy, ale – jak niektórzy z nas wiedzą – koniec miesiąca miodowego nie oznacza rozpadu małżeństwa.