Archiwa kategorii: Bez kategorii

Wpis zastępczy

Zdarza się niezwykle rzadko – zdarzyło się bodaj raz w ciągu ostatnich czterech sezonów – żebym odpuścił niedzielnowieczorne blogowanie o Premier League. W związku z weekendem majowym i wydaniem podwójnego numeru „Tygodnika Powszechnego” nadarzyła się jednak wyjątkowa okazja wypadu w góry: ponieważ w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin nie oglądałem żadnego meczu, trudno żebym się teraz wymądrzał na temat spadku QPR i Reading, straconych dwóch punktów Tottenhamu (życzliwi informowali mnie na Twitterze, po tym jak wyznałem, że dzięki nieoglądaniu końcówki meczu z Wigan dłużej pożyję, iż sama ostatnia minuta doliczonego czasu gry kosztowałaby mnie rok…) albo wywalczonego w starciu z nowym mistrzem Anglii punktu Arsenalu. Obiecuję nadrobić zaległości i stosowny wpis zamieścić jutro, a już dziś czekam na Wasze opinie, zapraszając przy okazji do lektury wywiadu, który dla portalu iGol.pl przeprowadził ze mną Kuba Machowina. Jest trochę o piłce, trochę o dziennikarstwie, trochę o mającej się wkrótce ukazać książce i trochę o życiu. Może starczy na wpis zastępczy?

Łzy kibica

ja, owszem, będę płakał po Queens Park Rangers. Inaczej niż Michał Zachodny, choć – o paradoksie – wychodząc z podobnych przesłanek. Nie ze względu na sentyment do Harry’ego Redknappa, który przecież przyjmując propozycję Tony’ego Fernandesa świetnie wiedział, co robi, a i kontrakt, który wynegocjował, z pewnością do skromnych nie należał. Nie ze względu na grupę zawodników, wśród których wielu zdążyło się wypalić w poprzednich klubach, a ze wszystkich umiejętności związanych z profesjonalnym futbolem przy Loftus Road imponowało jedynie pieczołowitością przy podpisywaniu kwitków z wypłatami. Z pewnością także nie ze względu na ekscentrycznego właściciela, szastającego pieniędzmi populistę, wdającego się z kibicami w niepotrzebne dyskusje na Twitterze. Rzecz w tym, że kiedy myślę o losie takich klubów, wciąż odzywa mi się w głowie wyznanie Davida Conna, skądinąd kibica Manchesteru City, o tym, że w chwili sensacyjnego triumfu tej drużyny w ostatniej minucie ostatniego sezonu, ronił łzy nie tyle wzruszenia z powodu jej powrotu na tron, co „w nagłym powrocie dzieciństwa, w którym tak bardzo kochałem swój klub i nigdy nie myślałem, że ktokolwiek inny może być jego właścicielem”.
Chodzi mi więc o ludzi na dobre i złe związanych z klubem; ludzi, którzy odwiedzali Loftus Road może nawet na kilkadziesiąt lat przed pojawieniem się tam Tony’ego Fernandesa z jego górą pieniędzy, lokowanych tak absurdalnie w tygodniówce pana Bosingwy. O ludzi, którzy wiedzą równie dobrze jak Michał Zachodny czy ja, że z takim stosunkiem budżetu płacowego do obrotów, przy takich perspektywach dochodów z innych źródeł niż portfel właściciela (maleńki stadion, marne perspektywy globalnej, komercyjnej ofensywy), jedyną szansą na przetrwanie ich ukochanego klubu jest tenże Tony Fernandes. Nawet przy założeniu, że ziści się scenariusz utrzymania w Premier League (dziś równie prawdopodobny jak to, że Manchester United nie zostanie mistrzem Anglii) i pieniądze z nowej umowy telewizyjnej popłyną jeszcze szerszym strumieniem, obecnego Queens Parku po prostu nie da się prowadzić bez nieustającego wsparcia z kieszeni multimilionera. Co będzie, jeśli poirytowany jakąś jedną czy drugą wpadką, rozczarowany brakiem sukcesów albo cierpiący na skutek biznesowych niepowodzeń na innych frontach Malezyjczyk zakręci kurek z pieniędzmi? Porównanie z Chelsea jest o tyle nietrafione, że Chelsea ma już wystarczającą markę, by dać sobie radę bez Romana Abramowicza…
Rzeczywiście QPR ma wszelkie dane, by powtórzyć los Leeds czy Portsmouth, rzeczywiście jest fatalnie zarządzany, a zimowe zakupy były nie pierwszymi w najnowszej historii klubu aktami paniki, dokładanymi do serii błędów popełnionych latem i w trakcie sezonów poprzednich. Problem w tym, że w razie katastrofy ofiarą tych błędów nie padną ani zawodnicy – chronieni kontraktami, gwarantowanymi dodatkowo przez związek zawodowy, ani Harry Redknapp, który od trudnych pytań wykręci się jednym czy dwoma gorzkimi żartami zza szyby samochodu. Ucierpią kibice. Wciąż pamiętam, że w przypadku takiego Accrington Stanley, które na skutek kłopotów finansowych w 1962 roku musiało wycofać się z rozgrywek ligowych, upadło w 1966 i zostało powołane do życia na nowo przez fanów w 1968 – powrót do profesjonalnej Football League zajął prawie pół wieku.
Myślę o kibicach QPR tym bardziej, że wczoraj nie musieli cierpieć. Występ ich ulubieńców w pierwszej połowie meczu z AV nie był występem drużyny pogrążonej w sytym letargu: napędzani przez Loica Remy’ego i Androsa Townsenda (nie przydałby się Tottenhamowi na skrzydle, gdy kontuzjowany jest Aaron Lennon?) goście mieli co najmniej trzy świetne okazje na podwyższenie prowadzenia, ale Brad Guzan bronił jak natchniony. Swój pierwszy groźny atak Villa wyprowadziła dopiero w 46. minucie i… schodziła na przerwę nie pamiętając już o tym, jak wcześniej była łomotana. Przeziębiony Zamora nie wrócił na drugą połowę, a wraz z nim ulotniła się także koncepcja gry, w której będącego na szpicy Anglika wspierała wspomniana dwójka, wraz z resztą drużyny aktywnie angażująca się także w pressing. Teraz Queens Park postawił na grę z kontry, zawodnicy cofnęli się na własną połowę, boczni obrońcy AV zyskali więcej miejsca, z czasem robiło się także coraz bardziej nerwowo… Kiedy się mówi o odpadnięciu angielskich drużyn z Ligi Mistrzów, warto mieć w tyle głowy mecze takie jak ten: emocjonujące do granic możliwości, ale budujące napięcie na kaskadzie pomyłek. Zawodników Aston Villi usprawiedliwia przynajmniej młody iek…
A skoro wspomnieliśmy o Lidze Mistrzów bez Anglików (Beckhama wyjąwszy): to jeden z licznych tematów niepodjętych w ciągu minionego tygodnia. Konklawe i przyspieszony termin druku nowego numeru „TP” kosztowały mnie nienapisane blogi o meczach Barcelony z Milanem i Bayernu z Arsenalem (za nieobejrzane spotkanie Inter-Tottenham jestem właściwie wdzięczny), a stan, w jakim się obecnie znajduję, przypomina nieco stan Tottenhamu po porażce z Fulham na własnym boisku. Muszę się otrząsnąć.

A ja, owszem, będę płakał po Queens Park Rangers. Inaczej niż Michał Zachodny, choć – o paradoksie – wychodząc z podobnych przesłanek. Nie ze względu na sentyment do Harry’ego Redknappa, który przecież przyjmując propozycję Tony’ego Fernandesa świetnie wiedział, co robi, a i kontrakt, który wynegocjował, z pewnością do skromnych nie należał. Nie ze względu na grupę zawodników, wśród których wielu zdążyło się wypalić w poprzednich klubach, a ze wszystkich umiejętności związanych z profesjonalnym futbolem, przy Loftus Road imponowało jedynie pieczołowitością przy podpisywaniu kwitków z wypłatami. Z pewnością także nie ze względu na ekscentrycznego właściciela, szastającego pieniędzmi populistę, wdającego się z kibicami w niepotrzebne dyskusje na Twitterze. Rzecz w tym, że kiedy myślę o losie takich klubów, wciąż odzywa mi się w głowie wyznanie Davida Conna, skądinąd kibica Manchesteru City, o tym, że w chwili sensacyjnego triumfu tej drużyny w ostatniej minucie ostatniego sezonu, ronił łzy nie tyle wzruszenia z powodu jej powrotu na tron, co „w nagłym powrocie dzieciństwa, w którym tak bardzo kochałem swój klub i nigdy nie myślałem, że ktokolwiek inny może być jego właścicielem”.

Chodzi mi więc o ludzi na dobre i złe związanych z klubem; ludzi, którzy odwiedzali Loftus Road może nawet na kilkadziesiąt lat przed pojawieniem się tam Tony’ego Fernandesa z jego górą pieniędzy, lokowanych tak absurdalnie w tygodniówce pana Bosingwy. O ludzi, którzy wiedzą równie dobrze jak Michał czy ja, że z takim stosunkiem budżetu płacowego do obrotów, przy takich perspektywach dochodów z innych źródeł niż portfel właściciela (maleńki stadion, marne perspektywy globalnej, komercyjnej ofensywy), jedyną szansą na przetrwanie ich ukochanej drużyny jest tenże Tony Fernandes. Nawet przy założeniu, że ziści się scenariusz utrzymania w Premier League (dziś równie prawdopodobny jak to, że Manchester United nie zostanie mistrzem Anglii) i pieniądze z nowej umowy telewizyjnej popłyną jeszcze szerszym strumieniem, obecnego Queens Parku po prostu nie da się prowadzić bez nieustającego wsparcia z kieszeni multimilionera. Co będzie, jeśli poirytowany jakąś jedną czy drugą wpadką, rozczarowany brakiem sukcesów albo cierpiący na skutek biznesowych niepowodzeń na innych frontach Malezyjczyk zakręci kurek z pieniędzmi? Porównanie z Chelsea jest o tyle nietrafione, że Chelsea ma już wystarczającą markę, by dać sobie radę bez Romana Abramowicza…

Rzeczywiście QPR ma wszelkie dane, by powtórzyć los Leeds czy Portsmouth, rzeczywiście jest fatalnie zarządzany, a zimowe zakupy były nie pierwszymi w najnowszej historii klubu aktami paniki, dokładanymi do serii błędów popełnionych latem i w trakcie sezonów poprzednich. Problem w tym, że w razie katastrofy ofiarą tych błędów nie padną ani zawodnicy – chronieni kontraktami, gwarantowanymi dodatkowo przez związek zawodowy, ani Harry Redknapp, który od trudnych pytań wykręci się jednym czy dwoma gorzkimi żartami zza szyby samochodu. Ucierpią kibice. Wciąż pamiętam, że w przypadku takiego Accrington Stanley, które na skutek kłopotów finansowych w 1962 roku musiało wycofać się z rozgrywek ligowych, upadło w 1966 i zostało powołane do życia na nowo przez fanów w 1968 – powrót do profesjonalnej Football League zajął prawie pół wieku.

Myślę o kibicach QPR tym bardziej, że wczoraj nie musieli cierpieć. Występ ich ulubieńców w pierwszej połowie meczu z AV nie był występem drużyny pogrążonej w sytym letargu: napędzani przez Loica Remy’ego i Androsa Townsenda (nie przydałby się Tottenhamowi na skrzydle, gdy kontuzjowany jest Aaron Lennon?) goście mieli co najmniej trzy świetne okazje na podwyższenie prowadzenia, ale Brad Guzan bronił jak natchniony. Swój pierwszy groźny atak Villa wyprowadziła dopiero w 46. minucie i… schodziła na przerwę nie pamiętając już o tym, jak wcześniej była łomotana. Przeziębiony Zamora nie wrócił na drugie 45 minut, a wraz z nim ulotniła się także koncepcja gry, w której będącego na szpicy Anglika wspierała wspomniana dwójka, wraz z resztą drużyny aktywnie angażująca się także w pressing. Teraz Queens Park postawił na grę z kontry, zawodnicy cofnęli się na własną połowę, boczni obrońcy AV zyskali więcej miejsca, z czasem robiło się także coraz bardziej nerwowo… Kiedy się mówi o odpadnięciu angielskich drużyn z Ligi Mistrzów, warto mieć w tyle głowy mecze takie jak ten: emocjonujące do granic możliwości, ale budujące napięcie na kaskadzie pomyłek. Zawodników Aston Villi usprawiedliwia przynajmniej młody wiek…

A skoro wspomnieliśmy o Lidze Mistrzów bez Anglików (Beckhama wyjąwszy): to jeden z licznych tematów niepodjętych w ciągu minionego tygodnia. Konklawe i przyspieszony termin druku nowego numeru „TP” kosztowały mnie nienapisane blogi o meczach Barcelony z Milanem i Bayernu z Arsenalem (za nieobejrzane spotkanie Inter-Tottenham jestem właściwie wdzięczny), a stan, w jakim się obecnie znajduję, przypomina nieco stan Tottenhamu po porażce z Fulham na własnym boisku. Muszę się otrząsnąć.

Wieża Babel

No to teraz trzeba tylko wygrać z Newcastle i QPR. Tylko? Są tacy, którzy mówili przed meczem, że United przegra na Etihad, ale i tak będzie mistrzem. Czy powtórzyliby swoją teorię teraz, w oparciu o to, jak zagrały obie drużyny w poniedziałkowy wieczór? Jasne: ten sezon, jak żaden w historii Premier League, obfitował w niewiarygodne zwroty akcji (sam przed miesiącem w sposób niezwykle przekonujący uzasadniałem, dlaczego piłkarze Manciniego nie sięgną po tytuł…), ale dziś wypada przyznać: jest w Manchesterze klub prezentujący mistrzowską formę. I nie jest to klub Alexa Fergusona.

To nie była tylko kwestia ostrożnej taktyki (z ukrytym założeniem gry na remis) czy doboru ludzi odpowiedzialnych za jej realizację: czemu Nani, a nie Valencia, dlaczego Park zamiast Welbecka lub zamiast Giggsa, jeśli już menedżer MU nie chciał zrezygnować ze sprawdzonego tylekroć w meczach o wielką stawkę Koreańczyka… To była także kwestia wyraźnego zmęczenia, dekoncentracji i prostych błędów – przydarzających się nawet Rooneyowi (a pamiętacie fatalne dośrodkowanie przez nikogo nieatakowanego Jonesa?). Może także kwestia pecha: generalnie bardzo dobry w tym roku Evans nie mógł wystąpić z powodu kontuzji, jego miejsce zajął niegrający od dwóch miesięcy Smalling, no i ten właśnie zawodnik zagapił się przy kryciu Kompany’ego w 46. minucie. Szybkość, siła, świetne odnajdywanie miejsca między liniami MU przez Nasriego i Silvę, rozciąganie defensywy mistrzów Anglii przez pracowitych Teveza i Aguero, Zabaleta wykorzystujący hektary wolnego pola, zostawianego po lewej stronie MU przez schodzącego do środka Giggsa – dużo atutów było dziś po stronie MC.

Zaiste: gospodarze musieli ten mecz wygrać. Ale wygrać chcieli, i wiedzieli, jak to zrobić. Trudno o większy kontrast, niż ten między nieruchawymi Scholesem i Carrickiem w drugiej linii MU a Yaya Toure, z łatwością stającym za tamtych dwóch w pomocy MC. Trudno o lepszy sposób na pokazanie krytykom, na co naprawdę ich stać, niż ten, który wybrali Samir Nasri czy Carlos Tevez. Wszyscy: od Aguero po mającego być podobno najsłabszym ogniwem w zespole gospodarzy Clichy’ego, mają swój udział w tym zwycięstwie; wszyscy poza Hartem, bo goście nie oddali na jego bramkę ani jednego celnego strzału.

Myślałem przed spotkaniem o tym, jak długo jeszcze Alex Ferguson będzie potrafił powstrzymywać „hałaśliwych sąsiadów”. Przy wszystkich jakże słusznych uwagach krytycznych na temat kosmicznych pieniędzy wpompowanych przez szejków w Manchester City, wypada zauważyć, że są to pieniądze inwestowane o niebo rozsądniej niż, powiedzmy, przez Abramowicza w Chelsea. Klub buduje supernowoczesny ośrodek treningowy, ma fachowców w zarządzie i na zapleczu pierwszej drużyny, właściciele trzymają się tego samego menedżera już dwa i pół roku, i nawet w ciągu ostatnich kilku dni potrafili wytworzyć wokół niego atmosferę względnego komfortu. Klocek do klocka, ta wielojęzyczna wieża Babel (arabscy właściciele, włoski menedżer, napastnicy z Argentyny, klub z Anglii itd.) robi się coraz wyższa: przed rokiem awans do Ligi Mistrzów, teraz co najmniej drugie miejsce… Jeśli zdobędą mistrzostwo Anglii, oznaczać to będzie przełom nie tylko psychologiczny. Za rok, z jeszcze mocniejszym składem… no dobra, nie chcę się zagalopować po raz kolejny, bo naprawdę wcześniej trzeba wygrać z Newcastle.

Być może więc rację mieli ci, co mówili, że MU przegra na Etihad, ale i tak będzie mistrzem. Być może będziemy jeszcze mówić o kunszcie szkockiego menedżera, który sięgnął po tytuł nawet w czasie tak gruntownej przebudowy drużyny. Na razie jednak widzimy jego poszarzałą twarz i po raz kolejny opędzamy się od wrażenia, jakby projekt Fergusona z wolna, ale w sposób nieodwracalny, wytracał impet. Przegrane dwa finały Ligi Mistrzów i przedwczesne odpadnięcie z tych rozgrywek w bieżącym sezonie, straszliwe baty od MC na Old Trafford, wypuszczona w końcówce meczu z Evertonem dwubramkowa przewaga, a dziś bolesne wrażenie, że cechy, którymi zwykle opisuje się jego zespół: determinacja, zaangażowanie, waleczność itd., zostały przejęte przez rywala…

Jak budowano Manchester City? “Chodźcie, wyrabiajmy cegłę i wypalmy ją w ogniu. A gdy już mieli cegłę zamiast kamieni i smołę zamiast zaprawy murarskiej,
rzekli: Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba”. Po awanturach z Tevezem czy Balotellim wydawało się, że ktoś pomieszał im języki, ale dali sobie radę.

Zostały jeszcze dwa piętra.

Hodgson: wiele hałasu o nic

Przygotujcie się na burzę, jeśli nie teraz, to z pewnością po mistrzostwach Europy. Roy Hodgson, nie Harry Redknapp i nie Alan Pardew. Roy Hodgson, nie Pep Guardiola, Jose Mourinho czy Arsene Wenger. I nie Stuart Pearce, rzecz jasna. FA zdecydowała, że posadę trenera reprezentacji zaproponuje menedżerowi West Bromwich Albion; człowiekowi, który stosunkowo niedawno poniósł spektakularną porażkę w Liverpoolu, ale który później zapewnił West Bromwich dwa kolejne utrzymania w lidze, a wcześniej to samo zrobił z Fulham, z którym zaliczył również pucharową przygodę życia. Jego kariera trenerska jest oczywiście dużo bogatsza niż tych kilkadziesiąt miesięcy: zaczyna się w połowie lat 70. w Szwecji, jednym z przystanków jest Mediolan, gdzie Hodgson trafia z Interem do finału Pucharu UEFA, ale w kontekście dzisiejszej decyzji kluczowe jest doświadczenie i względne sukcesy podczas pracy z kilkoma reprezentacjami.

To ono zapewne przeważyło, kiedy działacze FA porównywali Hodgsona z Redknappem: menedżer WBA był już na mistrzostwach świata ze Szwajcarami (na mundialu w USA poszło mu całkiem nieźle, jak na możliwości tego małego kraju: wyszedł z grupy) i wywalczył z nimi awans na mistrzostwa Europy. Wie, czym się różni bycie z piłkarzami dzień w dzień przez dziesięć miesięcy od oglądania ich przez paręnaście dni w roku; wie także, jak to jest być z nimi podczas wielkiego turnieju.

Był zapewne również drugi argument: finansowy. Kontrakt Hodgsona w West Bromwich dobiega końca – nie trzeba więc będzie płacić klubowi potężnej rekompensaty, co z pewnością miałoby miejsce w przypadku Tottenhamu i Redknappa. Wiem, że ta kupiecka strategia jest ostatnią rzeczą, z jaką kojarzy się dumny Albion, ale bądźmy szczerzy: dumny Albion przynajmniej od czasu powieści Le Carrego to nie jest kategoria, którą powinniśmy traktować serio. Gdybyż zresztą autor „Ze śmiertelnego zimna” opisywał nie działania wywiadu, a federacji piłkarskiej… ech, to byłby dopiero Cyrk.

Czy cyrk porównywalny z tym, który w ostatnich miesiącach był udziałem Harry’ego Redknappa i Tottenhamu? W lutym menedżer Londyńczyków wydawał się pewnym kandydatem do przejęcia reprezentacji: głośno popierali go piłkarze, ciepło mówili o nim dziennikarze. Tajemnicą poliszynela było jednak to, że Redknapp nie cieszy się względami władz angielskiej piłki (z Trevorem Brookingiem skonfliktował się w West Hamie), no i trzeba przyznać, że w tzw. międzyczasie FA dostała do rąk mocne argumenty. Dwa miesące temu niewybranie Redknappa skończyłoby się medialnym linczem, dziś – po spektakularnym załamaniu formy Tottenhamu – przyjmowane jest co najwyżej wzruszeniem ramion, jeśli nie ulgą… Nie dowiemy się, oczywiście, czy decyzja FA byłaby podobna, gdyby Koguty nadal biły się o mistrzostwo i Puchar Anglii. Z drugiej strony: czy dwa nieudane miesiące mogą przekreślić wcześniejsze pasmo sukcesów, w lidze, w pucharach, a także w Lidze Mistrzów?

Nazwano już wybór Hodgsona „konserwatywnym”, nazwano „bezpiecznym”, co w gruncie rzeczy oznacza: średnim. Problem w tym, że rezygnując z walki o kolejnego wybitnego szkoleniowca z kontynentu i deklarując, że sięgną po Anglika, działacze federacji z góry skazali się na taki wybór i jeśli czegoś można żałować, to tego, że nie starczyło im odwagi na powierzenie kadry Stuartowi Pearce’owi (zrobią to wreszcie po nieudanym Euro?).

Nie odmawiam Hodgsonowi wiedzy i doświadczenia, ale myślę, że dla oceny szans jego reprezentacji kluczowy okaże się epizod liverpoolski. Przecież nie wiedzy i doświadczenia zabrakło na Anfield dawnemu trenerowi Fulham, tylko umiejętności znalezienia wspólnego języka z grupą lekko przechodzonych, ale jednak supergwiazd angielskiego futbolu. Można i trzeba krytykować taktyczne kompetencje Harry’ego Redknappa (a Hodgson to niby lepszy?), ale trudno zaprzeczyć, że z piłkarzami potrafi się dogadywać; że wytwarza świetną atmosferę, że motywuje i porywa. Wiele razy słyszałem, jak reprezentanci Anglii mówili o presji, pętającej im nogi w tunelu Wembley – jeśli w takich sytuacjach ktoś potrafiłby im pomóc, to menedżer Tottenhamu.

Anglicy przyjadą więc do Krakowa ze średnim selekcjonerem. Inna sprawa, że poza bramkarzem, może lewym obrońcą i zdyskwalifikowanym na dwa pierwsze mecze napastnikiem, oni sami są średni. Czy ktoś poza Wyspami serio uważa, że obecne pokolenie angielskich piłkarzy może osiągnąć na mistrzostwach Europy coś więcej niż wyjście z grupy?

PS O lidze jutro. Czyli dzisiaj.

Guardiola, czyli klasa

1. Dla mojego pokolenia, wczesnych roczników 70., to była najwspanialsza drużyna w historii piłki nożnej. Dwunastu apostołów Ajaxu głosiło swoją dobrą nowinę akurat wtedy, gdy przychodziliśmy na świat, o 10 lat wcześniejszą historię Realu Puskasa i di Stefano poznawaliśmy z wyblakłych książeczek, zarysowanych kolorowymi kredkami przez naszych ojców i wujów, a zespoły, których wzrost i zmierzch obserwowaliśmy już na własne oczy: Milan Sacchiego, a potem Capello, Bayern Hitzfelda, MU Fergusona (ten z końca lat 90.), Ajax van Gaala, także Barcelona Cruyffa, nie sięgnęły jednak tego poziomu.

2. To była najwspanialsza drużyna w historii piłki nożnej nie tylko dlatego, że do minionego tygodnia wydawała się niepokonana. Że grała najpiękniej. Że jej styl – którego słowem-kluczem było posiadanie piłki, ale także niestrudzona walka o odbiór po stracie, a którego symbolem była ćwiczona do znudzenia na treningach gra „w dziada” – wydawał się unikalny, zaś taktyka, ewoluująca stopniowo w stronę trójki obrońców, w tym jednego przekwalifikowanego z linii pomocy (zdarzały się mecze, w których w pierwszym składzie nie wychodził ani jeden nominalny stoper) – nowatorska. To była najwspanialsza drużyna w historii piłki nożnej także dlatego, że budowano ją niemal od podstaw we własnej szkółce i że robił to szkoleniowiec, który był krwią z jej krwi i kością z jej kości: zaczynał tu przecież jako chłopiec do podawania piłek… Trudno zresztą nie podziwiać konsekwencji klubu, który następcą Guardioli ogłasza jego dotychczasowego asystenta Tito Vilanovę, również w przeszłości wychowanka, choć o nieporównywalnie mniejszych sukcesach.

3. To jest jeden z najciekawszych momentów w historii futbolu ostatnich lat. Co stanie się z „małymi wielkimi ludźmi”, jak nazwał ich kiedyś w „Tygodniku Powszechnym” Marek Bieńczyk, bez Guardioli? Oglądałem jego pożegnalną konferencję prasową: uczestniczący w niej piłkarze wyglądali na przytłoczonych nagłym osieroceniem, załamany Messi nie był w stanie stanąć przed dziennikarzami… Geniusz trenera czy genius loci: co okaże się rozstrzygające, nie będę ryzykował odpowiedzi.

4. Spróbuję jednak odpowiedzieć na inne pytanie: co stanie się z tym niewiarygodnie utalentowanym szkoleniowcem? Pójdzie do Chelsea? Do Manchesteru City? Zostawmy na boku kwestię, czy jego przepis na sukces wiąże się z katalońskim mikroklimatem, czy będzie się dał zastosować w kulturze innego klubu (zwłaszcza angielskiego) – na mój nos Guardiola nie będzie się spieszył z podjęciem decyzji, nawet kuszony niewyobrażalnie wysokimi kontraktami. Scenariusz rocznego urlopu, wyciszenia, podróży dookoła świata itd. wydaje się realniejszy niż błyskawiczna przesiadka z jednej karuzeli na drugą – zwłaszcza w kontekście jego słów na konferencji prasowej, że od miesięcy czuł się wypalony i że o swoim odejściu powiedział Sandro Rosselowi już na początku sezonu. Jak mówił o nim Xavi: „Jeśli Pep chciałby być muzykiem, byłby dobrym muzykiem. Jeśli chciałby być psychologiem, byłby dobrym psychologiem. Chce, żeby wszystko było doskonałe. Wymaga od siebie strasznie dużo…”. „Cztery lata trenowania Barcelony to wieczność…”, „życie nie kończy się na piłce…” – to już cytaty z dzisiejszej konferencji Guardioli, a dodajmy do tego wcześniejsze żarty (?) o traceniu na wadze i łysieniu: Guardiola-profesjonalista, Guardiola-obsesjonat szczegółu, Guardiola-innowator był zmęczony.

5. Z pewnością styl, w jakim toczyła się rywalizacja z Realem Mourinho, musiał zwiększać poczucie zmęczenia futbolem (o tym zresztą również mówił) – podobnie jak choroby i operacje Abidala i Vilanovy musiały przywracać hierarchię ważności spraw. Z pewnością skala rewolucji, której wymaga np. Chelsea, woła o świeżość i pasję. W Barcelonie, w gruncie rzeczy, Guardiola rewolucjonistą być nie musiał – choć zrobił także rzeczy rewolucyjne, np. zmieniając Messiemu pozycję na boisku.

6. Padło tu nazwisko Mourinho, ale równie dobrze mogłyby paść inne: słynnych, utalentowanych i utytułowanych szkoleniowców, którzy w momencie porażki zachowywali się okropnie. Guardiola inaczej: kiedy przegrywał, pokazywał klasę. Dzisiejsza decyzja jest tego kolejnym dowodem.

7. Zostają wspomnienia. 4:0 z Wisłą. 6:2 z Realem na Bernabeu i 5:0 na Camp Nou. Gol Iniesty na Stamford Bridge. Dwa finały z Manchesterem United, ten sprzed trzech lat (pamiętacie historię motywacyjnego wideo, pokazanego przez Guardiolę piłkarzom przed meczem?) i ten sprzed roku, pojedynki z Arsenalem wreszcie. Sześć pucharów w jednym sezonie. Będzie co oglądać dziś wieczorem przy kieliszku priorat…

Zepsuli mi narrację

Zepsuli mi narrację. Najpierw wczoraj, bo przecież to miało być starcie Realu z Barceloną. Potem dzisiaj, bo przecież to miało być ostatnie starcie Chelsea Mourinho z jego Realem (za rok drużyna z Londynu nie będzie już miała tak silnego piętna Portugalczyka). W obu przypadkach zmęczenie po Gran Derbi rzucało się w oczy… W obu przypadkach szybko strzelone dwie bramki nie wystarczyły. Ba, Barcelona nie dała rady, mimo iż przez 50 minut grała w przewadze i mimo iż przez ponad godzinę na środku obrony Chelsea grał Bosingwa…

Z pewnością finał Chelsea-Bayern nie jest tym, który porusza wyobraźnię mas – także w świetle osłabień obu drużyn, spowodowanych kartkami (finał bez Terry’ego: trudno nie żałować, mając w pamięci wydarzenia z Moskwy, ale też kapitan Chelsea zachował się wczoraj idiotycznie…). Co charakterystyczne: kluby z Londynu i Monachium nie walczą już o mistrzostwo w swoim kraju (Real i Barcelona do soboty walczyły…). A w przypadku Chelsea mamy do czynienia z powtórką z historii w tym sensie, że do finału Ligi Mistrzów wprowadzają ją trenerzy dość w sumie anonimowi. Jasne: di Matteo był świetnym piłkarzem, ale jako szkoleniowiec został zwolniony z WBA, którego omal nie spuścił do Championship; o Awrama Granta przez lata się tu spieraliśmy. Czy Włoch dostanie szansę od Abramowicza, czy przeciwnie: rosyjski właściciel będzie chciał ściągnąć do klubu jakąś trenerską megagwiazdę? Guardiolę? Mourinho? W świetle wyników półfinałów eksplozja spekulacji na temat przyszłości obu panów jest przecież nieunikniona (już czytam, kompletnie absurdalne moim zdaniem, nagłówki o tym, że koncepcja budowania drużyny, prezentowana przez obecnego menedżera Barcy, rzekomo się wyczerpała)…

Darujmy sobie jednak retoryczne pytania. Mam nieodparte wrażenie, że o tym, kto zagra w finale Ligi Mistrzów zdecydował w tym roku… komputer układający listę spotkań w Primera Division.

PS Tekst o Mourinho, inspirowany biografią Patricka Barclaya, znajdziecie na back pages ostatniego numeru Tygodnika Powszechnego. Fragmencik już dostępny na stronie internetowej TP.

Anatomia zwycięzcy

A więc nie widziałem tego, co pewnie wszyscy widzieliście. Nie widziałem, bo choć przez ostatnich parę dni nadal zajmowałem się piłką nożną (w dodatku poniekąd piłką angielską), to zostałem skutecznie odciągnięty od wydarzeń bieżących. To znaczy owszem: obejrzałem wczorajsze spotkanie Arsenalu z Chelsea, a potem obejrzałem, niestety, mecz QPR z Tottenhamem, ale dawanie teraz jakichś zdań na ich temat przekracza moje możliwości (w pierwszym przypadku: nie warto, w drugim: za bardzo boli…). Podobnie jak rozpisywanie się o obejrzanym po wszystkim meczu Realu z Barceloną.

No dobra, to już powiem: Gran Derbi czy też El Clasico obejrzałem służbowo, jako element researchu do portretu Jose Mourinho, który mam zamiar opublikować w najbliższym numerze „Tygodnika Powszechnego”. Moment jest dobry podwójnie: po pierwsze Wyjątkowy jest o krok od mistrzostwa Hiszpanii, a zakładam, że uda mu się również odrobić straty z Monachium i awansować do finału Ligi Mistrzów. Po drugie, w Polsce ukazała się właśnie jego biografia, pióra Patricka Barclaya.

Polskie wydanie „Anatomii zwycięzcy” jest jak sam bohater: tyleż sensacją, co skandalem. Sensacją, bo rzadko na naszym rynku pojawiają się poważne propozycje na temat piłki nożnej, zaś biograf trenera Realu (a wcześniej Alexa Fergusona) to jeden z najlepszych angielskich dziennikarzy, który przez lata kariery zdążył publikować we wszystkich czterech najpoważniejszych tytułach Fleet Street: „Timesie”, „Guardianie”, „Independencie” i „Daily Telegraph”. Skandalem, ze względu na jakość przekładu, redakcji i redakcji merytorycznej, co zamierzam wykazać w „Tygodniku”. Kibice-inteligenci wciąż są w Polsce traktowani jak obywatele drugiej kategorii…

To tyle na razie, tytułem usprawiedliwienia. Wpadłem na chwilę, wytłumaczyłem się, mam nadzieję, a teraz pędzę obejrzeć nagranie thrillera z Old Trafford. Jeżeli zaś przy okazji narobiłem Wam smaka na esej o „Księciu” (książka Barclaya jest, rzecz jasna, jedynie pretekstem), to pamiętajcie: we środę w kioskach, we wtorek na smartfonach i czytnikach z aplikacją Kindle

Didier, kilka lat później

Football, bloody hell… Wszyscy wiedzieliśmy, że tak to będzie wyglądało. Barcelona wymieniająca podania na połowie Chelsea, pyk, pyk, pyk, próbująca rozciągnąć jej szyki obronne wzdłuż i w poprzek wąskiego skądinąd boiska, szukająca miejsca w tłoku dla Messiego, pyk, pyk, pyk, próbująca zgubić serią zagrań z pierwszej piłki gęsto zastawione szyki obronne gospodarzy. Chelsea nastawiona na kontrataki i stałe fragmenty, grająca długie piłki do samotnie walczącego z przodu Drogby. Teatralne upadki tego ostatniego. Krótko prowadzący piłkę przy nodze i faulowany tuż przed polem karnym Messi. Szokująca dysproporcja w posiadaniu piłki, liczbie podań (Chelsea: 158 celnych z 209, Barcelona: 754  celne z 814; podania Chelsea w strefie obronnej Barcelony: 17, Barcelony w strefie Chelsea – 214) i stwarzanych sytuacji, słowem: różnica klas. Różnica klas, kompletnie nieprzekładająca się na wynik.

Wszyscy wiedzieliśmy, że tak to będzie wyglądało, a jednak wszyscy jesteśmy zaskoczeni. Jeszcze dwa miesiące temu drużyna gospodarzy była w kompletnej rozsypce, bez szans, wydawałoby się, na awans do półfinału Ligi Mistrzów czy odrobienie straty do czołówki Premier League. Jeszcze pół roku temu stara gwardia Chelsea – Czech, Terry, Cole, Lampard, Drogba – stała na straconych pozycjach w konflikcie z Panem Projektem, czyli z obdarzonym misją przebudowy zespołu Andre Villas-Boasem. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu człowiek, który powiódł ją do dzisiejszego zwycięstwa w meczu z Barceloną stracił pracę w słabiutkim West Bromwich Albion, które było wtedy na najlepszej drodze do spadku z Premier League…

Przed meczem Roberto di Matteo mówił, że aby awansować, jego drużyna musi zagrać dwa doskonałe spotkania. Pytanie, oczywiście, jak rozumiał „doskonałość”: sądząc z przetaczającej się właśnie nad moją głową internetowej burzy komentarzy o „parkującej autobus” we własnym polu karnym Chelsea, większość obserwatorów uważa, że to, co dziś zobaczyło, było dalekie od doskonałości. Problem w tym, że inaczej z Barceloną grać nie sposób. Owszem, pomogły słupki, pomogły złe decyzje Fabregasa czy Sancheza w polu karnym, wybijanie z pustej bramki, kapitalnie interweniujący Czech… Owszem, na Camp Nou będzie trudniej nie tylko dlatego, że chodzi o mecz wyjazdowy: murawa w Barcelonie jest o blisko dwa metry szersza od tej w zachodnim Londynie…  Mimo wszystko jednak jednobramkowe zwycięstwo bez straty gola było w perspektywie przyszłotygodniowego rewanżu scenariuszem optymalnym.

Dlaczego włoskiemu szkoleniowcowi Chelsea idzie tak dobrze? Zaryzykowałbym tezę, że kluczowy jest brak presji i brak celów o horyzoncie odleglejszym niż najbliższe kilka tygodni. Di Matteo nic nie musi i wszystko może. Nie musi myśleć o przebudowie zespołu, nie musi integrować młodych ze starymi, przeprowadzając w sposób mniej lub bardziej subtelny wymianę pokoleniową, nie musi dbać o kondycję psychiczną Torresa itd., itp. Nawet mimo świetnych statystyk, mimo awansu do finału Pucharu Anglii, wygranych z Napoli czy Barceloną w Lidze Mistrzów, wszystko wskazuje na to, że po wakacjach szkoleniowcem Chelsea będzie już ktoś inny.

Podobnie rzecz ma się z kluczowymi zawodnikami tej drużyny: z Czechem, Terrym, Cole’m, Lampardem czy Drogbą. W niedzielę i wczoraj pokazali wszystkim (z poprzednim szkoleniowcem na czele), że potrafią rozegrać dwa świetne spotkania w ciągu zaledwie kilku dni. Każdy z nich gra w ostatnim czasie tak, jakby mecz, w którym akurat występuje, był tym ostatnim, jakby chciał zostawić po sobie jak najlepsze wspomnienia, a może – kto wie – chciałby po raz ostatni powalczyć o to, czego nie udało się osiągnąć przez wszystkie te złote lata z Jose Mourinho: o zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Czech obronił główkę Puyola. Terry (ale też – oddajmy sprawiedliwość grającemu pierwszy w życiu mecz tej rangi Gary’emu Cahillowi) zaliczał wślizg za wślizgiem i blok za blokiem. Cole (ale też – oddajmy sprawiedliwość grającemu nie po swojej stronie Ramiresowi) wyłączył Daniego Alvesa i dzielnie wspierał stoperów, wybijając piłkę z pustej bramki po strzale Fabregasa. Lampard również nie bał się wślizgów, a jeden – dzięki któremu odebrał piłkę Messiemu – przyniósł w konsekwencji gola. Drogba strzelił bramkę, wybijał z rytmu Barcelonę licznymi symulacjami, ale też wracał do obrony, gdzie już nie wywracał się z taką łatwością. Co ciekawe, nie zawiedli też, często w tym sezonie nierówni, zawodnicy środka pola: Mikel i Meireles.

Wysiłek, dobra organizacja (trzech defensywnych pomocników, no, no), szczęście: wszystko to przemawiało dziś za Chelsea. Barcelona? Może jednak szkoda, że zamiast wyraźnie słabszego Fabregasa nie zagrał któryś z piłkarzy grających bliżej linii (Cuenca?), żebyśmy w środku pola mogli częściej oglądać Iniestę. Może jednak szkoda, że raz czy drugi po polu karnym gospodarzy zanadto kombinowali, zamiast po prostu haratnąć w gałę. W sumie nie moje zmartwienie. Niby byłem w tym meczu doskonale neutralny, ale nie uwolniłem się, jak widać, od poczucia, że coś się tej Chelsea należało za tamten wieczór sprzed trzech lat.

Jeżeli jednak coś się jej należało, to teraz są kwita. Ciąg dalszy na Camp Nou.

Bez tytułu

Ktoś niedawno na mnie narzekał, że zamiast kibicować, wybrzydzam na swoją drużynę. Że sprawiam wrażenie, jakby futbol mnie już nie cieszył. Że próbuję obiektywizować albo że – co już wydaje się kompletnym skandalem – rozpisuję się o klasie rywala. No więc tym razem niech się nie spodziewa niczego podobnego. Żadnych zachwytów nad wolejem Drogby, precyzją rzutu wolnego Lamparda albo klasą jednego czy drugiego podania Maty. Zamierzam dać upust wściekłości, co gorsza bezsilnej. Może będę miał z tego chociaż tyle, że mi ulży i nie umrę na wrzody.

Nienawidzę być moralnym zwycięzcą – sto razy bardziej wolałbym być po prostu zwycięzcą. I cóż mi z tego, że fani Tottenhamu podczas minuty ciszy nie zachowali się tak haniebnie jak kibice rywala? Co mi po satysfakcji, że w 35. minucie dwukrotnie faulowany w polu karnym Chelsea Lennon utrzymał się na nogach i walczył o piłkę, zamiast spokojnie się przewrócić, czekając na gwizdek Martina Atkinsona? Że zagraliśmy bardzo dobrą pierwszą połowę, w której naszej grze w piłkę i piłką (ta wymiana podań w 36. minucie, po której Terry wybijał z pustej bramki główkę van der Vaarta!) Chelsea potrafiła przeciwstawić jedynie długie wykopy do Drogby? Że cały świat widział, jak w 92. minucie leżący na ziemi Mikel kopał w łydkę Parkera?

Ten mecz przestał dla mnie istnieć w 50. minucie, kiedy sędzia przyznał Chelsea drugiego gola. I nie chce mi się o tym gadać: że nie dość, iż John Terry leżący na linii bramkowej faulował dwóch piłkarzy (w tym bramkarza) Tottenhamu, to jeszcze piłka po strzale Maty zatrzymała się przed bramką. Tak, wiem, że po tej niewiarygodnej pomyłce sędziego piłkarze Redknappa strzelili kontaktowego gola, czyli teoretycznie mogli jeszcze odwrócić losy spotkania, a tymczasem dali sobie wbić kolejne bramki. Ale jak na nich patrzyłem, nawet po golu Bale’a wydawali się kompletnie wytrąceni z równowagi okolicznościami, w jakich kilka minut wcześniej sędzia pokazał na środek boiska. Po czymś takim ten mecz się po prostu nie mógł skończyć dobrze.

Innymi słowy: nie zamierzam tu nic analizować. Ani pomyłek Gallasa, ani decyzji Redknappa, że we wszystkich meczach pucharowych broni Cudicini (Friedel obroniłby strzał Lamparda, o lepszym ustawieniu muru nie wspominając…), ani tego, jak okoliczności tej porażki mogą wpłynąć na formę zespołu w pięciu ostatnich meczach ligowych. Nie będę apelował o wprowadzenie powtórek wideo ani nie będę wyliczał błędów angielskich sędziów – zresztą te z ostatnich tygodni wystarczyłyby na całkiem długi tekst, w którym Martin Atkinson byłby bohaterem szczególnym: w końcu dziś uznał gola, którego nie było, a całkiem niedawno nie uznał QPR bramki, która była, plus nie wyrzucił z boiska Balotellego za wejście w Songa. Nie będę. Jestem wściekły. Nie interesuje mnie, co powiedzieli po meczu Redknapp czy di Matteo, co napisali Winter czy McNulty. Ukochany pamiętniczku, który tyle razy mi pomogłeś w trudnych sytuacjach – dziękuję ci, że jesteś, i wyłączam komputer.

PS No dobra, może najbardziej wścieka mnie to, że drużyna, której kibicuję, tak jawnie skrzywdzona rozsypała się, zamiast zacisnąć zęby i podwójnie walczyć o swoje. Co nie wróży dobrze w końcówce sezonu niestety.

Pardiola

I oto nagle wszystko zrobiło się niezmiernie skomplikowane. Miałem wymyślony tekst o menedżerze roku Brendanie Rodgersie – i Swansea zaczęła przegrywać. Miałem zaczęty kawałek o menedżerze roku Alexie Fergusonie, który w sezonie, wydawałoby się, przejściowym, bo związanym z wielką przebudową MU zdołał sięgnąć po mistrzostwo Anglii (miał to być tekst o ręce Szkota do młodych, ale też o fenomenalnym pociągnięciu, jakim okazało się przekonanie Paula Scholesa do powrotu z emerytury), i Czerwone Diabły w fatalnym stylu przegrały z Wigan. Dawno już zarzuciłem myśl pisania o Harrym Redknappie jako menedżerze roku, a przecież są jeszcze – każdy z sukcesami na swoją miarę – Arsene Wenger, David Moyes, Paul Lambert, Martin Jol czy Martin O’Neill.

W tej sytuacji zostaje Alan Pardew. Przeglądam fiszki z okresu przygotowań do sezonu i te jeszcze dawniejsze, z czasu gdy został zatrudniony przez Newcastle. Otóż nikt, ale to literalnie nikt z ekspertów (a pewnie i z nawet najbardziej optymistycznie nastawionych kibiców Srok) nie spodziewał się, że na pięć kolejek przed końcem ta drużyna nie będzie tracić nawet punktu do miejsca premiowanego grą w Lidze Mistrzów. I jasne: wśród tych pięciu meczów, które jeszcze im zostały, są wyjazdy na Stamford Bridge i Goodison Park oraz spotkanie z MC u siebie, ale nawet jeżeli Newcastle przegra wszystkie trzy i zakończy sezon na miejscu szóstym, będzie to fenomenalne osiągnięcie.

Warto przypomnieć sobie ten moment: niedługo po odejściu Andy’ego Carrolla, pożegnanie z klubem Kevina Nolana, Joeya Bartona i Jose Enrique. Warto odtworzyć komentarze zawodników, sfrustrowanych tymi osłabieniami i brakiem (?) wzmocnień. Warto przywołać notoryczny stan niezadowolenia kibiców – od dobrych paru lat domagających się odejścia kontrowersyjnego właściciela. Warto wspomnieć trenerską karuzelę stanowisk i – całkiem przecież niedawny – spadek z ekstraklasy. Warto wypowiedzieć nazwisko Chrisa Hughtona, bezceremonialnie zwolnionego z pracy, żeby zrobić miejsce Alanowi Pardew – choć wyników Irlandczyk wcale nie miał złych (kiedy otrzymał dymisję, klub był na 11 miejscu w tabeli, jego następca skończył tamten sezon na 12) i choć klub coś był mu winien za przeprowadzenie drużyny przez Morze Czerwone Championship. Warto, żeby pokazać fenomen Newcastle z ostatnich kilku miesięcy.

Elementów, jakie złożyły się na sukces „Pardioli”, jest parę, ale najważniejsze wiążą się z nazwiskiem klubowego szefa skautów, Grahama Carra. Facet, którego – niestety – wypuścił przed laty mój Tottenham, wyszperał i zarekomendował sprowadzenie nad rzekę Tyne m.in. Cheikha Tiote, Hatema ben Arfy czy Yohana Cabaye, doradzał kupno Demba Ba, a zupełnie niedawno – Papissa Cisse. Przy czym warto dodać, że tego ostatniego obserwował przez pięć lat, a Tiote – cztery, w obu przypadkach czekając, aż wzrost umiejętności piłkarza korzystnie zbilansuje się z jego ceną (Cisse wyceniany był na 15 milionów funtów, kiedy pierwszy raz o niego pytali, 12 za drugim razem, a ostatecznie kupili go za 8,5 miliona; wartość Cabaye szacowano na 10 milionów, ale miał klauzulę w kontrakcie, dzięki której Newcastle zapłaciło tylko 4,5 miliona). Wszystkie kluczowe transfery klubu mieszczą się w widełkach 3-10 milionów, co może być memento dla Damiena Comollego, zwolnionego właśnie z pracy na Anfield i  straszliwie przepłacającego dyrektora sportowego Liverpoolu.

Dalej mamy samego Alana Pardew i jego styl prowadzenia drużyny: surowy, jeśli idzie o kwestie pozaboiskowe (w klubie skończyły się problemy dyscyplinarne), choć przecież pozwalający piłkarzom np. na urządzanie w klubowej kantynie dni argentyńskich (Coloccini i Gutierrez cieszą się wtedy narodowymi potrawami) lub afrykańskich (Cisse po transferze witała w Newcastle ukochana Yassa, senegalski kurczak marynowany w przyprawach). Metodyczny i przywiązany do detali podczas treningów, ale zostawiający artystom futbolu, do jakich niewątpliwie należy ben Arfa, swobodę wyrażania się na boisku („Sukces prowadzenia Hatema? Nie wtrącaj się w to, co robi, kiedy ma piłkę” – mówi menedżer Srok). Budujący drużynę w zasadzie na ustawieniu 4-4-2, co bywa czasem źródłem przykrych rozczarowań (patrz lutowy pogrom na White Hart Lane), ale generalnie się sprawdza – głównie dzięki temu, że kiedy przychodzi im walczyć przeciwko zespołowi z trójką środkowych pomocników, biegający za dwóch i przypominający Essiena z najlepszych czasów Tiote niweluje różnicę (akurat tego piłkarza w meczu przeciwko Tottenhamowi zabrakło…).

Taktycznie więc Pardew nie kombinuje. Z przodu ma silnych fizycznie, ruchliwych napastników, do których aż prosi się zagrać długą piłkę, z tyłu – świetnego bramkarza i doświadczonych obrońców, w środku mistrza wślizgów (Tiote) i mistrza podań (Cabaye), pomiędzy nimi zaś – nieprzewidywalnego dla rywali ben Arfę. Na ławce menedżera wspiera znający klub i miasto jak mało kto John Carver – przed laty asystent samego Bobby’ego Robsona. Zespół jest nauczony pressingu i szybkich kontr, ale z miesiąca na miesiąc coraz lepiej kontroluje grę i coraz dłużej utrzymuje się przy piłce. Siła, szybkość, technika, zabójcza skuteczność piłkarzy plus ojcowska (w sensie: opiekuńcza, ale jak trzeba karcąca) dłoń trenera – przepis na piłkę nożną okazuje się niewiarygodnie prosty.

52 tysiące kibiców na pięknym stadionie znów ma się czym zachwycać. Pytanie tylko, jak długo. Czy po udanym sezonie gwiazdy Newcastle nie zostaną wyprzedane? Czy po menedżera nie zgłosi się klub (lub, ehm, reprezentacja) z jeszcze większymi ambicjami? Nie martwmy się na zapas: zanim wszystko znów zrobi się niezmiernie skomplikowane warto docenić chwilę, w której wszystko wydaje się na swoim miejscu. Takie rzeczy nie zdarzają się przecież często – nie tylko w Newcastle.